Hej Google, przepraszam, że odszedłem. Teraz już wiem, że to był błąd

Hej Google, przepraszam, że odszedłem. Teraz już wiem, że to był błąd

Hej Google, przepraszam, że odszedłem. Teraz już wiem, że to był błąd

Od przeglądarki Chrome odchodziłem stopniowo i robiłem to z narastającym uczuciem ulgi. Uczuciem wychodzenia z klatki. Rok później zaczynam się jednak przekonywać, że ta klatka była domem. Więc wracam do domu.

Kiedy jeszcze pracowałem na komputerze z Windowsem, Chrome był centrum mojego wszechświata. Miałem tam wszystko – od oczywistości, czyli stron internetowych, portali społecznościowych, poprzez usługi Google’a, czyli mail i kalendarz, aż po zewnętrzne serwisy i usługi, z których korzystałem regularnie. Ba, nawet pisałem wewnątrz przeglądarki, korzystając z edytorów online.

Po przesiadce na OS X dokładnie rok temu, Chrome okazał się być… nazwijmy to, przeciętnie atrakcyjną opcją. Przede wszystkim, w porównaniu do Safari, natywnej przeglądarki Maców, wydawał się być niemiłosiernie powolny i ociężały. Te zadania, które Safari wykonywało bez zająknięcia (choćby te podstawowe, jak wykorzystanie gestu powrotu na trackpadzie i natychmiastowe, płynne przejście do poprzedniej strony), Chrome wykonywał znacznie gorzej.

OS X to również bogactwo aplikacji dostępnych z poziomu systemu, bez konieczności otwierania przeglądarki, zatem gdy tylko nabyłem MacBooka, zastąpiłem aplikacjami tak wiele usług, jak tylko było to możliwe.

Przede wszystkim, Gmaila zastąpił mi Mailbox, w którym po raz pierwszy udało mi się osiągać względny porządek, a czasem nawet stan inbox zero. Dwa najczęściej używane przeze mnie serwisy do konsumpcji treści – Pocket i Feedly – również momentalnie przestały być kartami w przeglądarce, a stały się ikonkami w Docku.

Z przyjemnością odkryłem też, że kalendarz Sunrise, którego od dawna namiętnie używałem na urządzeniach mobilnych, również ma wersję na OS X. Kilka kliknięć i w Docku pojawiła się nowa ikonka.

Wbudowany w każdy produkt Apple’a edytor Pages z powodzeniem zastąpił mi Worda Online, którego Microsoft w ostatnim czasie straszliwie popsuł. Dlaczego nie zastąpiłem go “pełnoprawnym” pakietem Office, chociaż posiadam subskrypcję 365? Bo aplikacje Microsoftu na OS X to ponury żart.

Trwałem w tym stanie rzeczy przez kilka miesięcy. Chrome’a w zasadzie używałem tylko do synchronizacji zakładek z Safari, aby pokazywały mi się również na mobilnym Chromie w moim smartfonie.

Z czasem jednak zauważyłem, że coś zaczyna się psuć.

Jeszcze przed pojawieniem się OS X El Capitan coś niedobrego zaczęło się dziać z przeglądarką Safari. Niejednokrotnie odmawiała mi wczytania strony, w YouTube nie działała funkcja autoplay, czasem filmy w ogóle nie chciały się odtwarzać, jeśli serwis nie był w aktywnej karcie. W międzyczasie zacząłem zauważać, że z każdą kolejną aktualizacją Chrome działa coraz lepiej, lecz… wolałem czekać, aż Apple naprawi Safari. Liczyłem na to z każdym powiadomieniem o nowej wersji przeglądarki.

aplikacje-chrome

Przeliczyłem się jednak bardzo boleśnie, co uderzyło mnie szczególnie po zainstalowaniu nowej wersji systemu operacyjnego Apple. Myślałem, że wraz z nową wersją systemu znikną wszystkie bolączki Safari, w końcu miało w niej zajść sporo zmian.

Okazało się, że wyszło zupełnie na odwrót, a Safari stało się – na moje potrzeby – kompletnie nieużywalne. YouTube działał kompletnie losowo. Facebook przestał wyświetlać opcję komentowania. Strona na Facebooku również potraciła dostęp do opcji. Rozszerzenia takie jak “dodaj do Pocket” czy “dodaj do Feedly” raz działały, a raz nie. Słowem – niedopuszczalna sytuacja.

Rad nie rad włączyłem więc po raz pierwszy od dawna Chrome’a i… ku mojemu zdumieniu, wszystko działało bezproblemowo.

Wstawianie mebli na nowo

Z początku nie przeniosłem całego mojego “workflow” do Chrome’a, zostając w większości przy aplikacjach desktopowych. Tym co przesądziło o ponownym zanurzeniu się w przeglądarkowym ekosystemie Google’a był… Mailbox. Z którym od kilku miesięcy zaczęły dziać się jeszcze gorsze rzeczy, niż z Safari. Potrafił odmawiać odświeżenia poczty, nie pozwalał pobierać załączników, często nie mogłem nawet skomponować nowej wiadomości bez uprzedniego restartu aplikacji.

Klamka zapadła, gdy Mailbox – z sobie tylko znanej przyczyny – nagle zakończył pracę, a po restarcie okazało się, że… wszystkie wiadomości ze skrzynki odbiorczej znalazły się w koszu.

Mailbox sam wylądował więc w koszu, zarówno na OS X jak i na Androidzie, a ja wróciłem do Gmaila, by przekonać się, że… tam też nie jest źle. Fakt, w aplikacji mobilnej brakuje mi wygody prostej segregacji wiadomości, czy ponownego ich przysłania w bardziej dogodnym dla mnie momencie, ale to drobiazgi. W przeglądarkowym kliencie będę musiał zacząć nieco bardziej dbać o porządek, ale… to też jest do przeżycia.

Mój obecny "workflow"
Mój obecny “workflow”

Po zmianie klienta poczty zacząłem eksperymentować z kolejnymi serwisami i usługami. Feedly? W przeglądarce działa o wiele lepiej, niż w aplikacji na OS X (a jeszcze nie zwariowałem, żeby wydać worek złotych monet na Reedera, który mógłby ją zastąpić). Twitter? Aplikacja systemowa w niczym nie jest lepsza od przeglądarkowej.

Kalendarz? Sunrise jeszcze się trzyma, ale po ostatniej zapowiedzi Microsoftu o połączeniu mojego ulubionego kalendarza z Outlookiem… wolę już się przyzwyczajać do wbudowanego w przeglądarkę Kalendarza Google, podobnie jak do jego mobilnej wersji.

Pocket? Aplikację również trzymam, ale odkąd dołączyłem do programu Bety tego serwisu, klient na OS X nie otrzymuje aktualizacji w takim tempie jak wersja przeglądarkowa, więc coraz rzadziej do niego zaglądam.

W Docku nagle zostało dwa razy mniej ikon
W Docku nagle zostało dwa razy mniej ikon

Tak się złożyło, że moje ponowne wejście w ekosystem Google’a na komputerze zbiegło się również z pełnym wejściem w ten ekosystem na urządzeniach mobilnych, oraz z wymianą aplikacji do słuchania muzyki.

Dotychczas byłem wielkim zwolennikiem Spotify, ale odkąd dowiedziałem się, że YouTube Red będzie uwzględniał również subskrypcję Google Play Music, postanowiłem dać jeszcze jedną szansę serwisowi streamingowemu od Google’a i… jestem pod ogromnym wrażeniem.

Cierpi on jeszcze na kilka chorób wieku dziecięcego (chociażby brak czegoś a’la Spotify Connect i rozpoznawania na którym urządzeniu gra muzyka), ale pokrycie mojej biblioteki okazało się być stuprocentowe. Do tego interfejs aplikacji, zarówno mobilnej jak i w przeglądarce jest po prostu prześliczny.

Zatem kolejna aplikacja, której dotąd używałem w wersji desktopowej, wylądowała w przeglądarce (ponieważ GP Music nie posiada dedykowanej aplikacji na OS X, jedynie mini-odtwarzacz).

Muzyka Play ma naprawdę piękny inferfejs
Muzyka Play ma naprawdę piękny inferfejs

Nie bez znaczenia jest też fakt, że jeśli pracujemy w redakcji wspólnie nad jakimś tekstem, zazwyczaj używamy do tego właśnie narzędzi Google’a, czyli Google Docs. Przyznaję, że jeszcze nie tak dawno nieszczególnie lubiłem się z tym pakietem biurowym, ale podobnie jak w przypadku reszty usług giganta, widać w ostatnim czasie ogromny progres, a przynajmniej ja postrzegam te aplikacje jako coraz bardziej użyteczne na moje potrzeby.

Ostatnie kilkanaście tekstów mojego autorstwa, które przeczytaliście na Spider’s Web powstało właśnie w Dokumentach Google i… w zasadzie nie widzę powodu, żeby do podstawowej edycji tekstu używać czegokolwiek innego. Do pracy z dużymi projektami mam w końcu Scrivenera, którego – swoją drogą – również prawdopodobnie zastąpię niedługo CeltX-em, działającym głównie w przeglądarce.

Nie wykluczam też, że w niedługiej przyszłości również swoje pliki przeniosę do ekosystemu Google’a. Od kilku lat co prawda korzystam z pakietu Office 365 i nadal będę musiał z niego korzystać z racji wykonywanego zawodu, co oznacza, że mam też 1 TB przestrzeni dyskowej na OneDrive.

Po tym jednak, co Microsoft zrobił ze swoim dyskiem w chmurze w tym tygodniu, poważnie się zastanawiam, czy jednak nie zaczął płacić również za miejsce na Dysku Google. Tym bardziej, że katalogowanie zdjęć w OD niekoniecznie się sprawdza w moim przypadku, a wiem, iż Zdjęcia Google poradzą sobie z tym znacznie lepiej.

Chrome znów stał się centrum mojego wszechświata

Wyjąwszy aplikację do obsługi Slacka, Scrivenera oraz programy do obróbki grafiki, audio i wideo, wszystkie narzędzia jakich używam mieszczą się w tej chwili w przeglądarce Google Chrome w formie kilku przypiętych kart i zakładki z aplikacjami.

Ktoś może zapytać, jak odbija się to na czasie pracy MacBooka Air na jednym ładowaniu, a ja z przyjemnością mogę odpowiedzieć, że naprawdę nieznacznie. W domu i tak mój MacBook jest stale podłączony do prądu i zewnętrznego monitora, ale celowo przez kilka dni testowałem jego czas pracy na baterii, używając głównie Chrome’a. Okazuje się, że przy mocnym wykorzystaniu narzędzi online nadal osiągam jakieś 8 godzin na jednym ładowaniu.

Daleko stąd co prawda do 12 godzin, które osiągałem przy delikatnym wykorzystaniu w Safari, ale i tak nie jest źle. Ostatecznie mówimy tu o naprawdę intensywnym użyciu przeglądarki, która nawet przy Safari potrafi mocno uderzyć w baterię. Spodziewałem się znacznie gorszego drenażu energii akumulatora.

Obawiam się tylko, że w niedalekiej perspektywie mogę zacząć potrzebować mocniejszego sprzętu.

Chrome może jest coraz lepiej zoptymalizowany na OS X, ale to nadal stary, dobry, RAM-o-żerny Chrome, który weźmie tyle pamięci operacyjnej, ile dostanie. Kiedy więc zabieram się za montaż wideo, muszę znacząco ograniczać liczbę kart w przeglądarce, aby dać programowi przestrzeń do oddychania.

Im bardziej intensywnie korzystam z Chrome’a, tym też więcej rozszerzeń instaluję, a to również nie jest bez znaczenia, jeśli chodzi o zasobożerność przeglądarki. W tej chwili podstawowy MacBook Air late 2014 radzi sobie bez zadyszki z moją codzienną pracą. Ale jak długo taki stan rzeczy się utrzyma, gdy będę podnosił możliwości Chrome’a? Nie sposób ocenić.

Z tej historii morał taki, że znów potwierdza się fakt, iż czasem najlepsze rozwiązania są na wyciągnięcie ręki, a człowiek w poszukiwaniu “świętego Graala wśród narzędzi” kompletnie przestaje brać pod uwagę to, co ma najbliżej i co jest najłatwiej dostępne.

Szukanie miliona dodatkowych aplikacji, programów, usług… może okazać się zupełnie zbyteczne, bo w długoterminowym wykorzystaniu najbardziej efektywne będą te narzędzia, które oferują może ciut mniej funkcji, ale za to dostarczają je w stały, stabilny sposób.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement