A gdyby tak Baldur’s Gate miało kanapowego co-opa? Wspólne granie w Divinity: Original Sin jest niesamowite

Artykuł/Gry 03.11.2015
A gdyby tak Baldur’s Gate miało kanapowego co-opa? Wspólne granie w Divinity: Original Sin jest niesamowite

A gdyby tak Baldur’s Gate miało kanapowego co-opa? Wspólne granie w Divinity: Original Sin jest niesamowite

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, aby grać w kultowe produkcje cRPG, takie jak Baldur’s Gate, Icewind Dale czy Planescape: Torment, w trybie kanapowej kooperacji. Wprowadzenie do zamkniętego, hermetycznego, nastawionego na spójną opowieść świata innego żywego gracza wszystko by przecież psuło. Tylko szaleniec mógłby wpaść na taki pomysł. No i wpadł. Efekt końcowy jest niesamowity.

Gdy Divinity: Original Sin święciło swoją pierwotną premierę, koncepcja wspólnego rozgrywania kampanii fabularnej za pomocą sieci wydała mi się równie ciekawa, co ryzykowna. Zostałem jednak nasycony zaskakująco dobrym Dragon Age: Inquisition i głód gatunku cRPG nie był na tyle duży, aby zmusić mnie do szukania internetowego kompana. To wszak mariaż na przynajmniej kilkadziesiąt godzin. Ja z kolei nie miałem czasu ani chęci na poważne związki długodystansowe.

Divinity : Original Sin Enhanced Edition_20151103035702

Wydane kilka dni temu Divinity: Original Sin Enhanced Edition rozwiązuje problem grania po sieci. Ulepszona edycja oferuje wspólną, kanapową rozgrywkę dwóch graczy przed jednym ekranem.

Dedykowana konsolom nowej generacji, ulepszona wersja gry jest tak intuicyjna, jak to tylko możliwe. Każdy z graczy chwyta za swojego pada, tworzy własnego herosa, wybiera jego płeć, klasę i charakter, po czym wspólnie rozpoczyna rozpisaną na tygodnie kampanię. Co kluczowe, w grze nie ma podziału na jednego lidera i bandę pomagierów, jak w większości tytułów cRPG. W Divinity: Original Sin Enhanced Edition dwójka graczy jest od siebie niezależna, toczy własne rozmowy i próbuje forsować własne decyzje. Jak to w ogóle możliwe?

Załóżmy, że podróżujecie leśnym traktem. Jeden z graczy jest potężnym wojownikiem, drugi inteligentnym magiem. Co rusz każdy z bohaterów oddala się od ścieżki i przeszukuje porośnięte mchem skrzynie, licząc na skarby. Znalezione monety i przedmioty nie lądują jednak we wspólnym, uniwersalnym plecaku. Zamiast tego, każdy z herosów posiada własny mieszek ze złotem i własny ekwipunek. Gracze prowadzą osobne negocjacje z handlarzami i sami dbają o prywatny budżet, mikstury lecznicze, strzały w kołczanie i tak dalej.

Divinity : Original Sin Enhanced Edition_20151103035746

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby sobie pomagać i wymieniać się przedmiotami. Ba, jest to wysoce wskazane. Mechanizmy Divinity: Original Sin Enhanced Edition podkreślają jednak, że każdy z graczy jest autonomiczną, niezależną jednostką. Oczywiście owa jednostka stanowi część drużyny. Jest to jednak członkostwo na zasadzie szerokiej dobrowolności, zainspirowana polskim przypadkiem lekarskiej klauzuli sumienia. Jeżeli nie masz ochoty czegoś zrobić, nie ma żadnej siły na świecie, aby cię do tego zmusić.

Tak oto drepcząc wcześniej wspomnianym traktem, para podróżników napotyka na pułapkę rozstawioną na ziemi. Tę zauważył wojownik, dzięki wysokiemu wskaźnikowi spostrzegawczości. Tak się jednak składa, że tylko mag posiada narzędzia niezbędne do rozbrojenia mechanizmu. W klasycznym cRPG klikalibyśmy w portret mężczyzny z brodą i kijem, po czym nakazywalibyśmy mu zajęcie się pułapką. W Divinity to tak nie działa. Pozostaje albo grzecznie poprosić kompana o pomoc, albo wrócić się do miasta i samemu nabyć odpowiednie narzędzia.

Prawdziwa zabawa (i rywalizacja) rozpoczyna się wtedy, gdy gracze chcą podjąć zupełnie różne decyzje podczas rozmów z postaciami niezależnymi.

Podczas poznawania portowego miasta dostaliśmy zlecenie zabójstwa bibliotekarki. Ta była jak do rany przyłóż. Tyle tylko, że posiadała w sobie krew orka, co bardzo nie spodobało się staremu elfowi. Mężczyzna był w stanie oddać nam sporą część swoich oszczędności w zamian za, nazwijmy to „oczyszczenie krajobrazu”. Drużyna stawała więc przed wyborem – przyjąć zlecenie albo donieść na elfa do miejskich strażników.

Divinity : Original Sin Enhanced Edition_20151103040654

Załóżmy, że wcześniej wspomniany wojownik ma złe usposobienie. Za to nasz towarzysz – mag muchy by nie skrzywdził. Co za tym idzie, każdy z graczy wybiera zupełnie inną odpowiedź. W tym momencie system odpowiedzialny za dialogi chwilowo przenosi nas od rozmowy z elfem do rozmowy w gronie drużyny. Para awatarów sterowanych przez siedzących obok siebie graczy ma szansę przekonać się nawzajem, używając linii dialogowych wypełnionych sensownymi argumentami, ideologią czy wyznawaną filozofią.

Gdy to nie pomaga (a uwierzcie, NIE POMAGA), dochodzi do rozstrzygnięcia przy użyciu epickiej, legendarnej, od lat niezawodnej metody. Bitwy na… kamień, papier i nożyce.

Gracze wybierają parametr, którym chcą się posłużyć (zastraszanie, dyplomacja i tak dalej) po czym wskazują na jeden z trzech symboli. Klimat rzutów karnych z PES-a murowany. Po kilku walkach zwycięzca zostaje wyłoniony, z kolei jego towarzyszowi nie pozostaje nic innego, jak podporządkować się woli samca lub samicy alfa. Na całe szczęście zarówno wygrana jak i przegrana strona dostaje punkty rozwijające własne cechy charakteru – nawet zmuszeni do zabójstwa bibliotekarki, wciąż pozostajemy po tej dobrej stronie mocy, otrzymując punkty od praworządności. Mechanizm przypomina nieco MMORPG The Old Republic od podupadającego BioWare.

Odmienne poglądy i pomysły prowadzą do wielu niesamowitych wydarzeń. Para bohaterów kłócąca się na temat kolejnej sceny w wystawianym w czasie rzeczywistym spektaklu to coś, co każdy gracz zapamięta do końca życia. Debatowanie nad życiem i śmiercią, dobrem i złem, chciwością i altruizmem czy lenistwem i aktywnością to coś, co sprawia, że kanapowe granie w Divinity: Original Sin Enhanced Edition jest naprawdę wyjątkowe i niepowtarzalne. Czegoś takiego nie ma żadna inna gra cRPG.

Divinity : Original Sin Enhanced Edition_20151103035617

Naturalnym dopełnieniem niezależności w ramach grupy jest turowa walka, na której opiera się Divinity: Original Sin Enhanced Edition.

Każdy z herosów grzecznie czeka na swoją kolej. Gdy ta nadchodzi, nie jesteśmy uzależnieni od żadnych wytycznych. Możemy atakować kogo chcemy, możemy rzucać zaklęciami wspierającymi, możemy nic nie robić, a nawet możemy uciec z pola bitwy. Tak jak we wszystkich innych czynnościach, tam i w walce postać jednego gracza nie jest w żadnym stopniu uzależniona od postaci drugiego gracza. No, z jednym, drobnym, ale niesamowicie istotnym wyjątkiem.

Gdy jeden z graczy ginie permanentnie, następuje bezlitosny, nieodwracalny Game Over. Na całe szczęście permanentna śmierć nie zdarza się często, z kolei konającego gracza łatwo uratować zwojem wskrzeszenia. Twórcy pomyśleli o wszystkim.

Divinity : Original Sin Enhanced Edition_20151024014709

Co tutaj dużo pisać – jestem zafascynowany tym, jak twórcom Divinity udało się połączyć rasowego cRPG-a z kooperacyjną grą przed jednym ekranem.

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby w Enhanced Edition grać również za pomocą sieci. Producenci pomyśleli również o zabawie w pojedynkę. Chociaż podróżując samemu jest nieco łatwiej, bo mamy nad wszystkim pełną kontrolę, znika też cała otoczka, która sprawia, że Divinity jest naprawdę wyjątkowe. To w trybie kooperacji drzemie największa siła tej produkcji i tylko z kolegą przy boku warto pomyśleć o maratonie w starym, kultowym stylu pierwszego Baldura.

Jestem zdecydowanie na tak. Uwielbiam kooperacyjne produkcje i cieszę się, że istnieją szaleńcy, którzy nie boją się mieszać klasycznego cRPG z zabawą przed konsolą, na dwa pady. Rezerwuję sobie ten tytuł na długie, zimowe wieczory.

Zobacz inne recenzje

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement