Jednorazowy bilet wielokrotnego użytku, czyli jak działa metro w Tajpej

Relacja/Budownictwo 14.10.2015
Jednorazowy bilet wielokrotnego użytku, czyli jak działa metro w Tajpej

Jednorazowy bilet wielokrotnego użytku, czyli jak działa metro w Tajpej

Podróżując po rozmaitych krajach stosunkowo rzadko jeżdżę taksówkami. Zamiast tego o wiele chętniej korzystam z lokalnej komunikacji miejskiej. Wychodzę z założenia, że w ten sposób nie tylko oszczędzam pieniądze, ale też lepiej poznaję kolejny aspekt życia w danym miejscu. Dlatego będąc w Tajpej po mieście poruszałem się przede wszystkim świetnie rozwiniętym metrem.

Po kilku przejazdach tamtejszą koleją podziemną przekonałem się, że to właśnie od Tajwańczyków powinniśmy się uczyć organizacji transportu. Tamtejszy system wydaje się wyjątkowo przemyślany i dopracowany. Trudno się w nim pogubić nawet osobie, która po raz pierwszy odwiedziła Republikę Chińską.

Exif_JPEG_PICTURE

Bilety można kupić w automatach. Jednak, który z nich warto wybrać? Dwudziestominutowy, godzinny, a może jeszcze inny? Osobie po raz pierwszy goszczącej w danym mieście stosunkowo trudno jest przewidzieć czas przejazdu, a nie każdy chce od razu nabywać bilet jedno- lub kilkudniowy pozwalający na nielimitowane korzystanie z komunikacji miejskiej.

Okazuje się, że na Tajwanie nie jest to problem. Tam bowiem koszt przejazdu nie zależy od czasu, jaki spędzimy w pociągu, a od trasy, którą chcemy przebyć.

Na każdej stacji metra przy automatach z biletami znajduje się mapa linii i stacji.

Przy każdej stacji napisana jest cena, którą trzeba uiścić za przejazd. Klienta nie obchodzi, czy metro się zepsuje, czy będzie jechać wolniej niż zwykle lub czy ktoś postanowi pod jego kołami zakończyć swoje życie – a to znany i powszechnie spotykany problem transportu kolejowego. Po prostu płaci za przejazd z punktu A do punktu B. Jest to system o wiele bardziej korzystny dla klienta niż stosowany w Warszawie. Dzięki niemu nikt nie musi zastanawiać się, jak długo będzie jechał pociąg i ile czasu zajmie mu znalezienie odpowiedniego wyjścia ze stacji.

Wyjątkowo interesująco prezentują się same bilety, które mają formę plastikowych żetonów. Znajdują się w nich chipy RFID, które aktywują się po przyłożeniu do bramki wejściowej stacji metra. Przy wyjściu żeton należy wrzucić do odpowiednio dopasowanej szpary w bramce i w ten sposób zakończyć przejazd.

System ten jest bardzo wydajny i powoduje, że kolejki do bramek praktycznie nie istnieją. Kolejną zaletą tego rozwiązania jest dbałość o środowisko. Papierowe bilety po skasowaniu lądują w koszu. Na Tajwanie jednorazowy bilet do metra lada moment ponownie trafia do obiegu. Nic tam się nie marnuje.

Wcześniej wspomniałem o samobójcach, którzy mogą chcieć ginąć pod kołami pociągów. Swego czasu w Warszawie do podobnych wypadków dochodziło kilka razy w ciągu miesiąca, a dojazd z Kabat do centrum stolicy wydłużał się z 20 minut do godziny albo i dwóch. W Tajpej problem ten (już) nie istnieje, ponieważ pasażerowie nie mają swobodnego dostępu do torów.

Stacja jest oddzielona od tunelu pociągu za pomocą ściany z rozsuwanymi drzwiami. Pociągi zatrzymują się tak, by drzwi pociągu i stacji były naprzeciwko siebie, a następnie jednocześnie się otwierają i zamykają. W ten sposób nikt nie ma szans na wpadnięcie lub umyślne rzucenie się pod pociąg. Rozwiązanie to znacznie zwiększa bezpieczeństwo i jest wykorzystywane też w wielu europejskich miastach, na przykład w Kopenhadze.

Nie byłbym sobą, gdybym przy okazji chwalenia kolei podziemnej w Tajpej nie ponarzekał na warszawski system metra.

Okazuje się, że mimo że pierwsze stacje metra w stolicy Tajwanu otwarto dwie dekady temu, został on już rozbudowany do 5 linii, na które składa się 117 stacji. W podobnym czasie nam udało się zbudować niecałe dwie linie i 28 stacji. To marny wynik, za który powinniśmy się wstydzić.

PS. Azjaci przegonili nas też pod względem kultury osobistej. W każdym wagonie pociągów metra znajdują się specjalne, granatowe miejsca priorytetowe, przeznaczone dla osób starszych i schorowanych. Okazuje się, że nikt poza ludźmi naprawdę potrzebującymi nie odważył się na nich siadać. Widząc, jak chętnie Polacy zajmują miejsca dla inwalidów i matek z dziećmi, podejrzewam, że w Warszawie taki system by nie zadziałał, a przeciętny pasażer szukałbym tylko sposobności, by wykorzystać wolne, choć niekoniecznie przeznaczone dla niego miejsce.

* Zdjęcie główne pochodzi z zasobów Wikipedii.

Dołącz do dyskusji

Advertisement