Tak, w Polsce dojdzie do blackoutu. Nie, nie będziemy mogli sobie z nim poradzić

Artykuł/Budownictwo 28.10.2015
Tak, w Polsce dojdzie do blackoutu. Nie, nie będziemy mogli sobie z nim poradzić

Tak, w Polsce dojdzie do blackoutu. Nie, nie będziemy mogli sobie z nim poradzić

W Polsce coraz więcej i coraz częściej mówi się o możliwości rozległej awarii zasilania, zwanej też blackoutem. Czy naszemu krajowi faktycznie grozi takie niebezpieczeństwo? Jak powinniśmy się przed nim uchronić? Postanowiliśmy poszukać odpowiedzi na te pytania.

Pierwsze, podstawowe pytanie brzmi: czy Polsce faktycznie grozi blackout?

Okazuje się, że tak. Jak uważa profesor Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej – cytowany przez serwis Energetyka 24 – w ciągu następnych trzech lat ryzyko pojawienia się blackoutu w najbliższych trzech latach wynosi około 80%. Powodem tego jest fakt, iż kondycja polskiego systemu energetycznego, delikatnie mówiąc, nie jest najlepsza.

Większość bloków liczy sobie kilkadziesiąt lat i ze względu na swój wiek nie mogą one pracować w ekstremalnych warunkach pogodowych. Podobnym wiekiem cechują się też linie przesyłowe. Bardzo często są one pozbawione okablowania, które zmniejszałoby straty energii. Z tego powodu mniejsza część przesyłanej energii dociera do odbiorców. A jako że ich zapotrzebowanie nie staje się mniejsze, elektrownie muszą pokryć owe straty i produkować więcej energii.

Uwzględniając wszystkie powody (wymogi środowiskowe określone w pakiecie klimatycznym, odstawianie starych zużytych bloków energetycznych) resort gospodarki ocenił, że do 2030 roku niezbędne będzie wyłączenie bloków energetycznych o sumarycznej mocy ponad 12 200 MW, z czego zdecydowaną większość stanowią bloki opalane węglem kamiennym (9800 MW) – mówi w rozmowie ze Spider’s Web prof. Krzysztof Żmijewski, Sekretarz Generalny Społecznej Rady ds. Rozwoju Gospodarki Niskoemisyjnej.

Jak już wspomniałem, rozległa awaria systemu energetycznego może być spowodowana przez przestarzałe bloki, które mogą nie radzić sobie w ciężkich warunkach pogodowych. Największym problemem jest tu woda, a konkretnie jej brak. Woda jest potrzebna przede wszystkim do chłodzenia elektrowni, a latem, podczas długi upałów, po prostu wyparowuje i jest jej za mało. Doskonale mogliśmy się o tym przekonać w tym roku.

Drugi problem może pojawić się zimą, kiedy wspomniana woda zamarza. Do najgorszej sytuacji dochodzi wtedy, gdy zjawiska te się na siebie nakładają. Staje się tak, gdy z powodu upałów woda wyparowuje, a następnie, z powodu mrozów nie wraca w całości na dany teren, a jej resztki zamarzają. Oczywistym jest, że natura w końcu zrównoważy te braki, ale w międzyczasie elektrownie będą miały ogromny problem.

Kolejnym problemem jest oparcie polskiego systemu energetycznego o duże bloki, często znajdujące się blisko siebie.

Przykładem tego są bloki znajdujące się w Bełchatowie oraz Opolu. Awaria jednego z nich może mieć ogromne konsekwencje. Wówczas inne elektrownie muszą nadrobić ten ogromny niedobór mocy, a ich przeciążenie może poskutkować awarią. Problem ten byłby zdecydowanie mniejszy, gdyby Polacy zdecydowali się na korzystanie z większej liczby małych elektrowni.

Wtedy awaria jednej z nich nie sprawiałaby większego problemu, a jej zadania mogłyby przejąć inne elektrownie. Dużym problemem jest też fakt, iż elektrowniom nie płaci się za ich dyspozycyjność. Jeżeli jakaś elektrownia staje się mało rentowna, po prostu jest zamykana. To duży błąd, ponieważ bloki te powinny być gotowe do ich wykorzystania w sytuacji kryzysowej.

Dyskusja o rynku mocy toczy się w Polsce od wielu lat. Niestety bez skutku. Rozwiązania opierające się na płaceniu wytwórcom energii za utrzymywanie bloków w gotowości funkcjonują tylko w formie szczątkowej. Dlatego system jest tak wrażliwy na awarie, złe warunki atmosferyczne (hydrologiczne!) etc. Sprawę komplikują również minimalne możliwości importowe – mówi w rozmowie ze Spider’s Web Piotr Maciążek, specjalista w zakresie bezpieczeństwa energetycznego z serwisu Energetyka24.com – nowego serwisu grupy Defence 24.

Niestety według Piotra Maciążka, specjalisty w zakresie bezpieczeństwa energetycznego z serwisu Energetyka24.com, obecnie koszt skorzystania z rezerw mocy jest na tyle duży, że rząd woli odłączyć duże przedsiębiorstwa. Mogliśmy się o tym przekonać kilka miesięcy temu. Państwo powinno płacić za utrzymywanie elektrowni w gotowości. Nie jest to jednak możliwe, bo na zapewnienie rezerwy mocy polski Rząd przeznacza zaledwie 400 milionów złotych rocznie. Dla porównania, nasz kraj przeznacza ponad 4 miliardy złotych na odnawialne źródła energii, które są mało efektywne i nie są w stanie w krótkiej perspektywie zapewnić nam bezpieczeństwa energetycznego.

Jeżeli nie mamy odpowiednich elektrowni, powinniśmy chociaż móc w sytuacji kryzysowej odkupić prąd od naszego największego sąsiada – Niemców. Zdaniem Piotra Maciążka obecnie połączenia te nie pozwoliłyby na przekazanie odpowiedniej ilości energii. Konieczna jest zatem rozbudowa połączeń z zachodnim sąsiadem. Niestety przez 8 lat swoich rządów Platforma Obywatelska zamiatała te problemy pod dywan, czego skutki możemy dostrzec właśnie dzisiaj.

Częściowym rozwiązaniem problemu może okazać się budowa elektrowni atomowej.

Ta w teorii już powstaje i według początkowych harmonogramów miała dostarczać energię już w 2019 roku. Niestety według najnowszego planu ma ona zacząć działać dopiero w 2031 roku. Oznacza to, że jej budowa została opóźniona praktycznie o 12 lat. W dodatku w ostatnich tygodniach premier Ewa Kopacz ogłosiła, że nie jest zainteresowana budową elektrowni atomowej w Polsce.

Pokazuje to, że polski rząd w kwestiach energetycznych działał po omacku i nie ma jakiejkolwiek strategii. Dodatkowo tak duże opóźnienie terminu budowy elektrowni jądrowej może sprawić, że decyzja ta okaże się ona nietrafiona. W końcu z roku na rok korzystanie z odnawialnych źródeł energii staje się coraz bardziej opłacalne, a koszty stałe działania elektrowni jądrowej nie będą się zmniejszać.

Inwestorzy jednak podkreślają, że inwestycji energetycznych w obecnych warunkach rynkowych nie opłaca się realizować. Potrzebne jest wsparcie systemowe. Jakie wsparcie, na jaki czas i dla jakich inwestycji to gorący temat nie tylko do dyskusji. Jednym ze sposobów uniknięcia grożącego nam blackoutu jest wprowadzenie tzw. rynku mocy lub taryfy gwarantowanej. Powinniśmy też renegocjować z Komisją Europejską warunki wykorzystania węgla energetycznego w przyszłości. Można też, na co wskazują niektórzy eksperci, skonsolidować sektor górniczy i energetyczny, aby podnieść jego wartość i uzyskać synergię w inwestycjach. Najtaniej jednak będzie nam rozwijać efektywność energetyczną bo tutaj mamy duże możliwości – mówi nam prof. Krzysztof Żmijewski

Pojawia się też podejrzenie, że powołanie przez rząd PO-PSL spółek PGE Energia Jądrowa i PGE E1, które miały przygotować i realizować budowę elektrowni atomowej w Polsce miało na celu zapewnienie miejsc pracy dla wieloletnich działaczy Platformy Obywatelskiej. Nie jest tajemnicą, że stanowisko prezesa we wspomnianych spółkach zajmował Aleksander Grad, były minister skarbu państwa.

Mimo że nie miał on wykształcenia ani doświadczenia w kierowaniu takimi spółkami, pobierał on wynagrodzenie w wysokości 55 tys. złotych miesięcznie, wzbogacane o premie będące często wielokrotnością jego podstawowej pensji. Do tej pory na przygotowanie polskiej elektrowni atomowej przeznaczono kwotę 182 milionów złotych. Jeśli nowy rząd PiS-u utrzyma stanowisko Ewy Kopacz, będzie można otwarcie powiedzieć, że pieniądze te zostały zmarnowane.

A może odnawialne źródła energii?

Wiele osób jest zdania, że warto stawiać przede wszystkim na odnawialne źródła energii. Jako przykład pokazywane są Niemcy, które do 2050 roku chcą zredukować emisję CO2 o 95 proc. w stosunku do 1990 roku. Okazuje się jednak, że są to plany, co do których nie wiadomo, czy zostaną zrealizowane. Jak na razie to właśnie Niemcy są największym emitentem gazów cieplarnianych w UE i odpowiadają za 20,6 proc. całkowitej emisji. Jak więc widać, choć odnawialne źródła energii wyglądają dobrze na papierze, nie do końca się sprawdzają. Piotr Maciążek w rozmowie ze Spider’s Web słusznie zauważył też, że za promowaniem zielonej energii w dużej mierze stoi lobby rosyjskie.

Choć na pierwszy rzut oka pomysł ten wydaje się niedorzeczny, wbrew pozorom ma duży sens. Organizacje ekologiczne nie promują bowiem jednego rozwiązania, a wszystkie cechujące się niską emisyjnością. Jako że odnawialne źródła energii nie są w stanie pokryć całego zapotrzebowania energetycznego, ekolodzy przy okazji promują też niskoemisyjny gaz pochodzący z Rosji. Dodatkowo OZE mają też inne wady, a mianowicie – nie zawsze działają. Za przykład mogą tu posłużyć wiatraki, które w czasie największych upałów praktycznie nie produkowały energii.

Energiewende, czyli tzw. zielona rewolucja, która ma umożliwić Niemcom przestawienie energetyki na odnawialne źródła energii, łapie dziś zadyszkę. Politycy uświadamiają sobie, że nieustanne subsydionowanie OZE jest niemożliwe. To worek bez dna. Poza tym rykoszetem obrywają generujące miejsca pracy koncerny, takie jak RWE. Dlatego tempo zmian będzie niższe, a filarem niemieckiej energetyki pozostanie węgiel brunatny. Stąd decyzja o utrzymywaniu elektrowni węglowych w rezerwie – dodaje Piotr Maciążek.

Z powyższych powodów należy podchodzić sceptycznie do pomysłów przechodzenia wyłącznie na rozwiązania ekologiczne. Więcej w tym bowiem pieniędzy i polityki niż chęci pomagania przyrodzie. Ostatnie pytanie, jakie zadałem Piotrowi Maciążkowi dotyczyło tego, jak powinna rozwijać się polska energetyka, by działać jak najlepiej i zminimalizować możliwość wystąpienia dużych awarii w przyszłości.

Jedno jest pewne: Państwo musi określić swój docelowy miks energetyczny w nowej Polityce Energetycznej do 2050 roku. Miks w którym postawimy przede wszystkim na efektywność energetyczną, OZE, energetykę prosumencką (mikroźródła), gaz łupkowy, energetykę jądrową w oparciu o małej mocy kompaktowe reaktory jądrowe oraz energetykę w oparciu o węgiel wykorzystywany w sposób efektywny i przyjazny środowisku (np. podziemna ekstrakcja) – dodaje prof. Krzysztof Żmijewski

Otóż w Unii Europejskiej nie ma kraju, który jest do nas podobny pod względem rynku energii i musimy szukać własnych rozwiązań, które jednocześnie będą dla nas najbardziej korzystne, jak też zgodne z przepisami unijnymi. Nie należy bowiem rozpatrywać scenariusza, w którym opuszczamy Unię Europejską.

Abstrahując od prywatnych opinii na temat tej organizacji trzeba przyznać, że opuszczenie jej byłoby katastrofą pod wieloma względami. Musimy zatem szukać własnych rozwiązań, które przewidują korzystanie z posiadanych surowców, stopniowe przestawianie się na odnawialne źródła energii oraz możliwość łatwego kupna energii od sojuszników i sąsiadów. Dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć, że jesteśmy bezpieczni energetycznie, a blackout nie jest nam straszny.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement