MAGIA APPLE, czyli proaktywne majtki

Felieton/Technologie 20.09.2015
MAGIA APPLE, czyli proaktywne majtki

MAGIA APPLE, czyli proaktywne majtki

Aktualizując oprogramowanie iPhone’a przeczytałem na ekranie, że urządzenie stanie się „bardziej inteligentne i proaktywne”. Ho, ho – pewnie mój iPhone niedługo poprawi teorię względności a potem wygra maraton!

Mam nieodparte wrażenie, że specjaliści od marketingu tak bardzo odlecieli, że nadają swoje komunikaty gdzieś z okolic Plutona. Jeśli uważają, że urządzenia są coraz bardziej inteligentne, to albo odbiorców uważają za coraz mniej inteligentnych albo sami inteligencją zbliżają się do smartfona.

Instalując aktualizację dumałem o tym, jak w ostatnich latach zmieniło się moje podejście do elektroniki. A przy okazji jak ewoluował Apple. Parę lat temu ekscytowała mnie każda programowa nowinka, choćby najdrobniejsza. Intrygowało, co też ciekawego pojawi się w nowym systemie operacyjnym. Czy wprowadzono jakieś usprawnienia, które pomogą mi w rozrywce? Albo chociaż w pracy?

Kilkanaście lat temu czekając aż zakończy się proces aktualizacji, wpatrywałem się w ekran komputera z jednym dominującym uczuciem: niepokojem.

Czy moje urządzenie w ogóle zadziała po aktualizacji? To pewnie efekt doświadczeń z DOS-em i dawnymi edycjami Windowsów, kiedy nigdy nie był wiadomo, czy jakaś aktualizacja nie spowoduje, że komputer zacznie udawać zamrażarkę.

Od dłuższego czasu jednak aktualizacje oprogramowania, czy to od Apple’a, czy od Microsoftu, nie podnoszą ciśnienia krwi. Co najwyżej iPhone po aktualizacji przestanie telefonować. Ale w końcu dzisiejsze „komórki” nie po to są smart, żeby zniżać się do poziomu, z jakim dawały sobie radę najstarsze „klawiszowe” Nokie.

Podobnie wciągające, jak aktualizacje oprogramowania, stały się reklamowe konferencje Apple’a. Konkurentów zresztą również. Usiłują rozpalić emocje wokół kabelka, szybek albo jakiś procentów. Zamiast po prostu powiedzieć: drodzy dziennikarze i blogerzy, napiszcie coś o naszych nowościach, a my obiecujemy już dłużej nie nudzić. A potem wszyscy pójdziemy wydać nasze zarobione pieniądze na coś bardziej sensownego, niż właśnie pokazaliśmy.

Niestety na razie dominuje schemat – jak nie ma o czym mówić, to trzeba wyświetlić prezentację albo zaprosić na scenę muzyków.

Jak to stanie się już dla widzów nie do zniesienia, Apple albo Samsung przywróci walki gladiatorów. Aż wreszcie w geście desperacji zaczną zapraszać na scenę duet Suski-Niesiołowski.

Trochę się na to nabieramy, bo posiadając naturę gadżeciarzy marzymy o przełomowych urządzeniach. Sam bym wolał kupić coś nowego i przedziwniecudownego, niż co dwa lata wydawać kasę na kolejny model iPhone’a, który pewnie za dekadę tak urośnie, że przestania mi się mieścić w pokoju. Co jest bardzo prawdopodobne zważywszy, jak zmienia się Apple jako firma. I może właśnie te przemiany stają się dziś bardziej pasjonujące niż to, co Apple produkuje.

Historycy biznesu będą mieli co opisywać, bo Apple po śmierci Jobsa dokonało – jak sądzę – istotnego zwrotu. Choć może bardziej pasuje tu określenie rewolucja przez ewolucję.

Kiedyś urządzenia Apple’a słynęły z łatwości obsługi. Ale równie proste było kupowanie samych produktów.

Pomijając oczywiście kolejki, kiedy firma tylko wypuści jakąś znaczącą nowość.

sklep-apple-kolejka

Apple od dawna słynął z tego, że w swoimi portfolio ma stosunkowo mało urządzeń. Tym właśnie odróżniał się od konkurencji, która uważała, że powinna oferować innego laptopa dla dwudziestosiedmioletniego rudego mężczyzny z brodą a innego dla dwudziestoośmioletniego mężczyzny bez brody ale z nadwagą. Właśnie zamierzam kupić windowsowego notebooka i już po nocach nie śpię, tyle urządzeń muszę przeanalizować. A jak napisał kiedyś Leopold Tyrmand, nadmiar krawatów w sklepie pozbawia ludzi możliwości wyboru. Apple dawniej skutecznie ratował nas z objęć tej obezwładniającej niemocy wynikającej z nadmiaru.

W świecie Apple’a kupowanie było zawsze prostsze. Bliższe znanej zasadzie pana Forda, który pozwalał ludziom wybierać kolor samochodu, pod warunkiem, że był to kolor czarny.

Wybór notebooka Apple’a zawsze był stosunkowo łatwy, ograniczony do kilku zaledwie modeli. Na dokładkę jak chciało się kupić urządzenie z opcjonalnym większym RAM-em, to można było w amerykańskim Apple Store usłyszeć, że trzeba poczekać, aż sprowadzą do sklepu. Bo na co dzień na półkach nie mają takich ekstrawaganckich modeli.

Ale tymczasem ta reguła koncentrowania się na kilku produktach powoli zmienia się. Apple zaczął słuchać swoich klientów. W specyficzny sposób. Zaakceptował fakt, że jeśli klienci koniecznie chcą na coś wydać pieniądze, to proszę bardzo, wyprodukujemy im nowe zabawki, których tak bardzo oczekują. Nawet jeśli sami nie do końca jesteśmy do nich przekonani.

Chcieliście mniejszego iPada? Proszę bardzo. Powstał model mini. Już możecie sięgnąć do portfela. Chcieliście większego iPhone’a? Proszę bardzo. Macie iPhone’a 6 Plus. Wyciągajcie kartę kredytową. Macie ochotę wydać pieniądze na monstrualny tablet z rysikiem? Czemu nie. iPad Pro zaraz pojawi się na coraz bardziej zatłoczonych półkach. Jeszcze bardziej ułatwimy wam zakupy, bo możecie skorzystać z Apple Pay.

Pewnie najgłośniejszy przykład tej przemiany to wyczekiwany latami Apple Watch. Na razie chyba nie całkiem spełnił pokładane w nim nadzieje – zarówno producenta, jak i odbiorców. Ale Apple wypuścił go na rynek, może trochę bez przekonania, bo okazja do zarobku była tak pociągająca, że nawet święty Augustyn rzuciłby pisanie „Wyznań” i wyciągnął rękę.

Dziś Apple mógłby sprzedawać koszulki, misie, naklejki, kubki, torebki, herbatę albo majtki ze swoim logo – i sporo by na tym zarobił.

Może tak zresztą wygląda przyszłość. Przy czym nie wątpię, że te majtki będą bardzo proaktywne.

Apple coraz chętniej podąża za modami – a nie kreuje je – widząc w tym znakomitą okazję do zarobku. Zróbmy to, co inni, tyle że jako produkt premium. Lepiej wykonany, niż średnia rynkowa i przy okazji cieszący się większą marżą.

Skąd ta zmiana? Czy to koniec Apple’a? Przeciwnie.

Apple rozszerzając swoje portfolio zarabia coraz większą górę pieniędzy. Pewnie niedługo zainwestuje w działki na Marsie z myślą o nowych fabrykach. W coraz lepszy sposób monetyzuje – za przeproszeniem – swój znak handlowy. A to jest przecież główny cel biznesu – zarabiać więcej.

Z jednej strony Apple wkracza coraz mocniej na nowe rynki – choćby na gigantyczny chiński – a z drugiej podsuwa klientom kolejne możliwości wydania pieniędzy. Przez chwilę firma nawet myślała o trochę mniej majętnym kliencie, co dawniej wydawało się herezją. Kogoś nie stać na drogiego iPhone’a? To zróbmy eksperyment z trochę tańszym iPhone’a 5c. Dziś Apple raczej testuje na rynku różne wariacje swoich sztandarowych produktów, niż wymyśla przełomowe urządzenia. Bo i nie musi – firma toczy się z rozmachem coraz większej śnieżnej kuli.

Możemy się zastanawiać, czy Steve Jobs zaakceptowałby te wszystkie nowe produkty. To czysto myślowa zabawa, bo oczywiście nigdy już tego się nie dowiemy. Ale raczej powinniśmy zauważać fakt, że Apple zmienia się tak jak zmienili się szefowie tej firmy. Mieliśmy Steve’a Jobsa, charyzmatycznego wizjonera, mamy Tima Cooka, pragmatycznego handlowca.

A o magii wciąż poczytamy w ulotkach reklamowych. Może nawet niektórzy uwierzą w te wszystkie sztuczki, tak jak w pokazy Davida Copperfielda.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement