„Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza to gniot i obraza dla czytelników serii Millennium Stiega Larssona

Recenzja/Longform 09.09.2015
„Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza to gniot i obraza dla czytelników serii Millennium Stiega Larssona

„Co nas nie zabije” Davida Lagercrantza to gniot i obraza dla czytelników serii Millennium Stiega Larssona

Przeczytałem. I jestem zażenowany, zdegustowany i zdruzgotany tym, jak bezczelnie można zszargać imię wielkiego zmarłego pisarza. „Co nas nie zabije”, czyli czwarta powieść z cyklu Millennium napisana przez Davida Lagercrantza – wynajętego przez spadkobierców twórcy serii Stiega Larssona autora, to gniot jakich mało.

Nie chodzi nawet o to, że fabuła, postaci, czy sposób prowadzenia historii nie stoją na choćby zbliżonym poziomie do tego, co zaproponował Stieg Larssson w oryginalnej trylogii. Chodzi o to, że ta powieść sama w sobie jest nad wyraz słaba. Warsztatowo, fabularnie. I na dodatek absurdalna w każdym wymiarze.

Mam długą listę zarzutów w stosunku do „Co nas nie zabije”. Podzielę je na dwie części: jedna dotyczyć będzie tego, co Lagercrantz zepsuł bazując na świecie wykreowanym przez Larssona, druga pozostałych naiwności i absurdów.

Co Lagercrantz zepsuł

millennium

– Postaci

Każdy kto zaczytywał się w oryginalnej trylogii ujęty był przede wszystkim niesamowitymi postaciami, które Larsson stworzył na potrzeby skomplikowanej fabuły. Nie tylko dwoje głównych bohaterów: Lisbeth Salander i Mikael Blomkvist, ale także inni, jak: ojciec Lisbeth Zalachenko, brat przyrodni Lisbeth Ronald Niedermann, opiekun prawny Lisbeth Nils Bjurmann, bokser i przyjaciel Lisbeth Paolo Roberto, czy detektyw Bublanski to wybitnie nakreślone postaci – każda z własną historią, doskonale wytłumaczonymi motywami działania, każda z jakąś potężną deformacją determinującą postrzeganie świata.

Lagercrantz nie tylko nie zbudował żadnej nowej postaci, która byłaby porównywalna z kimkolwiek z wymienionej listy, lecz na dodatek zepsuł to, co zbudował Larsson. Chociażby to, co nowy autor zrobił z Bublanskim, woła o pomstę do nieba. Z wyjątkowo inteligentnego i skrupulatnego detektywa targanego wątpliwościami religijno-społecznymi zrobił wodzoną za nos marionetkę. Z wielokrotnie niejednoznacznego moralnie Blomkvista zrobił uosobienie wszelkich cnót, a Lisbeth Salander potraktował tak jednotorowo, że aż żal było czytać.

– Fabuła

Trylogia Larssona to oprócz głównego wątku niesamowite wątki poboczne, jak chociażby ten związany z Eriką Berger, który rozprawiał się ze środowiskiem dziennikarskim w Szwecji lub ten z rodziną Vangerów, który piętnował wciąż silne ruchy faszystowskie w Szwecji. W „Co nas nie zabije”, mimo ponad 500 stron powieści, nie ma niczego poza główną historią.

A ta – sorry za określenie – jest tak naiwnie głupia i przewidywalna, że aż zęby szczękały podczas czytania.

Po pierwsze, tu się prawie nic nie dzieje. Wydarzenia w całej historii można by streścić na jednej, góra dwóch stronach. Po drugie, historia wyłożona jest od A do Z w sposób tak przewidywalny, że dosłownie po dwóch rozdziałach można się domyśleć całej linii wydarzeń. Po trzecie, poziom naiwności fabuły jest absurdalny nawet jak na poluzowane do granic zdrowego rozsądku standardy Hollywood. Nie zdradzę wiele, gdy podam jeden przykład: Lisbeth Salander w pojedynkę hackuje N.S.A.

Pozostałe absurdy

The-Girl-in-the-Spiders-Web

– Sposób prowadzenia powieści

Styl Lagercrantza nie tyle odbiega od Larssona, co jeszcze można byłoby wybaczyć, co jest po prostu nieporozumieniem. Lagercrantz nie pisał wcześniej beletrystki i… to cholernie w „Co nas nie zabije” widać. To się po prostu czyta jak książkę amatora.

Wskazuje na to kilka oczywistych przykładów. Lagercrantz opisuje wydarzenia opisując je z perspektywy kolejnych postaci, czyli na przykład najpierw opisuje je Blomkvist, potem Salander, a potem jeszcze inny bohater. W większości są to powtórzenia z małymi osobistymi dodatkami danej postaci. To z całą pewnością nie jest wypracowany zabieg stylistyczny; to nieumiejętność pisania powieści.

Albo inny przykład – w wielu miejscach powieści bohaterowie bazują na swoich przeczuciach, by oczywiście totalnie z czapy i bez większego intelektualnego wysiłku odgadnąć wydarzenia w skomplikowanym spisku. Sposób w jaki opisuje ten proces Lagercrantz obraża inteligencję czytelników.

– Opera mydlana

Głównym wątkiem trylogii Stiega Larsson były – że tak to enigmatycznie ujmę – perypetie rodzinne Lisbeth Salander. Tak, wszyscy wiemy, że była to skomplikowana rodzina o dużym poziomie antypatii: ojciec szpieg otoczony bezkresną opieką przez szwedzkie służby znęcający się nad rodziną, przyrodni brat i pół-mutant nie odczuwający bólu. Wszyscy byli częścią wielkiej intrygi, z której wyrwała się Lisbeth, a fabularnie stanowiło to jedną homogeniczną i skończoną całość.

Lagercrantz zrobił z „Co na nie zabije” operę mydlaną rodziny Salander. Oto bowiem pojawia się zaginiona siostra-bliźniaczka Lisbeth (istnienie Camilli oczywiście było zasygnalizowane przez Stiega Larssona), która staje się nemezis głównej bohaterki. Och, co będzie w następnej części Millennium – wujek, kochanka Zalaczenki, a może jeszcze jeden przyrodni brat (wiemy, że jest jeszcze przynajmniej dwóch)?

– Technologiczna naiwność

Książkę Lagercrantza z niezłym ubawieniem będą czytać fani nowych technologii. Główni bohaterowie używają tutaj Blackphone’ów, które traktowane są jako jedyne bezpieczne telefony, Lisbeth za pomocą jednego kodu jest w stanie dostać się do każdego komputera na świecie, w tym N.S.A. Google, Apple i inni giganci tech przedstawieni są jako ucieleśnienie wszelakiego zła współczesnego świata, a amerykańskie służby specjalne jako przekupni przestępcy. Brakowało jeszcze Snowdena i Assange’a, choć w zasadzie to Lisbeth Salander jest tu obiema tymi postaciami.

Tragedia i dramat w jednym.

Martwi mnie oczywisty sukces „Co nas nie zabije”

źródło: marketwatch
źródło: marketwatch

W sukces sprzedażowy „Co nas nie zabije” nie wątpię. Akurat w ostatnich dniach miałem okazję być zarówno w USA, jak i Niemczech i na paru przelotowych lotniskach i wszędzie widziałem w księgarniach, kioskach, a nawet barach wystawki z najnowszą książką z serii „Millennium”.

W Polsce jest podobnie. Nie ma księgarni, nie ma hipermarketu, nie ma stacji benzynowej, gdzie na wystawach nie świeciłaby książka Lagercrantza.

To się musi sprzedać, bo machina promocyjna jak na książkę jest bezprecedensowa.

I tym bardziej jest mi smutno, że pamięć o wybitnej trylogii Stiega Larssona zostanie zbezczeszczona takim gniotem. Nie mówiąc o wątpliwościach natury moralnej.

Dołącz do dyskusji

Advertisement