Piotr Lipiński: YOUTUBE, czyli bliżej już nie można

Felieton/Technologie 31.05.2015
Piotr Lipiński: YOUTUBE, czyli bliżej już nie można

Piotr Lipiński: YOUTUBE, czyli bliżej już nie można

Włączam transmisję z Ironmana. Potem oglądam recenzję chińskiej kamerki sportowej. A chwilę później mix południowoamerykańskich przebojów.

Raz coś po angielsku, raz po rosyjsku. A nawet po hiszpańsku, choć w tym języku potrafię tylko zamówić trzy piwa. Nic nie szkodzi, nawet jak większości nie zrozumiem, to i tak z obrazków domyślę się sensu. Bo oglądam z bardzo bliska. Właściwie bliżej już nie można.

Tego wszystkiego nie zobaczę w żadnej telewizji. A w każdym razie nie w dowolnym momencie, kiedy mam czas na pooglądanie.

Coraz częściej włączam Youtube’a. A coraz rzadziej telewizję. Nie zamierzam w żadnym razie wieszczyć upadku „tv”. Ale sam jestem zaskoczony, że w komputerze oglądam więcej niż w telewizorze. Niezbyt to dobrze rokuje mojemu dostawcy telewizji satelitarnej, który z każdym przedłużeniem umowy dostaje ode mnie coraz mniej pieniędzy.

Nigdy nie byłem szalonym zwolennikiem ruchomych obrazków. Zawsze wolałem poczytać, niż pooglądać. Lubiłem zabawę z wyobraźnią, a tej sprzyja niejednoznaczne słowo pisane, a nie dosłowny obraz.

Należę do pokolenia, dla którego telewizja jest czymś naturalnym, znanym od urodzenia.

Bo na przykład dla moich rodziców naturalne było radio, telewizja pojawiła się na świecie dopiero, gdy dorastali. A dla mnie takim nowym medium jest Internet. Zawitał do mojego życia parę lat po tym, jak osiągnąłem wiek dojrzały. A Youtube jeszcze później.

W mojej młodości telewizja była oczywiście zupełnie inna. W tamtych czasach na przykład sztandarowym punktem programu było… czytanie programu. Na ekranie pojawiali się spikerzy zapowiadający co tam ludzie będą mogli później obejrzeć. Spikerzy urośli do kultowych postaci, jak Kloss albo Janosik. Spikerów znali wszyscy. Krystyna Loska i Jan Suzin byli połączeniem Dody, Komorowskiego, Szyca i Lewandowskiego. Jeśli ktoś ich nie rozpoznawał, to znaczy, że nie żył w PRL-u. Przy okazji udowadniali prawdę, że wszelkie zapowiedzi są ciekawsze od ich spełniania.

tv-telewizja-telewizor

Programy telewizyjne były wówczas dwa, pierwszy i drugi. Jeszcze gorsze niż te kilkadziesiąt, które dziś możemy oglądać. Co jakiś czas western, a na co dzień kampania buraczana albo dożynki.

Niedługo przed rokiem 1989, kiedy do Polski zaczęła zbliżać się wolność, w telewizji pojawiła się niewolnica Isaura. Widomy znak, że w wolnym kraju „tv” będzie jeszcze głupsza niż za „komuny”.

Niewolnica sprowadziła ze sobą telewizyjne tasiemce – nieskończenie długie seriale, w których życie nagrywano techniką slow-motion – każda sekunda trwała co najmniej minutę.

To było dość przykre – po latach propagandy komunistycznej w telewizyjnym „Dzienniku” człowiek miał nadzieję, że telewizja w wolnym kraju będzie źródłem fantastycznych programów. Nadzieję równie sensowną, co wiara w zdrowotne rezultaty homeopatii.

Ale pewnie po to właśnie jest telewizja – żeby schlebiać niezbyt wyrafinowanym gustom.

Jak dziś rzucicie okiem na jakiekolwiek kolorowe pismo z programem telewizyjnym, to z zaskoczeniem zauważycie, że nic wam nie mówią nazwiska gwiazd z okładki. Od jakiegoś czasu już same te pisma muszą produkować gwiazdy, bo inaczej nie będą miały o czym pisać.

Tymczasem Internet zaczął produkować własne gwiazdki i gwiazdeczki, które swoje miejsce znalazły na Youtubie. Ale na tym się akurat zupełnie nie znam, bo nie subskrybuję żadnych kanałów, a między materiałami na Youtubie przemieszczam się ruchem pijanego konika szachowego.

Dziś nawet nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy w sieci pojawiły się filmiki. Ten moment zupełnie mi umknął.

W początkach mojego związku z Internetem nie było mowy o oglądaniu filmów. Łącza były na to zbyt wolne. Z nostalgią wspominam tekstowy Internet – siermiężny, ale jak na moje potrzeby zupełnie wystarczający. Właśnie dlatego, że zawsze wolałem poczytać niż pooglądać.

Zresztą jak tu można by było cokolwiek oglądać, jak komputery były niemal nieme i głuche? Co najwyżej trochę popiskiwały. Pewnego dnia pojawiło się jednak pojęcie: komputer multimedialny. A cóż to za diabeł? Nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić tego czorta, widać byłem za mało religijny. A chodziło w gruncie rzeczy o rzecz dość prostą. Nagle komputery dostały mikrofony i głośniki, a nawet kolorowe monitory. Od tej pory stały się nowocześniejszą wersją telewizora – samemu można było ustalać, co się chce w nich oglądać.

youtube-notebook-laptop-macbook

A tymczasem zwykłe telewizory urosły, odchudziły się, ale wciąż dyktują, co mamy obejrzeć. Co mnie jednak od dłuższego czasu intryguje, to fakt, że w ogóle nie mam ochoty oglądać Youtube’a na ekranie telewizora. Choć mam do niego nawet podłączony komputer. Ale Youtube kojarzy mi się z bliskością. Intymny kontakt z tym serwisem wydaje mi się najbardziej naturalny.

Pewnie po prostu przyzwyczaiłem się, bo przecież od początku istnienia Youtube’a korzystam z niego głównie w komputerze. Nie zmieniły tego nawet tablety ani smartfony. Może wszystko zaczęło się od tego, że najczęściej oglądam jakieś videotesty i zależy mi, żeby dostrzegać jak najlepiej wszelkie detale? Nie wiem. W każdy razie jestem pewny, że Youtube musiałby dokonać jakiejś istotnej zmiany, aby zawędrować na dłużej do mojego telewizora.

Tymczasem tradycyjna telewizja umiera, umiera, ale jakoś umrzeć nie chce.

Wciąż mnożą się kanały – jednych ubywa, w ich miejsce pojawiają się nowe. Choć w zasadzie i tak pokazują wciąż to samo. Pewnie na tym polega poszerzanie oferty programowej – na zmianach nazw kanałów.

Youtube bardziej przystaje do naszych czasów. Telewizji wciąż opierają się na kilkudziesięciominutowych programach, które nie pasują do pulsującej chaosem współczesności. W żadnym razie jednak nie uważam, że to akurat wada telewizji, że jej programy są średnio dłuższe niż to, co pojawia się na Youtubie. Zauważam jedynie, że jest to pewna różnica pomiędzy tymi mediami.

W Youtubie nie mam swoich ulubionych programów. Zawsze sam czegoś szukam.

To, co jest jednak najważniejszego w Youtubie, to po prostu uzależnienie od Google. Sieć między innymi jest dlatego dla nas tak ciekawa, że kiedy czegoś szukamy, zna nas na tyle, że podpowiada najbardziej interesujące materiały. I to jest olbrzymia siła Youtube’a – żadna telewizja nie potrafi sama dobierać specyficznych materiałów dla każdego widza. A im dłużej ktoś korzysta z Youtube’a, tym te programy są dla niego bardziej interesujące.

Youtube nie jest mądrzejszy od telewizji. Tylko łatwiej w nim znaleźć coś dla nas interesującego.

Ale Youtube będzie zdobywał masową publiczność nie dlatego, że będzie ciekawszy od telewizji. Przeciwnie.

Będzie wygrywać dzięki materiałom tak głupim, że nawet telewizja by się nie odważyła ich pokazać.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafiki: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement