Karol Kopańko / 11.05.2015

13 potraw indyjskiej kuchni ulicznej, jakich nie zjesz w Polsce

29 interakcji Przejdź do dyskusji

Jeśli myślicie, że w Indiach jada się tylko wegetariańskie warzywne curry z ryżem, ewentualnie placuszkami ciapati, to jesteście w dużym błędzie, bo indyjska kuchnia jest ma w sobie wiele różnych zakamarków, w które… czasami lepiej nie zaglądać. To, czym Indusi żywią się na co dzień raczej nie może być zaliczone do zdrowej żywności.

Gigantyczna hinduska kolacja, ale w końcu świętowaliśmy wtedy Boże Narodzenie, więc się nie liczy #indiaKK #foodporn #christmas

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Pierwsze przewinienie to niezbilansowane porcje pokarmu. Śniadanie jest malutkie, ja zwykle musiałem brać co najmniej dwie porcje, aby nie czuć głodu, ale już obiady kończyłem tylko w specyficznych warunkach (np. podczas trekkingu), bo były tak duże, że nie dałbym się rady ruszać, po wciśnięciu w siebie dwutysięcznokalorycznej porcji ryżu z polewką. Po obfitym obiedzie, kolacja powinna być symboliczna, prawda? Tak mi się przynajmniej zdawało do momentu, kiedy zobaczyłem, porcje jakie “Na dobranoc” serwowali sobie Indusi.

Przywołując obraz ulic Indii mogę powiedzieć, że na pewno nie jest to kraj ludzi szczupłych. Przeważnie trafiałem albo na chudzielców (nie mam tu na myśli żebraków, a tych, którzy mogą sobie pozwolić na jedzenie do syta) z rękami jak patyki, którzy z braku tłuszczu spalają mięśnie, albo na bardzo “tatusiowtych” Panów. Panie rządzą się swoimi prawami…

Bułki i tosty

Kiedy podróżowałem przez Indie, zza Kaukazu i Karpat docierały do mnie informacje o krucjacie wytoczonej glutenowi przez zwolenników zdrowego żywienia. Czytałem o niechybnie zgubnych skutkach jego spożywania, a później wychodziłem na ulicę i patrzyłem, jak sklepowe półki uginają się od napompowanego chleba tostowego i trącących plastikiem bułeczek.

Jak chleb tostowy przysmaża się przeważnie z jajecznicą na patelni, tak bułeczki mają o wiele szersze zastosowanie.

Wchodzę do akademikowej kuchni, a tam znajomy Hindus z Chennai zapieka na patelni chleb z masłem. Niespecjalnie pociągał…

Posted by Karol Kopańko on Sunday, March 1, 2015

W Jaipurze popularne są rozkrajane bułki nadziewane sałatkami i polewane ostrym sosem. Wartość kaloryczna zapewne się zgadza, ale czy odżywcza?

W Varanasi bardzo często trafiałem na poniższy zestaw, gdzie bułka (obowiązkowo uprzednio przekrojona na pół i podgrzana na patelni), zastępowała ryż. Podawało się do niej klasyczne curry z fasoli, sos chili i białe warzywo, którego proweniencji z racji na bezsmakowy i mdły charakter nie stwierdziłem.

Zdrowie indyjskie żywienie – bułka z soczewicą #bulkazbananem #indiaKK #foodporn

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Zaraz przy dworcu kolejowym w Delhi zjadłem najostrzejszą bułkę w swoim życiu. Bułka sama w sobie ostra nie była, ale nadzienie prawie wyłącznie składało się z przeszywających tępymi dzidami podniebienie papryczek chili. Indusi prosili: “Jeszcze troszeczkę tego ostrego”…

Lody

Wiecie, że nie można pić wody z indyjskiego kranu? Nie należy do najczystszych i może zafundować wam kilka dni w bliskim towarzystwie toalety. To samo jest niestety z lodami, bo do ich przygotowania używa się “kranówy”, którą w wersji śmietankowej miesza się z mlekiem (jego banieczka stoi obok chłopca).

Ja za skosztowanie lodów wziąłem się z przyjemnością. Kosztowały mnie 30 rupii (1,5 zł) i przypomniały czasy lodowych “pałeczek”, kupowanych za 30 gr w szkolnym sklepiku. Smakowo te indyjskie nie mają sobie równych, choć poziom cukru skacze po nich w okolice Everestu.

Ci, którzy obawiają się zarazków z takich “ulicznych zamrażarek” mogą oczywiście kupić zwykłe lody w kubeczku, choć dwa razy droższe. Co dziwne nie spotkałem jeszcze kubeczka z pokrywką… Domyślcie się co to może oznaczać…

Ciastka

To, co u nas kupuje się w raczej niewielkich opakowaniach, w Indiach można nabyć hurtem.

Maślane ciastka, po których bardziej niż skoki insuliny grożą nam mdłości, wysuszony chleb maczany w lekko słodkawych, brązowym roztworze i sprzedawany jak łakocie, czy w końcu chipsy, których sposób składowania przypomina bardziej silos na kukurydzę niż plastikową paczkę.

Wszystko to jest niesłychanie tanie i sprzedawane przeważnie na wagę. Kilogram ciastek – 200 rupii, 100 gram “chlebka” – 150 rupii, siatka chipsów wielkości naszych największych opakowań – 100 rupii. Te ostatnie są jednak prawdziwym delikatesem i spotkać można je niezwykle rzadko.

Indyjskie ulice obfitują jednak w sprzedawców innych produktów, które ja sobie bardzo upodobałem – czekoladowych batonów. Dziwnym trafem nie spotykałem innych rodzajów niż odpowiedniki naszych Lionów i Prince Polo, ale mimo braku różnorodności nie wybrzydzałem. Dzięki temu, że w pobliżu produkowano akurat te rodzaje, ja mogłem wypełnić sobie plecak wysoce energetycznymi batonikami za grosze.

Szkoda tylko sprzedawców, którzy wybitnie często padali łupem drobnych złodziejaszków, którzy podbierali kawałki batoników, kiedy tłum napierał na stragan, a jego właściciel musiał się przezeń przedzierać ciągnąc drewniany wózek.

To jeszcze nie koniec, bo tak jak wcześniejsze “posiłki” Indusi traktują jako pełnoprawną aprowizację, tak poniższe są tylko deserem i to spożywanym raczej od święta.

Daulat Ki Chaat

Gulab Jamun

(dosł. owoc wody różanej – tym owocem jest Czepetka kuminowa, uprawiana właśnie dla przepysznych owoców, ale i dla kory wykorzystywanej w garbarstwie)

Największą przyjemnością, a także generującą największe wyrzuty sumienia jest bez wątpienia Gulab Jamun. Wytwarza się je z suchawego sera khoya i formuje w nieduże kuleczki, które następnie wrzuca się na głęboki olej i po zarumienieniu macza w odrzucająco słodkim syropie przygotowanym na bazie wody różanej z dodatkami kardamonu i szafranu.

Mimo, że wyglądają jak miniaturki pączków, to smakują zupełnie inaczej. Dobrze przyrządzone wprost rozpływają się w ustach przy każdym gryzie. Są niesamowicie delikatne, jak chmurki zamknięte w puszystej, brunatnej skorupce.

Chikki

Absolutna słodycz bogów, przygotowana głównie z cukru trzcinowego i orzeszków ziemnych. W Delhi jest jedna, kilometrowa ulica, której sklepy po sufity wypełnione są sprasowanymi płyteczkami Chikki. Z kilogram trzeba zapłacić ok. 11 zł, a ja się w niej tak zakochałem, że kupiłem dwa.

Niech osoby, które jako pierwsze spotkam w Polsce drżą na widok tej bomby kalorycznej – 2 kg czystego cukru, nugatu,…

Posted by Karol Kopańko on Wednesday, January 14, 2015

W zupełnie innej lidze grają zaś sprzedawcy słodyczy. Wszystkich łączy niesłuchanie przyjemny fakt – kiedy tylko widzą białych ludzi, bardzo chętnie wyciągają do nich kawałeczek swoich słodyczy “na spróbowanie”. Mnie wabili tak zdecydowanie częściej niż bym chciał.

Gajak

Widzicie ten kopczyk jasnych ciasteczek przed sprzedawcą? To właśnie Gajak. Bardzo podobny do Chikki, ale orzechy zastąpiono w nim nasionami sezamu. Niebiańska uczta!

 

Pozostając w temacie słodyczy:

Słodki ziemniak

po 30 (1,8 zł za sztukę)

(tak, Pan obierał ziemniaka trzymając go w swoich rękach, których uprzednio nie mył)

(plastikowe rękawiczki? Na indyjskiej ulicy?)

Bataty w DelhiIndie są jednymi z największych na świecie producentów słodkich ziemniaków. W Delhi bardzo często można spotkać sprzedawców ze stoiskami pełnymi uprzednio upieczonych, a teraz podgrzewanych batatów.Pa życzenie mogą je obrać ze skórki, pokroić na małe kawałeczki i posypać ostrymi przyprawami.Mhm… przypominają mi się wykopki!

Posted by Karol Kopańko on Thursday, May 7, 2015

Trzcina cukrowa

W Indiach częściej niż pod postacią wyciskanych soków sprzedaje się ją jednak jako pokrojone kosteczki do gryzienia i ssania. Choć smakuje to jak wysysanie kostki cukru zawiniętej materiałową chusteczkę, to jako przerywnik pomiędzy bułkami i ryżem dawało radę!

 

Wszystkie typy posiłków, oprócz wymienianych na początku bułek, są raczej przekąskami. Teraz zaś przechodzimy do pełnoprawnych posiłków, do których moim głównych zastrzeżeniem jest mała wartość odżywcza. Należy pamiętać, że wielu Indusów jest wegetarianami, często z powodów religijnych, ale wielu także nie stać np. na dokupienie kawałka mięsa do swojego obiadu.

Posiłki bogate w proteiny są bardzo rzadko spotykane w kuchni ulicznej. Jeśli już się na coś trafi to jest niesłychanie drogie. Przykładowy zestaw z poniższego zdjęcia to koszt 30 rupii, czyli ok. 1,6 zł. W zamian dostajemy trochę polewki z soczewicy i kilka gram sosu, którego nie zidentyfikowałem. Clue posiłku są zaś placuszki chapati wypiekane z mąki, do dostania po 10 rupii za sztukę. I to wszystko…

Do tego można było dokupić jeszcze malutkie kurze udko, za 90 rupii… w Indiach za tyle żyją dziennie miliony.

Tak zaś wygląda podstawowy zestaw ulicznego sprzedawcy: pieczone na głębokim oleju placki i pączki, do tego sambal (sos chili) i dwa rodzaje łagodniejszych sosów.

Jeśli jadłodajnia jest stacjonarna, to w tej blaszanej stągwi jest woda z kranu, którą każdemu klientowi dolewa się za darmo.

Zestaw taki wystarczy zapakować na rower i można ruszać na poszukiwanie klientów.

Widziałem nawet pewnego Indusa, który na rowerze przywiózł butlę gazową z palnikiem, wielką patelnię i ciasto do upieczenia.

Zdecydowanie częściej można spotkać większe wózki z jedzeniem z rowerowymi kołami, która na stałe pełnią kuchenną funkcję.

Pan poniżej piecze chlebek naan, który spożywa się głównie maczając w curry.

Podsumowanie

Kontakt z indyjskim jedzeniem odczytuję u siebie na dwóch płaszczyznach. Pierwszej, bardziej powierzchownej – zobaczyłem jak jadają ludzie na Półwyspie, zaznałem ich ulicznej diety i przystosowałem się do niższych standardów sanitarnych.

I drugiej, głębszej – żyłem wśród biedniejszych ode mnie ludzi, którzy stołują się w najtańszych miejscach i o urozmaiconej diecie mogą tylko pomarzyć, bo na nic innego ich nie stać.Produkty mięsne są dla nich zbyt drogie i jedzone tylko od święta, co przypomniało mi o opowiadaniach dziadka, który porównywał jadłospis ze swojej młodości z obecnym. Za jego młodych lat w Polsce też jadało się podobnie wegetariańsko, a mięso lądowało na stole jedynie na Boże Narodzenie i Wielkanoc.

Dobrze jest uświadomić sobie jak wiele mamy szczęścia mieszkając w rozwijającym się europejskim kraju, który nie musi radzić sobie z wieloma problemami, takimi jak np. powszechne głód i bieda. Czytasz ten tekst na monitorze komputera, albo na urządzeniu mobilnym, które albo sobie kupiłeś, albo zostało Ci zasponsorowane. Już samo to oznacza, że należysz do bogatszej części ludzkości.

Aby docenić to, co się ma, trzeba to stracić.

Dołącz do dyskusji

Advertisement