Mieszkania od Państwa, piękne świątynie i zielone wieżowce

Artykuł/Singapur 04.03.2015
Mieszkania od Państwa, piękne świątynie i zielone wieżowce

Mieszkania od Państwa, piękne świątynie i zielone wieżowce

Najdroższe na świecie mieszkania, urzekające świątynie każdego wyznania i ginące pod natłokiem zieleni wieżowce. Zapraszam na lekcję o singapurskim budownictwie.

Mieszkania dla bogatych

Singapur to schronienie dla bogatych. Właśnie tu mieszka najwięcej milionerów w przeliczeniu na metr kwadratowy. Ogromny popyt w połączeniu z niedostatkiem lądu sprawia, że za mieszkanie płaci się tu słono jak nigdzie indziej.

Przyczyny drożyzny są trzy. Pierwsza to niesamowity skok cywilizacyjny, jaki dokonał się na wyspie od 1965 roku, kiedy Singapur został wyrzucany z Federacji Malajskiej. Druga, to idealne warunki do rozwoju dla zachodniego kapitału, który jeszcze do niedawna przyciągany był w myśl zasady: „bierzcie działkę ziemi, stawiajcie wieżowce i róbta co chceta”. Nawet najbogatsi rezydenci nie zapłacą tu podatku wyższego niż 20 %.

Trzecia przyczyna to horrendalny wzrost cen mieszkań. Jeśli ktoś wynajął mieszkanie na 99 lat od rządu (nieliczni posiadają 4 kąty na własność), to w ciągu ostatniej dekady stał się bardzo bogaty. Jeśli sprzedałby nieruchomość to mógłby żyć z zapłaty do końca życia, ale jednocześnie musiałby się przenieść do innego kraju, bo nawet za niski standard trzeba tu płacić słono.

Sam mieszkam w hostelu Katong, gdzie za dwuosobowy pokój, 20 minut od uniwersytetu płacę 500 SGD za miesiąc. Niektórzy z moich kolegów zdecydowali się na wspólne wynajęcie mieszkania i musieli się pogodzić z cenami rzędu 800 – 1000 SGD. Jeśli bardzo nie pasowałaby im długa podróż do szkoły i wyżej pieniędzy stawiali wygodę mieszkania w centrum, to nie pozostało nic innego niż wypłacanie 1600 SGD miesięcznie.

Po przeliczeniu daje to sumę 4 tys. PLN miesięcznego czynszu! Za 1 pokój!

Średnia pensja w Singapurze waha się od 2 do 3 tys. SGD. Ta dolna kwota to przeciętny koszt wynajmu mieszkania w HDB – ogromnym blokowisku. Jak w Polsce mamy Gierkówki, tak w Singapurze właśnie HDB

Mieszkanie od Państwa

Po odzyskaniu niepodległości i sprowadzeniu do siebie wielu zagranicznych korporacji Singapur stał się mekką dla okolicznej ludności, szukającej miejsca na lepszą przyszłość. Imigranci zaczęli napływać niesłabnącym strumieniem, aby zasilić najniższe szczeble produkcji, lecz w końcu zaczęło brakować mieszkań, a co gorsza lądu, aby nowe domu budować. Dlatego PAP, partia, która w Singapurze rządzi nieprzerwanie od 1959 roku wprowadziła w życie program mieszkań publicznych Housing and Development Board (HDB).

Ludzie zasiadający w komisji HDB zostali wyposażeni w odpowiednie środki – pieniężne i legislacyjne, aby zapobiec deficytowi przestrzeni życiowej. Z perspektywy czasu ich działalność wypada ocenić raczej pozytywnie. Podołali zadaniu, dziś każdy Singapurczyk może wynająć od państwa mieszkanie na 99 lat (nie kupić!) i mimo wysokich cen nieruchomości, nie spotkałem nigdy na ulicy osoby bezdomnej.

Ich wysiłek ma także drugą stronę. Każdy z budynków HDB jest podobny do siebie, a na pierwszy rzut oka także „wielkiej płyty” made in Poland. Są to proste, niezachęcające bryły. Jakby po 10 – 12 – godzinnej pracy Singapurczycy lądowali w miejscu, gdzie mają zregenerować siły i przygotować się do kolejnego dnia obowiązków.

Mieszkania HDB, które odwiedziłem nie były duże, ale za to wielopokojowe, idealne dla studentów, którzy większość czasu spędzają na uczelni. Metraż pokoju wystarczał akurat na tyle, aby wstawić do niego pojedyncze łóżko, niewielkie biureczko, na którym większy laptop musiał balansować chcąc utrzymać równowagę i zostawić nieco przestrzeni na szafkę i korytarz.

Takich pokoi było 7, ale za to salon, połączony z jadalnią wynagradzał klaustrofobikom trudy przebywania w samotności. Podobnie jak znajdujący się na dachu basen, który zdaje się być jednym punktów do odznaczenia (checkboxów) w planie budowy HDB.

Wieżowce? Inne niż na Zachodzie

Obecnie drapacze chmur buduje się w tzw. stylu nowoczesnym, modernistyczno – tropikalnym. Ja nazwałbym go raczej stylem roślinno – niesamowitym. Kiedy pierwszy raz widzi się biurowce, to wydawało mi się, że przeniosłem się do zupełnie innej bajki; z innej planety. Jakby ktoś wybrał się na Marsa z misją kolonizacyjną, postanowił podrapać metalem chmury składające się z dwutlenku węgla, ale i obsadził każdy możliwy kąt ziemską, rozłożystą florą, która miała zapewnić obfite w tlen bytowanie.

Ogromne, zwisające z balkonów liście, wspinające się po drabinach pnącza, kaskady wodospadów i otwarte przestrzenie to w Singapurze chleb powszedni. Niektóre budynki są z zewnątrz bardziej szkieletem dla rozwoju roślinności niż biurowcem. Nadaje to budynkom ekologiczną duszę, nie są one jak nasze „Mordory na Domaniewskiej” – metalowymi gigantami, które gdyby umiały mówić, to wciąż powtarzałyby „KPI”.

Zachodni architekci projektujący wieżowce musieli dostosować swoje przyzwyczajenia do tropikalnych standardów. Jednym z nich była rezygnacja z wszechobecnego w Europie szkła. W Warszawie pracowałem w dwóch centrach biurowych, gdzie szyby ciągnęły się od podłogi, aż po sufit. Tu też można takie konstrukcje spotkać, ale są one w zdecydowanej mniejszości.

Ogromne powierzchnie szklane bardzo szybko się nagrzewają i przekazują ciepło do wewnątrz budynku, a tego w Singapurze wolelibyśmy uniknąć. A także płacenia ogromnych rachunków za klimatyzację, która jest jednym z największych konsumentów energii w mieście. Dlatego często można spotkać mniejsze okienka w budynkach, którym towarzyszą przestronne balkony, więc jeśli ktoś chce jeszcze usunąć jakiekolwiek bariery, dzielące go od świeżego powietrza to… droga wolna.

Fundamenty religijne

Singapur jest tyglem religijnym. Napływowa ludność wraz ze swoimi zwyczajami przywiozła tu także własne wierzenia i praktyki. Na każdym kroku możemy spotkać charakterystyczne dachy świątyń chińskich i finezyjne rzeźby ich hinduskich odpowiedników, a także proste, białe mury kościołów katolickich i zborów protestanckich. Na pierwszy plan wysuwają się jednak meczety. Z jednej strony zapewne ze względu na ilość, ale z drugiej także na „rozgłos”. Pięciokrotna dzienna modlitwa, poprzedzona wezwaniem, sprawia, że momentami można się poczuć jak w kraju muzułmańskim. Choć na pewno nie do tego stopnia jak w Malezji czy Indonezji.

Rzadziej można natrafić na żydowskie synagogi czy świątynie Sikhów, których w Singapurze jest stosunkowo dużo. Jeden z nich jest znanym poetą, który na SMU wykłada Creative Writing – najprzyjemniejszy przedmiot na jaki uczęszczam.

Dołącz do dyskusji

Advertisement