iPhone na łańcuszku idealnie pokazuje, co próbują nam sprzedać producenci smartzegarków

Felieton/Sprzęt 25.03.2015
iPhone na łańcuszku idealnie pokazuje, co próbują nam sprzedać producenci smartzegarków

iPhone na łańcuszku idealnie pokazuje, co próbują nam sprzedać producenci smartzegarków

Dopiero co ogłoszono oficjalną datę premiery Apple Watch, a tymczasem w świecie tech pojawiła się niespodzianka, która zadziwiła wszystkich – Apple Pocketwatch. Urządzenie, które może poważnie zamieszać w świecie wearables.

A teraz żarty na bok. Apple oczywiście nie pokazało kieszonkowej wersji swojego nowego produktu. Pocketwatch to efekt połączenia satyry i sarkazmu, z którego zrodziła się reklama wyemitowana w popularnym w Stanach Zjednoczonych talkshow Conana O’Briena.

“To nie tylko klips do papieru i łańcuch do portfela. Za 259 dol”.

Parodia doskonała

Filmik rzeczywiście pokazuje… iPhone’a przypiętego do paska z pomocą łańcucha i klipsu. Rzekoma reklama idealnie kpi też ze sposobu, w jaki Apple sięga do portfeli swoich klientów. “Wystarczy, że wyślesz nam swojego iPhone’a i 259 dol.”. Celnie i w punkt.

Całość pokazuje jednak szerszy problem, na który my – technologiczne geeki nie zwracamy uwagi. Że na nas świat się nie kończy.

Jesteśmy zaledwie ułamkiem. Niewiele znaczącym procentem pośród całej rzeszy ludzi, którzy elektroniczne gadżety postrzegają właśnie jako zabawki. Ewentualnie dodatek do życia. Raz na pięć lat zdarza się produkt, który wywraca piramidę elektronicznych potrzeb przeciętnego człowieka i choć Apple dokonało tego już dwa razy (prezentując światu iPhone’a i iPada), tym razem będzie miało o wiele twardszy orzech do zgryzienia. Podobnie zresztą jak pozostali producenci smart-zegarków.

Ten zegarek kosztuje 10 tys. dol.
Ten zegarek kosztuje 10 tys. dol.

Świat nie potrzebuje Apple Watch’a…

…ani nawet zwykłego zegarka, prawdę mówiąc. Podczas gdy my zajawiamy się cudownymi możliwościami, jakie mogą dać nam komputerki przytroczone do naszych nadgarstków, przed producentami wearables stoi jeszcze jedno wyzwanie, oprócz przekonania przeciętnego konsumenta, że jest mu potrzebny smartwatch. Muszą go najpierw przekonać, że w ogóle jest mu potrzebny zegarek.

Odkąd smartfony stały się powszechne i w zasadzie każdy z nas telefon ma zawsze przy sobie, mnóstwo ludzi porzuciło tradycyjne czasomierze na rzecz właśnie szybkiego rzucenia okiem na ekran smartfona. Ma on po prostu więcej do zaoferowania, bo przy okazji sprawdzania godziny, możemy jednocześnie rzucić okiem na przegapione powiadomienia, czy na ustawioną tapetę.

Zegarek sam w sobie dla wielu ludzi stał się zbędnym akcesorium, co obserwuję nawet w grupie moich bliskich znajomych, których jeszcze do niedawna widziałem z bransoletką lub paskiem na nadgarstku. Jak zatem na powrót przekonać klientów, że zegarek jest im potrzebny? Trzeba w nich na nowo wytworzyć potrzebę. Sęk w tym, że producenci niekoniecznie dobrze do tego podchodzą.

Problem leży w perspektywie

Nic dziwnego, że wearables jeszcze nie sprzedają się w wielomilionowych nakładach. Pomijając trapiące je problemy wieku dziecięcego, do tego pory były one dość wyraźnie wycelowane w konkretną niszę. Nie wiem jednak czy taki był zamiar producentów, bo jeżeli nie… to mamy problem.

Zwykły użytkownik widzi w smartwatchu zupełnie co innego, niż pierwszy lepszy geek.

Dla nas smart-zegarek, nawet w dość okrojonej formie, to kompan dla smartfona. Urządzenie, które ma umożliwić nam bycie na bieżąco z powiadomieniami, bez konieczności ciągłego sięgania po telefon, a także pozwolić wykonać niektóre czynności bez jego udziału.

Z drugiej strony zaawansowane konstrukcje z tej kategorii aspirują do miana następców smartfona, próbując upchnąć wszystkiego jego funkcje w jak najmniejszej formie.

apple-watch-vs-pebble-time-steel-970-80 (1)

I w jednym i w drugim przypadku jest to ślepa uliczka na drodze ku globalnej dominacji, bo to spojrzenie z punktu widzenia osoby obeznanej z technologią. Co natomiast widzi laik? Dokładnie to, czego metaforą jest iPhone na łańcuszku. Zbędny dodatek, który próbuje nieumiejętnie dublować możliwości swoich większych braci. Próbę skoku na kasę po tę samą zabawkę, tyle że zamkniętą w innym opakowaniu. Póki co widzą także puste obietnice, których spełnienia nie może zagwarantować nawet Apple Watch.

Spodziewaliśmy się przed prezentacją tego nowego produktu, że geniusze z Cupertino wywrócą rynek do góry nogami. Wszystko na to wskazywało. Nawet kampanie reklamowe wyraźnie pokazywały, w jakie segmenty mierzy Apple i sądziliśmy, że próba sprzedania Watcha jako produktu fashion, a nie zabawki dla geeków, zwiastuje prawdziwą rewolucję w sposobie korzystania z wearables.

Tymczasem doczekaliśmy się wykastrowanego iPhone’a na nadgarstek. A przynajmniej w taki sposób postrzegać go będzie przeciętny użytkownik, który kupił nadgryzione jabłko dla… samego posiadania nadgryzionego jabłka.

Skoro tak wielu użytkowników posiada smartfony i nawet nie korzysta z aplikacji, to po co im dodatkowo urządzenie mające być jego kompanem? Dla nich to po prostu zegarek z kolorowym ekranem. W dodatku trzymający na baterii jeden dzień.

Kartą przetargową mogą okazać się możliwości fitnesowe smart-zegarków

Moda na fitness eksplodowała na całym świecie kilka lat temu i nie zamierza ustąpić. Producenci nie są ślepi i widzą te trendy, próbując upchać jak najwięcej możliwości sportowych do swoich urządzeń. Pytanie tylko, czy to wystarczy?

apple watch zegarek 2

Sportowi entuzjaści są zgodni co do tego, że obecne generacje smartwatchy nie są w stanie konkurować dokładnością pomiaru i możliwościami z profesjonalnymi fitness-trackerami, wobec tego decydując się na zakup pod tym kątem, prędzej sięgną po typowe opaski fitnesowe takich firm jak Polar czy Garmin, niż po zegarek od Apple.

Dla niedzielnych biegaczy, smartwatch jako urządzenie do trackingu będzie… po prostu nie wart swojej ceny. Wielu z nich do szczęścia nie potrzebuje mierzących ich postępy aplikacji, a ci, którzy chcą śledzić swoją aktywność, decydują się raczej na tańsze rozwiązania, w zupełności odpowiadające ich potrzebom i dostatecznie motywujące do ćwiczeń.

Kulą w płot

Może pobrzmiewa w tym tekście moja niechęć do wszelkich “technologii ubieralnych” w obecnej formie, ale nie można zaprzeczyć, że producenci mają do czynienia z czymś, co w języku angielskim określa się mianem “tough sell”. Jeżeli smartwatche mają przestać być jedynie niszą, muszą stać się czymś więcej niż iPhonem na łańcuszku.

W innym wypadku faktycznie lepszym rozwiązaniem będzie dorobić sobie łańcuszek do smartfona i przebrandować go na “technologię ubieralną”.

Dołącz do dyskusji

Advertisement