50 metrów w dół. Wizyta w kopalni szafirów to ekstremalne doświadczenie

Artykuł/Singapur 16.12.2014
50 metrów w dół. Wizyta w kopalni szafirów to ekstremalne doświadczenie

50 metrów w dół. Wizyta w kopalni szafirów to ekstremalne doświadczenie

socialImgFb

Schodzisz po drewnianej drabince. Jeden górnik pod tobą jeden nad tobą. Obaj z wargami czerwonymi od żucia betelu. Ubrani jedynie w bokserki – być może niegdyś białe, dziś brunatne od tarzania się w błocie na dnie kopalni. Na górze poklepywali Cię po plecach, chcąc dodać otuchy, gdy na widok drogi w dół dostawałeś gęsiej skórki. Pokazywali niepełne uzębienie w szczerych uśmiechach i często spluwali na ziemię, zaraz obok drewnianych bal, które spuszcza się do najniższych pokładów, aby umocnić korytarze.

Kilka tygodni temu podpory nie wytrzymały. Tunel zawalił się grzebiąc pod ziemią czwórkę przyjaciół twoich nowych towarzyszy. Wcześniej odeszła trójka – kopali nowe przejście i trafili na żyłę wodną. Nie starczyło im powietrza aby na kolanach przedzierać się przez setki metrów korytarzy – do wyjścia. Ilu zginęło od wybuchów metanu? Nawet nie są już w stanie spamiętać.

DSC04356

Jedną stopę stawiasz na pierwszym szczeblu drabiny,  drugą twój przewodnik ciągnie na kolejny stopień, choć nogi nie starcza. Musisz opuścić się rękoma, przesuwając powoli po przymocowanych sznurkami sztachetach. Strach obezwładnia po raz drugi. Patrzysz w dół i liczysz ile razy będziesz musiał jeszcze balansować ciałem nad ciemną otchłanią.

Gdybyś spadł nikt by się o tobie nie dowiedział. Nigdzie się nie rejestrowałeś, a górnicy nie chcą kłopotów, dla nich liczy się tylko napiwek. Co prawda dostaliby go dopiero na koniec, ale… Wszystkie twoje dokumenty trzyma kierowca tuk-tuka i nie zdziwiłbyś się gdyby paszport wylądował w koszu, komórka w jego kieszeni, a aparat u pasera.

DSC04352

Musisz się trzymać mocno. Najmocniej jak się tylko da. Nie masz żadnego zabezpieczenia i jesteś prawie w stroju Adama.

Szczebelek za szczebelkiem, stopa za stopą, metr za metrem. Tlenu coraz mniej, paprochów w oczach coraz więcej. Powierzchnia ziemi to malutki świetlisty kwadrat daleko nad twoją głową. Już teraz myślisz o nim jak o ziemi obiecanej i patrzysz i… upsss… kolejny kawałek błota strącony przez przewodnika z góry prawie trafia cię w usta.

Nie liczysz już szczebelków, wszystko zlewa się w jedną pogrążającą w ciemności ciągłość. Co kilka sekund słyszysz wykrzyczane przez przewodników pytanie “OK?” i odpowiadasz “OK!”. “OK” to jedyny “język” oprócz migowego, jakim się z nimi komunikujesz. Wykonanie gestów schodząc po drabinie, której szczeble położone są co jakiś metr może być nieco problematyczne i letalne. “OK” zależnie od intonacji znaczy wszystko: “brakuje ci tlenu”, “stopy ślizgają po spróchniałym drewnie” i “chcę wracać”. Kiedy pytasz swoje bicepsy – “OK???” – nie słyszysz odpowiedzi.

DSC04343

Za chwilę najtrudniejszy moment całego zejścia. Najniższy pokład jest zalany, więc przewodnik wsuwa się “piętro” wyżej, ginąc ci z oczu. Później pojawia się jeszcze raz, aby pokazać, że nogami w przód masz prześliznąć się przez szczelinę miedzy szczeblami, która  w mig zwęża się w twoich oczach. Jeden niepewny ruch i ześlizgujesz się do głębokiej na 20 metrów studni.

Nie masz “metra sześćdziesięciu”, jak twoi przewodnicy, którzy zwinnie jak małpy przeskakują z jednej belki na drugą i po omacku wyszukują kolejne stopnie i przejścia. Znają wszystkie przejścia jak własną kieszeń, jakby to świat “na górze” był zaledwie tymczasowym schronieniem. Wsuwasz najpierw jedną stopę, którą przewodnik chwyta  i ciągnie wgłąb ciemności. Wsuwasz drugą i już po kilku sekundach siedzisz w tunelu. Na jego końcu widzisz światełko. To w jego stronę masz iść. Skojarzenia nasuwają się same.

DSC04347

Korytarz ma wysokość jednego metra i taką samą szerokość. Zaczynasz raczkować, ocierając plecami o sufit. Dłonie giną w mgnieniu oka w błocie, zapadając się na kilkanaście centymetrów. Skórę znaczą niewielkie rozcięcia – wszędzie mnóstwo jest malutkich kamyczków. Włosy stają się mokre od kapiącej zewsząd wody. Oczy czują ulgę, dostrzegając lekkie światło świec powtykanych od czasu do czasu w ściany. To dzięki ich tlącemu się płomieniu górnicy widzą, że tlenu jest jeszcze wystarczająco dużo, aby relatywnie bezpiecznie oddychać.

Świece płoną pionowo. W tunelach nie ma bryzy, wiatr nie rozwieje ci posklejanych włosów.

Wreszcie dochodzisz do skrzyżowania. Jest żarówka! Kabel bez jakiejkolwiek izolacji przebiega przez rozciętą bańkę po benzynie, chroniącą przewód od zamoczenia. Czujesz na twarzy nagły podmuch powietrza, kiedy przewodnik kieruje w twoją stronę gumową rurę.

DSC04336

Na górze, zaraz obok szybu znajduje się generator prądu, a podłączony do niego wiatrak niestrudzenie tłoczy życiodajne powietrze. Nagle powietrze przestaje płynąć, a rura zmienia swoje zastosowanie, teraz jest łączem komunikacyjnym. Przewodnik przykłada do niej usta i wykrzykuje coś w miejscowym dialekcie. Może to “sprowadziłem tego białasa na dół, teraz zostawiam go i wracam do was. Dzielimy się po równo”?

Po chwili słyszę dochodzący z rury głos kierowcy tuk-tuka. Nie mogę rozróżnić słów, więc odruchowo odpowiadam “OK!”. Przewód jest jedynym systemem komunikacji góra-dół. Rzadko wykorzystuje się go do informowania o nowych znaleziskach. Te każdy górnik stara się trzymać w tajemnicy. Kiedy znajdzie szafir, nie pokazuje go nikomu i przemyca na górę w ustach, albo wciskając w doszytą, wewnętrzną kieszonkę bokserek.

DSC04344

To dla nich często jedyny sposób przeżycia. Zwykle od właściciela kopalni dostają 3 proc. zysku ze sprzedaży, co starcza na zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale o utrzymaniu rodziny nie może być mowy. Ja za ich dniówkę nie byłbym w stanie wynająć nawet pokoju na jedną noc w hostelu.

W Ratnapurze (pobliskim mieście) są dwa rynki szafirów – bardziej i mniej oficjalny. Na ten drugi trafiają szafiry przemycane przez górników, które można dostać po cenach niższych niż oficjalne. Trzeba jednak bardzo mocno uważać, gdyż niewprawne oko turysty zostanie tu szybko oszukane. W takich miejscach w kamienie zaopatrują się amatorscy szlifierzy, którzy zainwestowali w niewielki warsztacik i teraz zaczepiają turystów na ulicach chcąc sprzedać im “najwyższej jakości szafiry po najniższych cenach”. “I will give you cheaper price” – słychać często na ulicy.

DSC04353

Dobry szafir pod ziemią trafia się jednak bardzo rzadko. Przeważnie wypatrzyć go można dopiero na powierzchni. Najpierw razem z błotem trafia na górę w koszach, które wysypuje się do wyłożonych gałęziami dołów. To właśnie do nich przepompowuje się wodę z dna kopalni, aby móc wypłukać błoto. Zajmują się tym staruszkowie z orlim wzrokiem, którzy na usypiska wchodzą z płytkimi koszami, bądź metalowymi płytami z zagłębieniem pośrodku. Rytmicznym kołowym ruchem wypłukują lekki piasek i inne kamienie, podczas gdy te szlachetne, czyli najcięższe zostają na dole.

Jeśli dzień był szczęśliwy to przed zmrokiem zwykle składa się małą ofiarę na pobliskim ołtarzyku i dziękuje bogom za przeżycie pod ziemią, gdzie mimo nobliwości kamieni, to  tlen jest jest najwartościowszym pierwiastkiem. Dlatego kiedy wreszcie mogłem odetchnąć pełną piersią, nie spieszyłem się przejściem do kolejnej komnaty.

DSC04362

“Sielankę” przerwał mój przewodnik, krzycząc – oczywiście – “OK!?”. Kolejny korytarz, jeszcze mniejszy od poprzedniego. Ja poruszam się z prędkością obiektu próbującego się wydostać z czarnej dziury, ale moi przewodnicy to zupełnie inna historia. Biegną, dosłownie biegną, jakby się tu urodzili i przeżyli całe życie. Niedaleko jestem zresztą od prawdy.

Niektórzy ojcowie ponoć od małego przyzwyczajają swoich synów do przemierzania podziemnych tuneli. Im mniejsze ciało tym węższe i niższe tunele można kopać, co zajmuje mniej czasu. W angielskich kopalniach też kiedyś pracowały dzieci.

DSC04345

Trafiamy do komnaty, choć pisząc “komnata” chcę abyście wyobrazili sobie niewielkie rozszerzenie korytarza, a nie salę jak z zamku Krzyżtopór. Można w nim nawet swobodnie stanąć. Po kolana w wodzie i obijając głową o powały, ale można. Nawet rozprostować ręce można, choć na raz tylko jedną z nich.

To właśnie tu dostaję swój aparat owinięty szczelnie w trzy przezroczyste torebki. Dopiero teraz widzę, że przez cały czas trzymał je w zębach idący za mną przewodnik. Rozwijamy delikatnie pakunek, aby nie upuścić sprzętu – ja odwijam kolejne warstwy, a przewodnik rozkłada dłonie w koszyk na wypadek gdyby moje ręce okazały się dziurawe.

Robię kilka zdjęć, kontemplując kontrast pomiędzy najnowszymi zdobyczami zachodniego świata technologii, a powszechną biedą w wielu rejonach Azji Południowo-Wschodniej. Przewodnicy pozują bardzo ochoczo. Wiedzą, że od tego po części zależy ich napiwek.

DSC04350

Na koniec proponuję (“OK?”) też szybkie selfie. Chcę chwycić dyndający w powietrzu kabel od  żarówki, aby się nieco lepiej oświetlić. Mgnienie oka później przez moje ciało przebiega strumień elektronów.

Było to tylko niewielkie popieszczenie; zaledwie mrowienie od stóp do głów, a mogło się skończyć o wiele gorzej. Stałem przecież w wodzie, a przewodnicy, aż podskoczyli kiedy z szybkością automatu cofnąłem rękę. Postanowiłem, że oświetlenie zostawię profesjonalistom…

Pakuję kamerę z powrotem do torebek i oddaję ją przewodnikowi, upominając wzrokiem o sentymentalnej wartości gigabajtów zdjęć zamkniętych na karcie pamięci, którą już raz straciłem na Filipinach. Drugi przewodnik nakazuje mi (“OK?”) podążać swoim śladem.

DSC04354

Kierujemy swoje kroki (kolana?) ku ciemnej przestrzeni. Wyobrażam sobie jak tragicznie przerażająco byłoby znaleźć się tu samemu, czując tony ziemi czekającej tylko na zwycięstwo sił grawitacji. Mimo, że poruszanie się w takim ścisku sprawia mi trudności, to chcę iść dalej. Przyzwyczaiłem się, choć nie wyobrażam sobie jak w takich warunkach można spędzać kilka godzin dziennie. To jedna z najcięższych prac jakie poznałem – tak fizycznie, jak i psychicznie.

W okolicach Ho Chi Minh odwiedziłem podobne tunele – Cu Chi. Wybudowali je Wietnamczycy broniący swojego lądu przed Amerykanami. Poruszanie się ich krętymi ścieżkami opisane zostało przez przewodnika jako martyrologia. Są jednak takie miejsca na całym świecie, gdzie ludzie w ten sposób wiążą koniec z końcem. Wszędzie, gdzie pod ziemią znajdą się cenne pierwiastki zrobią oni wszystko, nawet ryzykując własne życie, aby wydostać je na powierzchnię i sprzedać. Aby żyć muszą życie ryzykować.

DSC04351

Przewodnik czeka już na mnie u kolejnego skrzyżowania, krzywi się i rytmicznie macha ręką wokół nosa. Powietrze zaczyna pachnieć “źle”. To za sprawą rozpychającego się pod ziemią gazu naturalnego. Przewodnik pyta czy mroczki nie skaczą mi przed oczyma pod wpływem zmniejszonego stężenia tlenu. Wszystko jest w porządku.

Obracam głowę w prawo i widzę niewielkie okrągłe bajorko. Przewodnik w kilku susach dosięga jego brzegów i ginie w całości pod wodą, a jego położenie znaczą jedynie wydobywające się powoli bąble powietrza.Przychodzi kolej na mnie. Podtrzymując się na rękach zanurzam się coraz głębiej, powtarzają sobie, że zaraz na pewno dotknę dna, już za sekundkę, już za centymetr – bajorko nie może być przecież kolejną studnią.

Wreszcie dotykam stopami ziemi i natychmiast zapadam się jeszcze trochę w błocie. Woda prawie wlewa mi się do uszu, co biorąc pod uwagę jej skład nie jest najszczęśliwszym stanem rzeczywistości.

DSC04329

Obaj podnosimy się na rękach i wracamy na szlak. Idziemy po własnych śladach mieszając po raz kolejny błoto kolanami. Koncentruję się tylko na uciekających w coraz szybszym tempie stopach przewodnika. Zakręt w prawo, korytarz, zakręt w lewo, skrzyżowanie z feralną żarówką, korytarz. Rura z powietrzem.

Tym razem krztuszę się wciągając w siebie jego świeże hausty. Dopiero teraz czuję różnicę, wraca pełnia świadomości, znika zwężone pole widzenia. Odpoczywamy tak kilka sekund na korytarzu, aż mój oddech staje się spokojny. Stosunkowo.

Dopełzamy do drabiny. Tym razem z większą wprawą przeciskam się na plecach przez zwężenie i chwytam sztachety. Modlę się, aby wiązania wytrzymały mój ciężar. Podobno jeszcze żaden turysta nie doznał tu uszczerbku na zdrowiu, ale czy kierowca tuk-tuk, któremu dolarki świecą się na okrągło w oczach dałby Ci inną odpowiedz?

DSC04330

Czas na wspinaczkę. Podróż w dół dłużyła mi się niemiłosiernie. Wypatrywałem końca, a ten nie nadchodził, rozciągając szyb na moją niekorzyść.

Patrzę w górę i oceniam głębokość. Jakieś 50 metrów ciągłego podciągania się i przeskakiwania ze belki na belkę, balansując ciałem nad otchłanią. Wydaje mi się, że kierowca tuk-tuka śmieje się do mnie z góry i pogania, abym wspinał się szybciej.

DSC04359

“Liberum veto” – krzyczą mięśnie. Wnoszą sprzeciw popijając kwas mlekowy. Przystanek. Kilka oddechów. Spojrzenie w górę. Drabina staje się coraz dłuższa, jakbym schodził zamiast się wspinać. Jak to możliwe? Czy zwykłe prawa fizyki działają w tym miejscu na opak, strojąc sobie żarty z podróżników? Czy to moja własna syzyfowa praca – wchodzenie po drabinie, do której ktoś przez cały dobudowuje nowe szczeble?

“OK?” – słyszę z dołu i otrząsam się z zadumy. Kolej na sejm niemy, ale tym razem na wokandzie mięśni to ja będę ruskimi bojarami. Sprężam się i jak małpa przeskakuję coraz wyżej. Nie myślę o wysiłku, liczy się tylko postawienie stopy na górze. Przełamuję kolejne bariery. Ignoruję, instruuję, bagatelizuję, lekceważę, przekonuję i rozkazuję. To zwycięstwo potęgi umysłu nad ciałem, które z własnej woli nigdy nie zeszłoby do kopalni. To nieskończona ludzka ciekawość, tego co czai się za rogiem, za kolejnym uderzeniem kilofa w tunelu, w następnym napełnionym błotem koszu, po ostatnim tchnieniu powietrza.

DSC04333

Wreszcie jestem. Źrenice zwężają się w naturalnym odruchu, atakowane przez nadciągające z kosmosu fotonu. Górnicy pomagają mi przeskoczyć na umocnioną ścianę szybu, gdzie wśród wiwatów i poklepywań po plecach zdaję sobie świadomość, że to już koniec. Oni przemierzają tę trasę dziesiątki razy dziennie i nikt im nie gratuluje, nikt nie dziękuje za dobrze wykonaną pracę, za zdrowie oddane pod ziemią.

Idę za przewodnikiem w kierunku rzeki. Kucam przy brzegu i po chwili czuję na plecach dotyk zimnej wody. Po duchocie szybu lodowaty prysznic jest przyjemnością. Każda komórka krzyczy, że żyje i chce więcej. Zdejmuję spodenki i płuczę je w wiadrze wypełnionym wodą niepierwszej czystości, która zaraz mąci się jeszcze mocniej.

Górnicy po kolei wylewają na siebie wiadra wody i wracają do swoich obowiązków. Biorą siekierę w rękę i ciosają belki, które za chwilę zjadą pod ziemię. Nie mają przerwy obiadowej, przerwy na papierosa, przerwy na toaletę – ile zrobią, tyle zarobią. W pozytywnej wersji.

Dziś zarobią nieco więcej. Daję im napiwek i macham z odjeżdżającego na przystanek autobusowy tuk-tuka. Ja ten wieczór spędzę przed komputerem spisując wrażenia z eskapady, a oni zapewne w hotelu (tak nazywa się miejscowe jadłodajnie) opijając zarobek na białym człowieku i śmiejąc się z jego niezręczności i strachu w oczach.

socialImgFb

Dołącz do dyskusji