Wypadki chodzą po ludziach… parami, trójkami

Artykuł/Singapur 15.10.2014
Wypadki chodzą po ludziach… parami, trójkami

Wypadki chodzą po ludziach… parami, trójkami

Tego, co wydarzyło się na Filipinach w dniach 7-8 października wolałbym nie pamiętać. Chciałbym, aby nigdy nie stało się to moim udziałem, aby zostało wymazane z mojego życiorysu. Dziś jest 9, a ja mam nadzieję, że jak w Dniu Świstaka obudzę się jeszcze raz, 48 godzin wcześniej i opowiem historię weekendu na Bohol od nowa. [Nic takiego się nie stało – dop. później]

Kogut oznajmił początek kolejnego, pięknego dnia. Słońce przebijało przez chmury – pozostałości tajfunu, który od wczoraj przetaczał się przez Filipiny, na południe od stołecznego miasta-giganta. Rześka temperatura na poziomie 15 st.C pozwoliła moim europejskim nozdrzom przypomnieć sobie polską złotą jesień jaka liściom nie pozwala zachować zielonego koloru.

Wziąłem szybki prysznic, ubrałem się, zapakowałem kieszenie gadżetami potrzebnymi do samotnej eksploracji i wyruszyłem na poszukiwanie nieznanego. Nie było to jednak takie do końca nieznane, gdyż plan na Bohol miałem już od dawna ustalony. Wypożyczam skuter i mknę przed siebie, czując wiatr we włosach. Najpierw zahaczam o Chocolate Hills, aby zobaczyć niesamowity księżycowy krajobraz archipelagów samotnych wzgórz, a potem pędzę do rezerwatu wyraków nacieszyć oczy najmniejszymi małpkami na świecie, które swoim gałkami ocznymi poruszać nie potrafią. Nie są jednak tym faktem szczególnie zmartwione, gdyż głową potrafią kręcić niczym kołem fortuny.

Skurcz żołądka przypomniał mi, że najpierw warto zadbać o rezerwę kaloryczną na poczet przyszłej wędrówki po Man Made Forest – miejscowej atrakcji, którą poleciła mi recepcjonistka w hostelu, gdzie zostawiałem kluczyk, mówiąc: “wrócę późnym wieczorem”. “Tylko jedź bezpiecznie, droga jest jeszcze mokra” – usłyszałem w odpowiedzi.

Wybór śniadań na Filipinach nie należy niestety do najbogatszych. Od obiadu różni się praktycznie tym, że ugotowany został w dniu wczorajszym, a teraz jest już tylko “na zimno”. Nie zraziło mnie to jednak do typowo chińskiego kurczaka z ryżem i toną ostrych przypraw, na których widok podniebienie zaczyna wołać o osłonę przeciwogniową.

Ku mojemu zdziwieniu nigdzie nie mogłem uświadczyć wypożyczalni skuterów, więc zwróciłem się z pytaniem do localsów. Jeden z nich – policjant, skierował mnie do grupki Filipczyków czatujących nieopodal piekarni, których w pierwszym odruchu wziąłem za typów spod ciemnej gwiazdy, ale jeśli polecał ich stróż prawa – to przecież z kodeksem karnym nie mogli mieć na pieńku, prawda?

Żaden z nich nie mówił po angielsku, więc z szefem zgrai dogadywałem się przez dziewczynę z gimnazjum (chyba), która zaoferowała swoje usługi tłumacza symultanicznego.

Po kilku chwilach na miejscu czekała już na mnie wypolerowana Honda, ale z niedziałającymi zegarami. “Ile do końca dnia” – zapytałem. “800”. Udało mi się stargować do 600 peso, ale zaraz potem pojechaliśmy na stację paliw (ok. 1 dol za litr), gdzie właściciel dobił  do swojej początkowej ceny, świecąc srebrnym zębem w uśmiechu kierowanym do swoich podwładnych. “Coś jest nie tak z motorem…”, “Nie działa hamulec, skrzynia biegów, światła, albo milion innych rzeczy, które wyjść na jaw mogą dopiero na szosie?”

Z motorem było wszystko w porządku, a przodownik chóru bezrobotnych Filipińczyków uśmiech prowincjonalnego złodziejaszka dostał od Boga na stałe wraz bielmem w lewym oku. To ze mną było coś nie tak.

Po sprawdzeniu wszystkich niezbędnych podzespołów ruszyłem w podróż. Przez pierwsze kilka kilometrów ciągnęła się ona niemiłosiernie w miarę jak musiałem przeskakiwać pomiędzy kolejnymi tricyklami, których budowniczym nie śniło się, że motorem można przewieźć dobytek przeciętnej, średniozamożnej filipińskiej rodziny wraz z całym chrumkającym na wybojach inwentarzem.

Za to potem grzałem ile tylko dała fabryka. Jak szybko jechałem? Tego nie byłem w stanie stwierdzić ze wskazówki przyklejonej niewidzialnym magnesem do początku skali. Grunt, że localsów brałem w przedbiegach. Nie było we mnie jednak ogromnej brawury, choć momentami czułem się jak Valentino Rossi mknący ku słońcu świecącemu na torem włoskiej Monzy. Wiedziałem, że na zakrętach trzeba zwolnić – przypominałem sobie o tym na każdym wirażu, a niekiedy w myślach przenosiłem się z widokiem nad swoje plecy i dorysowywałem niewidzialne wektory siły odśrodkowej, która w ciasnych zaułkach mogła zmieść mnie z toru.

Feralny zakręt, pojawił się 10 km przed Czekoladowymi Wzgórzami. Niby nie wyróżniał się niczym od pozostałych, które z łatwością pokonywałem, ale czy i tak nie mówią kierowcy po wypadkach? Nie potrafią stwierdzić skąd rowerzysta wziął się przed ich maską, a samochód wyjechał z uprzywilejowanej drogi. Nie wiedzą dlaczego droga nagle zakręciła, choć wydawała się prosta jak wstęga, a nadjeżdżający z naprzeciwka samochód włączył nitro, uniemożliwiając manewr wyprzedzania.

Mój zakręt jednak różnił się od pozostałych. Betonowa nawierzchnia w części odpuściła sobie walkę o okrycie leżących pod nią kamieni i ulotniła się wraz kołami ciężarówek. Tysiące mniejszych i większych kamyczków zaczęły ostrzyć sobie zęby na moje tkanki kiedy tylko zacząłem niebezpiecznie przechylać się na lewo.

Mój mózg kompletnie wyłączył się z działania i czułem się jakbym siedział we wnętrzu ogromnej sali kinowej w środku mojej głowy, porażony przez tetraplegię, nie mogąc ruszyć choćby powieką.

Próbowałem krzyczeć, jakbym falami dźwiękowymi mógł odbić się od kamieni i powrócić do pozycji pionowej, ale słowa grzęzły mi w gardle. Odpuściłem sobie walkę, która z góry skazana była na porażkę i pozwoliłem motocyklowi upaść na moją nogę. Poczułem, że pierwsze kamienie powoli nasycają się cieczą, która nie jest przeznaczona dla nich; której obecność daje życie, a jej brak, życie uniemożliwia. Zupełnie jak cudowna ciecz, nektar bogów – ambrozja. Zapytajcie człowieka chorego na białaczkę, jaka ciecz jest najcenniejsza na świecie.

gory

Kostka, kolano, biodro, łokieć, ramię, głowa. Wolałbym, aby była to sekwencja jakiegoś egzotycznego tańca, albo wyliczanka, na której dzieci w przedszkolu uczą się nazw części ciała…

Całe szczęście jechałem w kasku. Mógłbym teraz pisać jakie obrażenia stałyby się moim udziałem gdyby nie jego obecność, ale ich wyobrażanie sobie nadwyręża mój umysł. Za każdym razem kiedy wracam do wypadku, dziękuję dobremu rzezimieszkowi, że nie zapomniał o kasku, a mimo to czuję jakby małe igły, średnicy jednego atomu wbijały się jedna za drugą w zwoje mózgowe, tworząc jedyny w swoim rodzaju przykład makabrycznej akupunktury rodem z laboratorium III Rzeszy.

Próbuję wyciągnąć nogę spod motoru. Nie da się. Noga jest w tym momencie żelazem, kamienie kowadłem, a motor młotem w rękach nieumiejętnego osiłka, który porwał się do wytworzenia miecza z cennej valyriańskiej stali, ale wziął zbyt ciężki młot i teraz nie daje rady podnieść go do góry, czując że płomienie parzą jego palce przy każdej próbie. Kowali czeladnik w końcu daje za wygraną, widząc nadchodzącego mistrza, który młotem obraca jak łodyżką bambusa. Tak i ja zostaję uwolniony od jego ciężaru siłą okolicznych mieszkańców.

Prowadzą mnie za swoje obejście i każą zdejmować porozrywaną koszulę. Sam nie dam rady, więc biernie patrzę jak Dobry Samarytanin chwyta w prawą dłoń mydło, a w lewą szlauch i polewa wodą mięso mojego łokcia. Nienawidzę słowa “mięso”. W odniesieniu do człowieka jest wulgarne, a jednocześnie tak często używane przez pisarzy od Sapka po Martina, że w końcu się do niego przyzwyczaja. Dla ludzi wierzących w uprzywilejowaną pozycję człowieka na drabinie wszystkich zwierząt jest to słowo prymitywne, ale jednocześnie jednocześnie oddające stan rzeczy. Bo czym oprócz worka mięsa jesteśmy?

Dobra Samarytanka pomaga mi zdjąć koszulę, która mogłaby mi się przydać w przyszłości o ile wyjechałbym do Hiszpanii i pokonawszy strach zdecydował się na karierę toreadora. Gdyby tylko nie te dziury…

Tu nie udzielą mi pierwszej pomocy. Mają tylko wodę, mydło i… alkohol. Widocznie zrządzeniem losu trafiłem na jakąś poranną libację. Wzrokiem szukam białego welonu – może na Filipinach wesela kończą się przed południem dnia następnego? Zamiast niego znajduję tylko przedsionek wypełniony półmiskami z najprzeróżniejszymi przysmakami od których uginają się stoły całej Azji Południowo-Wschodniej.

Jeden z gości podnosi kieliszek do góry jakby chciał wznieść toast ale w ostatnim momencie orientuje się, że lepiej spożytkuje trunek wylewając go na moje biodro. Niestety będąc w toku ewolucji pozbawionym kubków smakowych w tej części ciała nie mogłem stwierdzić czy na dezynfekcję rany wypełnionej mikroskopijnymi kamyczkami zużyto whisky czy rum. Dobra natura nie pozbawiła mnie za to zakończeń nerwowych…

Mózg jest o tyle ciekawym przyrządem, że taksuje ból. Dzięki czemu znamy skadinąd Dr Dom mógł w co krytyczniejszych momentach przywalić przyciskiem do papieru w lewą dłoń blokując ból dochodzący z uda. Ja na kilka chwil zapomniałem o krwawiej masie łokcia i kolana. Byłem biodrem i nie było nic we mnie nie byłoby biodrem.

Trudna sprawa, jeśli nie chcę się wykrwawić, albo zejść z tego świata na inny tężec, muszę jechać do lekarza.

“Motor pojedzie, a Ty?” – wydaje mi się, że właśnie takie słowa wypowiada w moim kierunku Dobry Samarytanin, puszczając moją prawą rękę, za którą do tej pory wdzięczni mnie podtrzymywał.

Pozbawiony punktu zaczepienia chwiejnym krokiem podążam w kierunku pojazdu, który w przeciwieństwie do mnie nie doznał jakichkolwiek obrażeń. Miał szczęście skubaniec! Ale w końcu czemu miał cierpieć za moje grzechy?

Dobry Samarytanin nie pozwala abym sam jechał do szpitala i decyduje, że razem ze mną weźmie trycykli. Jest mi wszystko jedno. W tej chwili myślałem tylko o sennych, mroźnych porankach w Polsce, które zwykłem witać gorącą kawą, podziwiając padający śnieg zza okien, na których mróz wymalował fantazyjne symbole. Wiedziałem, że jest weekend i cały dzień mogę chodzić w bokserkach bo aż do wieczora nigdzie nie wychodzę. Mogłem przez cały dzień siedzieć przed telewizorem, zaliczając pełen sezon znago serialu, albo zarobić trochę grosza skrobiąc zaległe opowiastki. Myślałem, że jeśli skupię się wystarczająco mocno to przeniosę się w czasie i miejscu, wskakując w utkane przez babcię bambosze, przed klawiaturę, nad którą spędziłem więcej czasu niż z wieloma znajomymi. Miałem nadzieję, że chociaż uda mi się troszeczkę cofnąć czas. 10 minut to przecież wcale nie może być tak ogromny wysiłek, zgadzacie się?

Mijają minuty i żaden trycykl nie nadjeżdża. Mija nas za to cały orszak jeepney’ów, z których wyłaniają się jak nimfy brązowe, pogodne i często uśmiechnięte twarze Filipińczyków – “Hej, Joe! Co Ci się stało?” – po kilku godzinach będę wymiotował odpowiadając po raz setny “wypadek motocyklowy” i przeklinając swoją głupotę.

Jazda jeepney’em nie wchodzi w grę. Pasażerowie w środku mogliby dla mnie wygospodarować jakieś 5 cm kw.powierzchni, z której chlapałbym na ich odsłonięte brzuchy (prawie wszyscy mężczyźni podwijają tu koszulki, aby odsłonić przeważnie obfity mięsień piwny). Więcej miejsca znalazłoby się na dachu ale tam nie musieliby mnie przenosić chyba dźwigiem.

W końcu nadjeżdża! Upragniony trycykl – choć trzęsący się i rozwijający maksymalną prędkość ospałej jałówki, to w tej chwili nie potrzeba mi nic więcej, gdyż Uber w prowincjonalnych filipińskich miasteczkach jeszcze nie zechciał zawalczyć o 30 peso o lokalnymi indywiduami trycyklowymi.

Dla podtrzymania napięcia mógłbym napisać, że w drodze do szpitala dwukrotnie traciłem przytomność, trzy razu łapało mnie migotanie przedsionków i raz musieliśmy się zatrzymać, gdyż wymagałem natychmiastowej resuscytacji metodą usta-usta, ale nic takiego dzięki Bogu się nie stało. Zamiast tego zacząłem egzaminowanie swoich ran. Noga – pełna we krwi z rozbitego kolana, strzęp koszulki osłaniającej biodro zachlapany w ARh+, łokieć… tu sprawa jest trudniejsza, gdyż nie należę do tej grupy uprzywilejowanych, którzy łamiąc prawa natury są w stanie się w niego polizać, więc proszę o sprawozdanie mojego Dobrego Samarytanina. Ten nie jest zbyt rozmowny, ale jego sycząca “sssss” twarz mówi mi wszystko…

Trafimy do szpitala, Dobry Samarytanin pomaga mi wysiąść biorąc na swoje barki ciężar mojego podróżnego plecaka i prowadzi do recepcji, gdzie zszywaniem moich kończyn zajmą się już profesjonaliści – przynajmniej mam taką nadzieję.

Służbie medycznej na Filipinach poświecę osobny, pochwalny wpis, gdyż uważam, że mimo swich trzecioświatowych konotacji spisuje się całkiem dobrze.

Jeszcze ze szpitalnego łoża boleści szukam wzrokiem mojego Samarytanina, ale nie mogę go znaleźć. Czyżby rozpłynął się w powietrzy zostawiając plecak w okolicach stóp? Cóż… zrobił to, co dla niego było rozsądne, czyli czmychnął czym prędzej zabierając najcenniejszą rzecz jaką miałem przy sobie – aparat.

Koszt wypadku:

Antybiotyki: 1000 peso

Czyszczenie ran (kilkukrotne): 200

maść antybakteryjna: 100

Aparat: 2000 zł

Rany i 16 GB zdjęć i filmów: bezcenne

Nawet nie wiem jak mogłem być tak głupi, aby dać się ponieść ułańskiej fantazji i szaleć po filipińskich drogach i bezdrożach przyciągając wzrok okolicznych mieszkańców odwracających twarze znad suszonego przy ulicach ryżu. Jak mogłem być tak nierozważny aby spuszczać z oczy cały wiezione na podorędziu dobytek, dając się zwieść otoczce Dobrego Samarytanina.

Tacy już niestety są po części Filipińczycy – co potwierdzają moje rozmowy z osiadłymi w tym kraju Polakami – uśmiechają się, wdzięczą, wypytuję o stan matrymonialny, ale gdy przychodzi co czego to… człowiek człowiekowi wilkiem.

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement