Wojownik kung fu, geek komputerowy, albo matematyczny geniusz – stereotypy Azjatów, które trudno zmienić

Artykuł/Singapur 10.10.2014
Wojownik kung fu, geek komputerowy, albo matematyczny geniusz – stereotypy Azjatów, które trudno zmienić

Wojownik kung fu, geek komputerowy, albo matematyczny geniusz – stereotypy Azjatów, które trudno zmienić

Myśląc stereotypowo odmawiamy Azji rozwoju, który miałby być zarezerwowany dla naszego etnocentrycznego Zachodu – naszych międzynarodowych korporacji, szybkich, wygodnych samochodów i najnowszych gadżetów eksportowanych skądkolwiek, gdzie koszty pracy są najniższe. Szczególnie niezadowoleni z krzywdzących stereotypów są Singapurczycy, którzy grają w awangardzie światowego progresu.

W Polsce używamy w odniesieniu do kultury Azji Południowo-Wschodniej określeń egzotyczna, bądź orientalna, mających raczej pozytywne skojarzenia. Jednak kiedy przyjrzeć się im bliżej to w głowie pojawia się nam obraz indyjskiej tancerki, jaka ruchami bioder wprawia w ruch dzwoneczki przymocowane do swojej spódnicy. Z jej pokazu możemy  zaś w mgnieniu oka przenieść się na tor przeszkód ustawiony przed potężnymi jak greckie kolumny nogami słonia. Zwierzę na życzenie grzecznie uklęknie i przewiezie turystów, a kierować jego krokami będzie nieustraszony Taj, którego życie nierozerwalnie związane jest z podopiecznym.

O Azji myślimy często jako o skansenie, gdzie możemy pojechać na wakacje, odprężyć się i zobaczyć – zupełnie jak w zoo – przedstawienia skrojone bezpośrednio pod turystów. Tak działa ten biznes.

Identycznie funkcjonuje to zresztą w kwestiach kulturowych, a aby się o tym przekonać nie potrzebujesz niczego więcej niż odpalenia kilku klipów na YouTube. Filmy trzeba wybierać jednak ostrożnie, gdyż tylko do 3,8 proc. ról w Hollywood zatrudniany jest Azjata. Prawie 2 razy częściej na taśmach amerykańskich blockbusterów pojawiają się Latynosi, a czterokrotnie częściej oglądamy Afroamerykanów (Screen Actors Guild).

Jeśli już na ekranie pojawia się Azjata to jest albo wojownikiem Kung Fu, nerdem spędzającym całe dnie w świecie cyfrowym, albo sewantem stroniącym od ludzi.

Mistrzowie wschodnich sztuk walki

Kto nie oglądał Wejścia smoka z legendarnym Brucem Lee? Trudno jest znaleźć osobę, która nie kojarzyłaby kultowego tytułu, który nieżyjącego już wojownika wyniósł na szczyty sławy, a twórców do National Film Registry – listy filmów tworzących dziedzictwo kulturalne USA. Niedługo po nim pojawił się niezwykle popularny w kraju nad Wisłą Jackie Chan. Jego filmografia koncentruje się głównie na komediowych filmach akcji, które miłośnicy niedzielnych wieczorów spędzanych przed telewizorem znają pewnie na pamięć. Wystarczy wspomnieć tylko Pijanego mistrza czy Godziny szczytu.

Jackie Chan użyczył także swojego wizerunku do serialu animowanego, który w Polsce nadawała telewizja Polsat. Od pamiętnych po-szkolnych popołudni minęła już chyba dekada, ale do dziś pamiętam, że rysunkowy Jackie godnie zastępował Pokemony w oczarowywaniu telewizyjną magią świata bez internetu (to takie coś kiedyś istniało?). 

Fizyczne mizeroty

Każdy kij ma dwa końce. Tak i wizerunek dalekowschodniego mistrza sztuk walki, kontrastuje ze stereotypem mizernej postury Azjaty z ogromnym aparatem uwieszonym u szyi, który powoduje notoryczne garbienie się się.

Jak bardzo stereotypy wpływają na nasze postrzeganie rzeczywistości mogliśmy się przekonać podczas draftu do NBA  2010 roku. Niejaki Jeremy Lin uważający siebie za wschodzącą gwiazdę koszykówki nie został wybrany przez żaden z klubów. Wg niego powodem miało być azjatyckie pochodzenie, dyskwalifikujące go od samego początku z rywalizacji z czarnoskórymi czarodziejami parkietu.

Choć stereotypy trudno jest naukowo udowodnić, to do myślenia może nam dać porównanie liczby Azjatów zamieszkujących USA (6 proc. ludności) z ich reprezentacją w profesjonalnych ligach sportowych: NFL – 2 proc., MLB – 1,9 proc., NBA – 1 proc.

Są jednak takie dyscypliny, w których cały świat nie dorasta Azjatom do pięt – wystarczy tylko zerknąć jak nazywa się najlepsza polska tenisistka stołowa.

Kiedy podczas mojego tygodniowego wypadu do Indonezji pomagałem znajomym uczyć dzieci angielskiego, to na moje pytanie o chęć pogrania w piłkę większość raczej się krzywiła niż wykazywała zainteresowanie. Później wybrałem się z nimi na spacer po slamsach, gdzie pod troskliwym okiem matek spędzają popołudnia i byłem naprawdę zaskoczony, kiedy przez niektóre ulice trzeba był się przeciskać między młodymi mistrzami badmintona.

Geeki, nerdy, komputery, konsole i hakarzy 

Jeśli w hollywoodzkim filmie fabuła koncentruje się na hakowaniu jakiegoś ważnego systemu, rabowaniu pieniędzy z banku, albo śledzeniu podejrzanych przez system miejskich kamer to możemy być pewni, że rolę dowódcy akcji otrzyma aktor rasy kaukaskiej. Pomniejsza rólka, oświetlona niebieskim światłem bijącym z kineskopowego monitora odbijającego się w grubych jak denka od butelek okularach, przypadnie zapewne Azjacie.

Przed nim tajemnice żadnego z systemów operacyjnych wyrzutni rakiet nie będą miały przecież najmniejszych tajemnic od kiedy za pomocą Nokii 3310 można włamać się do Pentagonu.

Nie tylko komputery czują trwogę przed zręcznymi palcami skośnookich cyfrowych ninja. Podobnie jest z… matematyką. Jeszcze kilka lat temu zawrotną karierę robiło pewne demotywujące powiedzenie:

Nieważne jak jesteś w czymś dobry. I tak znajdzie się 10-letni Chińczyk, który robi to lepiej od Ciebie.

A w tle tego napisu młodociany przedstawiciel Państwa środka, stojący z założonymi rękoma przed tablicą zapisaną algebraicznymi symbolami, które dla niezorientowanego internauty nie różnią się zbytnio od egipskich hieroglifów. Albo w innej wersji występujący przed gremium koneserów muzyki klasycznej ze skrzypcami opartymi o szyję, dosłownie sekundy przed otrzymaniem owacji na stojąco.

W byciu najlepszymi na świecie we wszystkich możliwych dyscyplinach pomagają Azjatom niekończące się treningi, które tylko z pozoru wyglądają na bezsensowne. Jak np. w Karate Kid, gdzie głównym ćwiczeniem przez kilka tygodni było podnoszenie i zrzucanie z wieszaka kurtki.

Stereotyp ten przesiąknął także pisarzy; konkretnie mam na myśli JK Rowling. Kojarzycie Cho Chang – wielką miłość Harry’ego Pottera, chodzącą doskonałość; inteligentną (w końcu do Ravenclav trafiają tylko takie osoby) piękność wschodu? Panna Chang była jednak tylko trzecioplanową postacią, która wnosiła do uniwersum orientalny pierwiastek, ale nie miała najmniejszych szans w pojedynku z Ginny.

Obcokrajowcy

Mimo szczególnych uzdolnień w kierunkach ścisłych, Azjaci bardzo odstają od reszty świata w części humanistycznej. Zwłaszcza tej zorientowanej na naukę języków obcych. Ileż to razy mogliśmy oglądać ze szklanego ekranu Wietnamczyka, który mimo usilnych starań nie może się pozbyć swojego z lekka chińskiego akcentu, który jest przedmiotem żartów i nieporozumień.

Trzeba jednak przyznać, że i w Polsce mamy podobne stereotypy dotyczące przybywających z emigracji za Wielką Woda Polaków, którzy z językiem ojczystym radzą sobie równie dobrze jak kret z podziwianiem wschodu słońca. Klisza ta została utrwalona m.in w serialu Ranczo, gdzie Amerykanka, mimo już 8 lat spędzonych z dala od Jankesów wciąż znaczy polszczyznę anglicyzmami. 

Coś się jednak zmienia…

Rok 2004 zostanie w mojej pamięci nierozerwalnie połączony z premierą najlepszego w historii serialu LOST, gdzie jedną z głównych ról odegrało małżeństwo Koreańczyków. Sun i izolowany z początku Jin zostali przedstawieni jako postaci z krwi i kości, a nie tylko jako dekoracyjny element pokazujący jak bardzo multi-kulti są scenarzyści.

Singapurczycy są szczególnie wyczuleni na punkcie azjatyckich stereotypów. Choć ich kraj nazywany jest europejskim przedsionkiem Azji, to białych ludzi jest tam naprawdę mało. Ponad 70 proc. jest pochodzenia Chińskiego, a kilkanaście hinduskiego. Od typowych mieszkańców kontynentu różni ich jednak bardziej światowy sposób myślenia, wykraczający bardzo daleko poza ramy dnia codziennego.

Dlatego Singapurczycy chcą być w świecie zauważani i doceniani, a bardzo denerwują się kiedy Hollywood po raz kolejny wybiera sobie jakiegoś Chińczyka, aby dodać orientalnego smaczku obsadzie.

Spotkałem się z ludźmi, którzy wizyty w kinie odmówili sobie ze względu na stereotypowe i jednowymiarowe sportretowanie ich rasy; bez chęci zrozumienia, tylko dlatego, że powinniśmy mieć Azjatę w naszym filmie.

Dlatego ogromnym powodzeniem w Singapurze cieszy się film The Maze Runner, gdzie koreański aktor Ki Hong Lee wciela się w postać Minho, która została tak napisana, że równie dobrze wcielić się w nią mógł Europejczyk. To po prostu zwykły chłopak, z jakim miliony Azjatów mogą się utożsamiać.

Ten ostatni czynnik na pewno pomoże w sukcesie blockbustera, gdyż jak mówi Chin Han, pracujący przy nadchodzącym hicie Netflix, Marco Polo:

Chińscy inwestorzy zwyczajnie mówią: Jeśli chcesz naszych pieniędzy i lokowania produktu, musisz zaangażować do filmu Azjatów – ludzi, których nasi klienci rozpoznają.

I nie będą się wstydzić.

Dołącz do dyskusji