Piotr Lipiński: OŚWIECONY LEDAMI, czyli oszczędzam dzięki Noblowi

Felieton/Technologie 11.10.2014
Piotr Lipiński: OŚWIECONY LEDAMI, czyli oszczędzam dzięki Noblowi

Piotr Lipiński: OŚWIECONY LEDAMI, czyli oszczędzam dzięki Noblowi

Dziś będzie bardzo poważnie. Bo o pieniądzach. A na żarty o nich mnie nie stać.

Parę miesięcy temu kolega powiedział mi, że w swoim domu, dwa raz większym od mojego, płaci dwa razy mniej za prąd. A to wszystko – jak się właśnie okazało – przez ostatnich laureatów nagrody Nobla.

Diabli mnie, rzecz jasna, wzięli. Od dawna uważałem, że płacę za prąd zbyt dużo. (Jeśli ktoś myśli inaczej ode mnie, to najwyraźniej cierpi na jakieś rzadkie schorzenie i wkrótce zostanie objęty kwarantanną). Niestety, nie pomagał żaden program oszczędnościowy. Ani bieganie po pustych pokojach w celu wyłączenia światła po innych domownikach, ani nawet desperacka decyzja o wyłączaniu armii zewnętrznych dysków prężących się przy moim komputerze. Różnice w rachunkach były lilipucie. A ja coraz bardziej wściekły.

I wówczas właśnie ów kolega oświecił mnie ledami. A ja zapłonąłem potrzebą zmiany. Chociaż w dotyku owe ledy były raczej letnie i nie parzyły jak zwykłe żarówki. Kiedy zaś wróciliśmy do tematu rachunków za prąd, zamierzałem od razu pobiec do domu i wymienić całe oświetlenie.

led 1

Specjalnie przy temacie ledów zaczynam od aspektu finansowego. Nie chcę odwoływać się do wzniosłych przekonań ekologicznych oraz moralnych. Że jak zużywamy mniej prądu, to woda w elektrowniach wodnych jest szczęśliwsza. Pod tym względem jestem dość pragmatyczny i uważam, że na uczucia ekologiczne najbardziej wpływa stan portfela.

Z punktu widzenia naukowego i noblowego, temat ledów jest wystarczająco skomplikowany, aby był fascynujący. Niedawno świetnie sprawę ledowego Nobla opisał Hubert Taler. Ale z punktu widzenia użytkownika ta sprawa wydaje się mało porywająca. Cóż może być ciekawego w żarówce? Świeci – i tyle. A jak się dotknie – parzy. Na szczęście – dla gadżeciarza – nie wystarczy pójść do sklepu i zażądać ledowych żarówek, aby poczuć się nowocześnie. Najpierw trzeba spędzić kilka wieczorów szperając w sieci. Bo nie wszystko jest takie proste.

Jak na człowieka żyjącego w świecie wybielacza wybielającego bardziej niż na biało oraz magnezu bardziej magnezowego niż magnez, dość nieufnie podchodzę do wszelkich zapewnień producentów. Bo jak tu raptem uwierzyć, że ktoś wyprodukował żarówki zużywające  kilka razy mniej prądu i na dokładkę działające kilka razy dłużej, niż nasze tradycyjne wolframy? Takie rzeczy to tylko w Erze, a przecież już mamy T-Mobile. Te dane wyglądały jak prezentacja w Mango Telezakupy.

Zacząłem – co oczywiste – od czytania czego tylko się dało w Internecie. Istnieje prawdopodobieństwo, że gdybym ten czas poświęcił na jakąś zawodową działalność, to zarobiłbym na kilka lat oświetlania domu. Ale przecież nie chodzi tylko o to, żebym ja oszczędził. Również o to, aby elektrownia nie zarobiła.

Jak cyfrowy Indiana Jones wgryzłem się w świat tajemniczych hieroglifów. Różnych GU 4, Gu 10, Gu 5.3. Pasjonujące! To oznaczenia różnych gwintów, trzonków czy też nóżek w żarówkach. Odróżnianie ich okazało się niemal tak ciekawe, jak kilkanaście lat temu grzebanie we wnętrznościach komputer. Bo nawet nie zdawałem sobie sprawy, że w domu mam sześć rodzajów owych wtyków. Pewnie zresztą właśnie dlatego, że nigdy nie zgłębiłem tego tematu, zamontowano mi w domu sześć a nie powiedzmy dwa albo góra trzy. Jeden z nich okazał się tak nietypowy przy żarówkach ledowych, że wizyty w kilku stacjonarnych sklepach spełzły na niczym. Na szczęście w Internecie –  jak w mojej piwnicy – można znaleźć wszystko.

led 2

Tu pojawiła się pewna trudność związana właśnie z Internetem – gwinty w sieci równie trudno przymierzyć, jak buty. Teoretycznie wiedziałem już wszystko – zgadzały się schematy, pomierzyłem nawet końcówki. Posiadłem wiedzę teoretyczną w wystarczającym stopniu, żeby ewentualnie wymądrzać się na forach internetowych. Ale żeby wydać swoje pieniądze – w żadnym wypadku. W praktyce i tak musiałem pójść do tradycyjnego sklepu, żeby skonfrontować moje wiadomości z rzeczywistością.

Podczas szperania w sieci objawiła się trudność, która zresztą zdarza się też przy wielu innych tematach. To częsty brak daty publikacji. Tym się niestety różni Internet od papierowej książki czy gazety, że rzadko wiemy, kiedy opublikowano jakiś tekst. A w przypadku ledów to bardzo ważne. Ich świat zmienia się tak szybko, że wiele tekstów sprzed dwóch, trzech lat, powoduje tylko niepotrzebny zamęt w głowie. Posiłkując się nimi postępujemy tak, jakbyśmy kupując samochód kierowali się wiedzą koniuszych. Czytając więc teksty o ledach sprzed kilku lat znajdziemy sporo uwag, że świecą nieprzyjemnie, niebiesko. Dziś to już przeszłość, ledy potrafią dać światło zdecydowanie milsze dla oka.

Ale wciąż warto pamiętać, że mamy tu do czynienia z czymś bardzo ważnym – z tym, jak wieczorami będziemy oglądać nasz świat. Warto o tym pomyśleć, bo właśnie z tym mogą – a nawet powinny – wiązać się nasze obawy.

Ledy u mnie w domu świecą na biało. Producenci zwykle sprzedają dwa rodzaje ledów: zimna biel (czyli niebieskawa) i ciepła biel (czyli biała, choć brzmi to dość bezsensownie). Ciepła biel wydaje się dobrym rozwiązaniem, ale też nie każdemu musi odpowiadać. Nie chcę się tu zagłębiać w powikłany świat temperatury barwowej, ale generalnie od dawna jesteśmy przyzwyczajeni, że w domu wieczorami jest raczej żółtawo. Chyba, że ktoś jako głównego oświetlenia używa telewizora – wtedy „szklana pogoda, szyby niebieskie od telewizorów”. Z powodu przyzwyczajenia do „żółci” nawet „ciepła biel” nie każdemu musi odpowiadać. Ja ją akurat bardzo lubię.

Co bardzo istotne – żarówki ledowe bardzo w ciągu ostatnich lat staniały. Dziś kosztują mniej więcej tyle, co tak zwane „energooszczędne” (czyli te, które po włączeniu potrzebują tygodnia, żeby się w pełni rozpalić). A jeszcze kilka lat temu były drogie jak nowe airbusy, choć mniej zawodne.

led 3

Oszczędności? Płacę za prąd niemal dwa razy mniej. Inwestycja w żarówki ledowe – mimo niższych cen i tak całkiem spora – powinna się zwrócić w ciągu roku.

To dość pobieżne obliczenia. Od wymiany oświetlenia minęło dopiero kilka miesięcy.

Czy rachunki za prąd powinny być jeszcze niższe? Przecież żarówki ledowe zużywają kilka razy mniej prądu. Ale światło to nie wszystko. Prąd ciągną też pozostałe domowe urządzenia elektryczne, komputery, pralka, i tak dalej.

Przy okazji wymiany oświetlenia po raz kolejny uprzytomniłem sobie, że nasze domy unowocześniają się bardzo wolno. Procesory mogą przyspieszać niebotycznie, a ja dom i tak otwieram kluczem. Dyski twarde mieszczą coraz więcej cyfrowych zdjęć, a moja lodówka wciąż nie potrafi zamówić w sklepie wędliny. Teoretycznie to wszystko już dziś można by udoskonalić, ale więcej z tym byłoby zachodu, niż w końcu pożytku. Co innego żarówki – te można szybko wkręcić.

Cieszę się więc niezmiernie, że nauka tak bardzo wpłynęła na stan mojego konta. Że akurat zainteresowałem się ledami w roku, kiedy współtwórcy tej technologii dostali nagrodę Nobla. Cieszę się szczerze, bo uczeni dostali swoją kasę od fundacji Nobla, a ja co miesiąc oszczędzam. Trudno o lepszy interes i przykład, jak nauka z najwyższej półki może oświetlać szarą codzienność.

 

* Zdjęcia pochodzą z serwisu Shutterstock

Dołącz do dyskusji