Karol Kopańko / 17.09.2014

Palau Ubin, czyli nieznana twarz Singapuru na opuszczonej wysepce

15 interakcji Przejdź do dyskusji

Brudny, ale piękny, opuszczony, ale tętniący życiem, biedny, ale bogaty w to czego nie można kupić za pieniądze. Oto zupełnie inny obraz Singapuru, którego nie można wymazać z pamięci długo po powrocie. Dopiero dzięki Palau Ubin widać, jaki postęp miasto uczyniło w ciągu półwiecza.

Aby dostać się na Palau Ubin pojechałem na wschodni kraniec Singapuru – niedaleko lotniska do Changi Village, osiedla zbudowanego wokół przystani. Kiedyś było to miejsce pełne życia w rytm pracy podróżujących górników, dziś na wyspę płyną jedynie turyści rządni relaksu.

Po kontroli osobistej, kiedy celniczki sprawdzały czy za pazuchą nie schowałem sztyletów, udaję się do poczekalni. Prom rusza, kiedy zbierze się 12 turystów. Każdy z nich płaci 2,5 SGD, ale już po zajęciu miejsca na łajbie, prosto do ręki przewoźnika. Miałem szczęście – byłem akurat ostatnim do kompletu. Jeśli oczekiwanie dłuży się mniejszej grupce, to można wykupić i pozostałe miejsca. Ba, podróżować może nawet 1 osoba, o ile pilnie szuka sposobu na pozbycie się 30 SGD. Rybacy patrzą na takich śmiałków z błyskiem w oku.

Wyspa nie jest daleko. Miejsce na drewnianej łódce, jaka niegdyś wyciągała z morskiej toni ławice ryb, grzeję przez 10 minut. Podziwiam zaplecza singapurskich bungalowów, które w dużej części zostały wzniesione jeszcze przez brytyjskich kolonistów. Zastanawiam się, czy tak duże przestrzenie za 100 lat będą jeszcze zamieszkiwane przez swoich właścicieli. Może rząd wyda rozporządzenie i znacjonalizuje wszystkie budynki, które teraz wypożycza swoim obywatelom na 99 lat. Wtedy każdy obywatel ze skutkiem natychmiastowym dostałby określoną piędź ziemi wraz z nadbudowanym nad nią betonem.

Stawiam pierwsze krok na stałym lądzie. To samo jeszcze 40 lat temu robiły tysiące górników, którzy w kamieniołomach wykuwali bloki pod przyszłe mieszkania swoich dzieci. W latach 1959-69, Singapurski rząd musiał zbudować 140 tys. domów, aby ludzie nie musieli koczować w noclegowniach. Pojawił się cel na horyzoncie i wszystkie moce przerobowe zostały skierowane do jego zrealizowania. Mieszkania wybudowano, kamienie wydłubano. Więcej zasobów nie stwierdzono.

Dziś, stopy przyjezdnych obute są w lekkimi adidasami do trekkingu, a nie ciężkimi sztolkapami.

 

 

Pierwsza i jedyna ulica Palau Ubin z regularną zabudową to prawdziwe eldorado wypożyczalni rowerów. Nie chcąc tracić czasu zachodzę do pierwszej z brzegu, gdzie skośnooki Singapurczyk proponuje mi tandem do wypożyczenia na cały dzień za jedyne 10 SGD. Tłumaczę mu, że jestem sam i przydałoby mi się coś z koszykiem na plecak. Po dziesięciu minutach przymiarek, opuszczania i podwyższania siodełka, mam już swój model – niebieską damkę, której wąskie opony testował będę nie tylko na wyasfaltowanych ścieżkach, ale również na sypkim szutrze. Niestety górali z koszykami nie stwierdziłem.

Później plułem sobie w brodę, gdyż wystarczyło przejść 200 metrów w głąb uliczki, aby dostać praktycznie identyczny rower, ale 4 razy taniej. Uświadamiam sobie wtedy magię lokacji, która pozwala wyciągać z kieszeni turysty dodatkowe dolary. Nic to, ruszam w podróż.

Jest środowy, parny poranek, choć powiedzieć „parny”, to w Singapurze jakby nie powiedzieć nic. Ulica tętni życiem tylko w weekendy i tylko popołudniami, dlatego mogę podziwiać mieszkańców przy ich codziennych pracach – nie-wystrojonych na przyjęcie szeleszczącej dostawy zza wąskiej cieśniny.

Właściciele malutkich jadłodajni, zrzeszeni w większe kliki food courtów montują nowe palniki do prażenia ryżu. Rybacy łatają sieci, a właściciele wypożyczalni rowerów przykręcają do ściany mocniejsze głośniki, które mają mówić: „Mam lepsze rowery, chodź tu!”.

Palau Ubin jest jak Singapur pół wieku temu. Tu czas się zatrzymał. Powstał skansen, pokazujący co dzieje się osiedlem wydobywczym, kiedy kończą się zasoby.

Wyposażony w mapę wyspy ruszam wytyczonym szlakiem. Mijam niezwykle głębokie, okrągłe jeziorka, które w rzeczywistości są zatopionymi kamieniołomami. Zdradza je regularny kształt i niesamowicie czysta woda. Od brzegu oddziela mnie ogrodzenie z napisem zabraniającym jego przekraczania.

Identycznie jest na singapurskich ulicach. Przechodzić przez jezdnię można tylko w wyznaczonych miejscach, a ludzie i tak robią to gdziekolwiek im się podoba. Wszystko na własną odpowiedzialność.

Mijam plaże – widok jak z innego świata. Śmieci w Singapurze? Tu jest pełno. Walają się papierki, plastykowe butelki, pety, a także gumy, które niby są zakazane, ale tu nagrać kogoś przemysłową kamerą jest zdecydowanie trudniej.

Mijam opuszczone domostwa. Na podwórkach rdzewiejące vany, wózki widłowe, którym kiedyś przewożono towary, skutery. Te ostatnie to już staruszki – opierają się na stopce jak seniorzy na lasce; niedługo zapadnie się ona w ziemię i rozpocznie ich horyzontalny żywot.

Po raz pierwszy od kiedy trafiłem do Singapuru widzę policyjny radiowóz. Przeciska się pomiędzy rozstawionymi rowerami i kieruje do bazy wojskowej, gdzie część swojego życia spędzają Singapurczycy, zobligowani do odbycia dwuletniej służby wojskowej. Część z nich pomaga w ośrodkach cywilnych, podczas gdy inni ćwiczą się fizycznie w rozsianych po całym świecie bazach. Singapur dysponuje tak ograniczonym miejscem, że starczyło go tylko na dwa ośrodki. Nawet część swojego lotnictwa trzymana jest w innych krajach.

Nie ryzykuję wchodzenia na rozwalające się molo. Zamiast tego podziwiam panoramę Singapuru. Niby jest tak blisko, a jednak tak daleko. To zaledwie kilka kilometrów, ale i dziesiątki lat rozwoju. Dopiero stąd można zobaczyć jak niezwykły postęp uczynił ten kraj. W jednym z ostatnich brytyjskich raportów na temat stanu kolonii, Wyspiarze przestrzegali, że Singapurowi może grozić katastrofa humanitarna. Brytyjczycy zabrali ze sobą cały przemysł, większość miejsc pracy i międzynarodowy splendor.

 

Zaskakującą ironią jest, że dziś koloniści wracają. Tu, na azjatyckim przyczółku budują swoje banki do skoku na największy i najpotężniejszy kontynent na świecie.

 

Drogę przecina rzeka, nad którą przerzucono most wraz z grodzą. Kajakarze muszą wysiąść na moment ze swoich plastykowych łódek i dać odpocząć ramionom. Z poziomu rzeki mieli doskonały widok na lasy mangrowe. To unikalny gatunek drzew, które rosną na terenach podmokłych. Odpływ ukazuje ich wystające nad powierzchnię wody korzenie. Drzewo unosi się na nich jak na szczudłach, tworząc mozaikę połączeń, klatkę, gdzie mniejsze rybki mogą schronić się bezpiecznie przed drapieżnikami. To właśnie ich współegzystują tworzy unikalną florę i faunę tropikalnej wyspy.

Dziś mangrowce są gatunkiem zagrożonym. Wycina się je szybciej niż amazońskie lasy równikowe ze względu na twarde i odporne na szkodniki drewno, a także pod hodowlę krewetek.

Zapuszczam się w północne rewiry wyspy, gdzie asfalt już nie sięga, a moja damka przypomina, że nie została stworzona do pokonywania wzniesień i hopek. Dojeżdżam do niewielkiej wioski położonej zaraz przy brzegu. Widzę drewniane, wyrzeźbione z pni drzew łajby, która walają się po cmentarzysku łódek. W użyciu są za to ich młodsze, plastykowe siostry – lżejsze i wygodniejsze. Mimo niewielkich szans na spotkanie autochtona, zaglądam w uliczki pomiędzy chatami, gdzie hula wiatr. Ni żywej duszy. Czyżby wszyscy wypłynęli w morze? Rozmyślania przerywa ujadający pies, biegnący w moją stronę z obnażonymi kłami. Nie mam zamiaru tanio sprzedać skóry i wskakuję na damkę. Przykładam maksimum siły do pedałów, przypominając im newtonowską zasadę akcji i reakcji. Psina nie urozmaici sobie dzisiaj diety. Jego strata.

Po drodze mijam buddyjskie świątynie, z których jedna skrywa pewną tajemnicę…
 

 

Gdyby nie przejmujący upał, to wyspiarskie krajobrazy można wziąć za prawdziwie rajskie. Równa jak stół droga, nad którą z wdziękiem zwisają drzewa palmowe, obfite w orzeźwiające kokosy i słońce przebijające się leniwymi promieniami przez wściekle zielone liście; śpiew ptaków, dla których utworzono tu rezerwat, chroniący ginące gatunki. Palau Ubin nie chce się opuszczać, ale w końcu trzeba. Po zobaczeniu homarów taplających się błocie, kopców termitów i bagienek porośniętych lotosami wracam do przystani.

 

Oddaję swoją wysłużoną damkę akurat w momencie, kiedy chmura nie wytrzymuje własnego ciężaru i się obrywa. Deszcz nie jest straszny mieszkańcom wyspy, którzy wyposażeni w niewielkie, przezroczyste parasolik brną przez naznaczone kraterami kropel błoto. Korzystanie z parasolki opanowali do perfekcji, nawet jedna cząsteczka wody nie zmoczyła ich ubrania!

Wreszcie się wypogadza, więc mogę wrócić na przystań, gdzie Fortuna postanowiła odwrócić moje losy – tym razem jestem pierwszym oczekującym. Dzięki temu mam czas na rozmowę z przewoźnikami.

Wspominają, że kiedyś kręcili na transporcie złoty interes, ale dziś ledwo już im starcza pieniędzy na chicken rice, a niewielką emeryturę w całości pochłania opłata za mieszkanie. Każdy poranek oznacza zmagania z trudami starości – nie tylko własnego ciała, ale również łodzi. Jeśli jednemu z dwojga przytrafi się coś poważniejszego, to może to oznaczać bardzo duże kłopoty, a na pewno pożegnanie się z biznesem, który obecnie stanowi całe ich życie. Od wschodu Słońca po jego zachód.

Po 15 minutach pogawędki, na molo jest już komplet pasażerów. Pora wracać do cywilizacji, gdzie Słońce nie zachodzi nigdy.

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement