Piotr Lipiński: W POGONI ZA WI-FI, czyli kogoś zeżre rekin

Felieton/Technologie 24.08.2014
Piotr Lipiński: W POGONI ZA WI-FI, czyli kogoś zeżre rekin

Piotr Lipiński: W POGONI ZA WI-FI, czyli kogoś zeżre rekin

Podróże kształcą. Chyba, że nie można znaleźć wi-fi. Wtedy irytują.

Siedziałem na tarasie tureckiego hotelu napawając się widokiem kitesurfera, który zmierzał w stronę nabrzeża. Liczyłem na ten pasjonujący moment, kiedy uderzy o skałę i na kamieniach rozpryśnie się jego mózg. Niestety, w ostatniej chwili postawił latawiec w zenicie, a następnie zmienił kierunek ślizgu.

No trudno. Może chociaż kogoś zeżre rekin.

Moją głowę wypełniały krwiożercze myśli z braku Internetu. Hotele przyzwyczaiły się, że gościom należy zapewniać elektryczność, a niekiedy nawet ciepłą wodę w kranie. Ale Internetu nie traktują jak towaru pierwszej potrzeby. A przecież częściej zaglądamy do sieci niż myjemy zęby.

kitesurfing

Specjalnie bym nad ową niedogodnością nie ubolewał, bo fajnie odizolować się od Internetu na jakiś czas. Dawniej ludzie wyjeżdżali w Bieszczady, żeby uciec od świata. Dziś nie trzeba nawet wychodzić z domu, a tylko wyłączyć Internet i już człowiek znajduje się z dala od cywilizacji.

Niestety tym razem podczas urlopu (którego jako pracodawca samego siebie również sam sobie udzieliłem), musiałem pilnie zrobić korektę nowej książki. A żeby ją skończyć, najpierw musiałem ściągnąć plik od wydawcy – o której to konieczności dowiedziałem się za pomocą starożytnej technologii zwanej sms – a później odesłać poprawki. Przy okazji – nie jestem pracoholikiem. To jedynie nieszczęśliwy zbieg okoliczności spowodował, że ślęczałem nad laptopem zamiast smażyć się na plaży.

Ale zanim zabrałem się do pracy, musiałem stoczyć bój o dostęp do Internetu. Niczym Sobieski pod Wiedniem.

W wielu hotelach spotykam ten sam problem. Zaczyna się od tego, że jeśli nawet oferują wi-fi, to z reguły szyfrowane. Dzięki czemu fantastycznie ograniczają zasięg. Można śmigać po sieci siedząc na głowie recepcjonistom, ale już w swoim pokoju na piętrze nie sposób połączyć się z Internetem. Rozumiem zabezpieczanie sieci bezprzewodowych w firmach i w domach – ale po co w hotelach? Jakoś trudno mi wyobrazić sobie hackerów czyhających na komputery hotelowych gości. Ale może ktoś woli włamywać się niż chłodzić w morzu.

wifi hotel

W każdym razie zanim jeszcze zamelduję się w jakimś hotelu, już w kolejce do recepcji sprawdzam, czy sieć jest szyfrowana. Bo razem z kluczem do pokoju należy koniecznie zabrać hasło do sieci. W przeciwnym razie trzeba będzie dzwonić do recepcji albo gonić do niej po piętrach. A jak wiadomo każdy ruch powoduje szybsze zużycie kalorii, więc człowiek staje się droższy w utrzymaniu.

Na szczęście hotele, jeśli już oferują Internet, to w wersji bezprzewodowej. Choć to również nie jest regułą. Kilka lat temu w Tybecie spotkałem się z dziurkami w ścianie, do których należało podłączyć komputer przez ethernet. Nauczony tym doświadczeniem ostatnio nawet zamierzałem na wszelkie wypadek zabrać ze sobą taki kabelek, ale uświadomiłem sobie, że i tak nie będę miał go gdzie wetknąć do mojego laptopa. Hotelowe problemy z Internetem mają charakter ogólnoświatowy. Na przykład w Izraelu mój syn przesiadywał w szafie, bo tam był najlepszy zasięg wi-fi. Jak człowiek się chwile zastanowi, to dojdzie do wniosku, że to rzeczywiście spore wyzwanie, zapewnić odpowiednio przepustowe łącze, aby wszyscy goście mogli bezproblemowa szwendać się po sieci.

Choć z drugiej strony nie jest to chyba aż tak trudne, bo akurat siedzę w poczekalni dużego polskiego szpitala i nie mam problemu z zalogowaniem się do darmowego wi-fi. Tak, tak właśnie – w polskim szpitalu!

W tureckim hotelu jednak trafiłem na najdziwniejsze wi-fi, z jakim kiedykolwiek się spotkałem. Otóż w recepcji drukowano dla każdego osobny login i hasło – z czymś takim spotkałem się również rok temu w Toskanii – ale w tureckim hotelu ten zestaw działał tylko jedną dobę! Czyli należało raz dziennie udać się po nową karteczkę.

hotel wifi

Powód tej dziwnej kombinacji wyjaśnił się bardzo szybko. Otóż próba zalogowania się zgodnie z karteczką owocowała komunikatem, że został przekroczony limit użytkowników. Dlatego zabierając się do pracy nad książką bezmyślnie co chwilę naciskałem enter, czekając, aż zwolni się dla mnie miejsce. Łyk piwa, jedno kliknięcie. Rezultat wydawał się łatwy do przewidzenia. Co w tym wszystkim było jednak najdziwniejsze – miejsce dla nowych użytkowników nie pojawiało się, gdy ktoś wyłączał swój zalogowany do wi-fi komputer. Jedna karteczka oznaczała jeden dzień korzystania z Internetu. Dopiero gdy mijała doba zwalniało się miejsce dla nowego użytkownika.

W efekcie tak dziwacznej konfiguracji pewnego dnia od dawna byłem już ciałem w Polsce, a cyfrowo wciąż w tureckim hotelu. W tym samym czasie do tureckiej recepcji zapewne jak zwykle lgnęły tłumy spragnione sieci.

Bo Internet w wakacje to nie tylko fanaberia ani nienormalna skłonność do pracy. Co chwilę przydałoby się poczytać opinię o miejscach, które ewentualnie warto zwiedzić. Potem należałoby sprawdzić, jak gdzieś dojechać. Nie wszystko da się zaplanować przed wyjazdem w Polsce. Na koniec wypadałoby jakąś wakacyjną fotką podrażnić wszystkich, którzy siedzą właśnie po uszy w pracy. Po to przecież wymyślono Instagram.

hotel internet

Przed Internetem trudno uciec. Nawet gdyby człowiek postanowił nie korzystać z sieci podczas wakacji, to uzależnienie i tak do go dopadnie. W tureckim hotelu podłączyłem do wi-fi tylko mojego laptopa, bo nie miałem siły walczyć o miejsce dla iPhone’a. Przez co nie docierały do mnie iMessage wysyłane z Polski. Bo te wymagają połączenia z siecią. Logika podpowiadałaby, że skoro mam wyłączoną transmisję danych w roamingu, to iMessage powinny wędrować jako sms-y. Ale to z kolei powodowałoby u nadawców nieoczekiwane naliczanie opłat za sms-y.

Pewnej nocy, gdy słuchałem Pink Floyd, Deezer się wyłączył mówiąc, że muszę przez Internet zweryfikować ważność mojego konta. Choć sam Deezer wie, że abonament mam do stycznia przyszłego roku.

Dzięki zalogowaniu laptopa do wi-fi mimochodem dowiedziałem się, że w Turcji odbyły się właśnie wybory prezydenckie, które wygrał Recep Tayyip Erdogan, człowiek serdecznie nie znoszący Twittera i całej reszty tych nowomodnych wynalazków. W marcu władze Turcji – na czele z Erdoganem, wówczas premierem – próbowały odciąć swoich obywateli od Twittera, bo ten zalazł za skórę niektórym miejscowym politykom. Niewiele z tego wyniknęło, Turcy bez szczególnego trudu omijali blokadę. Działanie serwisu zostało przywrócone na mocy decyzji sądu. Ostatnio wicepremier Turcji oświadczył, że przyzwoita kobieta nie powinna głośno śmiać się w miejscu publicznym. Jak zauważyłem, do tego pomysłu mieszkanki Turcji odniosły się mniej więcej tak, jak wcześniej do prób zablokowania Twittera. Uśmiech i Internet najwyraźniej nie mają granic.

Wakacje w Turcji 2014.

Ale na podstawie tych tureckich nieco dziwnych pomysłów w żadnym razie nie wyciągałbym wniosku, że ten europejsko-azjatycki kraj jest cywilizacyjnie upośledzona w stosunku do Polski. Przeciwnie. Współczesny Stambuł ma się tak do Warszawy, jak historyczny Konstantynopol do Gniezna.

A jaki tam mają wybór okularów Ray-Ban i słuchawek Beats Audio! Stragany z podróbkami oferują więcej modeli, niż salony firmowe w największych stolicach świata. Co może nie jest jakimś szczególnym powodem do chwały, ale przynajmniej każda sprzątaczka nosi okulary mniej więcej takie, jak polska celebrytka.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje naPiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

Wszystkie zdjęcia z wyjątkiem ostatniego pochodzą z Shutterstock. Ostatnie zdjęcie – Piotr Lipiński.

Tagi:

Dołącz do dyskusji

Advertisement