Przeklinanie w miejscu publicznym, czyli dlaczego czasem brzydzę się YouTube’a

Felieton/Technologie 14.04.2014
Przeklinanie w miejscu publicznym, czyli dlaczego czasem brzydzę się YouTube’a

Przeklinanie w miejscu publicznym, czyli dlaczego czasem brzydzę się YouTube’a

“Ty wandrygo, ty chałapudro, ty sierdaszony wądrołaju, ty chlipaku, ty kreczkawa bamflondrygo, dziamdzia twoja szać zaprzała, sturba ich suka malowana!”. Witkacy złapałby się za głowę, gdyby skorzystał dziś z YouTube’a czy poczytał komentarze na pierwszym lepszym portalu.

Nie wiem, czy głupiejemy językowo. Analfabetyzm funkcjonalny, czyli wtórny, ma się całkiem dobrze. Założyłam ostatnio konto na… portalu randkowym. 9 na 10 wiadomości wywoływało u mnie zgrzytanie zębów. Po co komu polskie znaki, wielkie litery, gramatyka nawet? Ważne, żeby komunikat był zrozumiały.

Już pal licho, że wypowiedzieć się w formie pisanej i w miarę przyzwoitej nie potrafią absolwenci uczelni wyższych. Pal licho, że lole i selfie, anglicyzmy, nietrafione, dosłowne tłumaczenia związków frazeologicznych i idiomów (“handluj z tym”, “na koniec dnia”) i różne inne trafiki wepchnęły się do języka polskiego wykorzystując błyskawiczne możliwości upowszechniania, które daje Internet.

Język jest żywy i musi być elastyczny, dlatego zmienia się z czasem. Rzyć już nie oburza, za to kutas tak, choć kiedyś oznaczał frędzla, dziś ma negatywne konotacje i jest męskim narządem rozrodczym. Oprócz zmian języka i dostosowywania go do czasów Internetu – szybkiej komunikacji tekstowej, rozbicia na różne miejsca i konieczności skracania komunikatów – dorobiliśmy się też jednego ekstremalnie nieprzyjemnego trendu.

Przeklinanie bez wstydu

Sąd na Ukrainie skazał kilka lat temu niesfornego internautę, który przeklinał na forum i nie reagował na upomnienia, na 15 dni aresztu.

W Polsce oprócz przekleństw pod prawie każdą informacją o polityce, wyzwisk i inwektyw, chamskich, bezczelnych odzywek w komentarzach zjawisko upowszechnienia się, a odebranie przekleństwom negatywnych konotacji ukazuje… YouTube.

O ile przekleństwo w komentarzu razi, ale większość z nas je zignoruje, o tyle w materiale wideo ma większą moc. Przekleństwo na YouTube zwykle przypisane jest do twarzy i głosu, do konkretnej osoby – często młodej.

A potem powstaje takie coś:

Oglądając polskie vlogi, te nieprofesjonalne, tworzone przez widzów papki vlogowej, którzy sami zaczynają mieć ochotę na pokazanie się, można zauważyć, że przeklinanie jest na porządku dziennym. Przeklina koleś, który wkurzył się na T-Mobile, a T-Mobile mu odpowiada, choć nie powinno, tak jak nie powinno obsługiwać chamów w salonach, którzy rzucają “urwami” na prawo i lewo i wyzywają pracowników do pięciu pokoleń wstecz.

Przeklinaja vlogerzy z kilkuset tysiącami subskrybcji. Dzieci, nastolatkowie, dorośli. Przekleństwa, które jeszcze nie tak dawno nie pojawiały się tak powszechnie dziś maja mniejszą moc i są nawet tytułami nagrań.

“Kto w miejscach publicznych umieszcza nieprzyzwoite napisy, rysunki albo używa słów nieprzyzwoitych, podlega karze grzywny do 1500 złotych.” Kara nie dotyczy działań artystycznych.

O ile utwór jest działaniem artystycznym, o tyle nie chce mi się wierzyć, że vlogi w stylu Q&A czy opiniujące, z dzieciakami siedzącymi przed kamerą i mówiącymi co im ślina na język przyniesie, też są działaniami artystycznymi.

To jak stanie na środku rynku i mówienie do tłumu, tyle że przy wykrzystaniu nowoczesnego medium. To wciąż miejsce publiczne.

Szkoda, że wszyscy mamy to gdzieś.

Dołącz do dyskusji

Advertisement