Co się stało z YouTube’em? Gdzie się podziały tamte randomy?

Felieton/Technologie 04.02.2014
Co się stało z YouTube’em? Gdzie się podziały tamte randomy?

Co się stało z YouTube’em? Gdzie się podziały tamte randomy?

Autorem tekstu jest Wojciech Borowicz.

YouTube to dzisiaj multimedialna stolica internetu. Cyfrowy gigant, generujący rocznie miliardy dolarów przychodu, a obietnicą sławy, pieniędzy i globalnego zasięgu przyciągający tłumy lepszych i gorszych twórców, widzących w nim – i często skutecznie tę wizję realizujących – swoją ścieżkę kariery. Nie tęsknicie jednak trochę za czasami, gdy na YT królował zupełny, niepohamowany, piękny w swoim absurdzie random?

Studnia bez dna

W czasach późnego średniowiecza, to jest roku pańskiego 2005, internet stał się bogatszy o serwis, który wreszcie rozwiązał pewien irytujący problem. Wcześniej, żeby obejrzeć jakiś materiał wideo, trzeba go było najpierw znaleźć gdzieś w odmętach sieci, najpewniej przez programy P2P, a potem pobrać na dysk… i przekonać się, że to niemieckie porno dla dewiantów, w dodatku z wirusem, więc można było albo się poddać, albo ruszać na dalsze poszukiwania.

YouTube zmienił to całkowicie. Mnóstwo materiałów w jednym miejscu, całkowite bezpieczeństwo (od wirusów – dla zdrowia psychicznego i zmysłu estetyki niekoniecznie), do tego cały ten streaming, więc zero potrzeby zaśmiecania komputera. To musiało chwycić. Z miejsca na YT zaczęły pojawiać się setki, a potem tysiące godzin nowych filmików. W większości bzdurnych, chaotycznych, często zabawnych w absurdalny sposób: innymi słowy, czysty random. Nic dziwnego, że sami założyciele nowej gwiazdy internetów, Chad Hurley i Steve Chen, ukuli zgrabny mit założycielski, według którego impulsem do stworzenia tego projektu były problemy z podzieleniem się nagraniami z domówki u Chena.

youtube-dostępny-w-sieci-telewizji-satelitarnej-wielka-brytania

Nie trzeba było długo czekać na efektowny exit. Minęło niewiele ponad rok od udostępnienia pierwszego materiału na YouTube, a inwestorzy i kupcy zaczęli ustawiać się w kolejce. Ostatecznie wygrała oferta Google, opiewająca na sumę 1,65 miliarda dolarów. Do końca o przejęcie YT walczyło także Yahoo! i skądinąd ciekawym pytaniem jest, jak potoczyłyby się losy tego trójkąta, gdyby sprawy poszły innym torem. Tak czy inaczej, jesienią 2006 YouTube stał się najnowszą zdobyczą internetowego imperium wujka Google.

Wujek jednak szybko przekonał się o tym, że faktyczna cena tego zagrania to znacznie, znacznie więcej niż te „marne” półtora miliarda z lekkim hakiem.

Przy tempie wzrostu jakie YT utrzymywał przez lata, koszty utrzymania i przesyłu materiałów multimedialnych okazały się kosmicznie wysokie. Jeszcze w 2009 roku, według wyliczeń Credit Suisse, serwis miał przynosić około 1,4 miliona dolarów straty dziennie. W skali rocznej to ponad pół miliarda. Jesienią 2010 Eric Schmidt obiecywał, że moment w którym wreszcie YouTube zacznie na siebie zarabiać jest już bardzo blisko. Innymi słowy, cztery lata po przejęciu, do interesu ciągle trzeba było dokładać. I to niemało.

Ale YouTube był wtedy trochę 4Chanem w wersji wideo. Okej, to trochę podkolorowane określenie, ale to były czasy, gdy random rządził niepodzielnie. „Double Rainbow” nie miało sobie równych. Ludzie płakali ze śmiechu oglądając kretyna, który rzucił kłodą i trafił się w głowę (nie mogę już niestety znaleźć wersji z dźwiękiem. Niepowetowana strata dla przyszłych pokoleń). Historia jednorożca Charliego była esencją tego, czym jest humor w sieci. W Polsce wcale nie było inaczej. Nawet dzisiaj zdarza mi się spotkać ludzi, którzy z pamięci potrafią wyrecytować niesamowite tyrady „Cygana z Torunia” albo „Doktora nauk”, który uśmiechnąłby się tylko gdyby „Jan Rodzyn upadł i sobie ten głupi ryj rozbił”.

Można by pomyśleć, że takie pierdoły mogą być zabawne tylko dla jakiegoś zupełnego marginesu.

Że trzeba być niekoniecznie zdrowym na umyśle, żeby jarać się takimi „dziełami”. Ale to nie prawda. Internet kocha random i nie tyczy się to wcale tylko ludzi na wskroś przesiąkniętych cyberkulturą. W końcu oglądały to wszystko miliony ludzi z całego świata. Zanim pojęcie viralu stało się modne, wirusowy sukces osiągnęły setki filmików. Zupełnie z przypadku, bez żadnego planu, bez porządku. YouTube’owi widzowie zachwycali się jednym materiałem, zaraz potem eksplodował kolejny, a potem następny. I tak się to kręciło, ku uciesze wszystkich… poza Google, które za te absurdalne uciechy internautów płaciło setki milionów dolarów. YT urósł do rangi najbardziej rozrywkowego miejsca w sieci, jednocześnie stając się finansową studnią bez dna.

youtube

Niestety na samym tylko ruchu, zupełnie chaotycznym, nie sposób zbudować platformy, w którą swoje środki na równie masową skalę gotowi byliby włożyć reklamodawcy. Ciężko się im dziwić: mało prawdopodobne, by ktoś chciał przeznaczyć grubą kasę na to, żeby jego marka była promowana przed filmem o „Forfiterze”. Trzeba więc było zacząć działać w innym kierunku.

Dla Google koniecznością stał się piwot. Internetowy gigant zainwestował kolejne setki milionów dolarów w swoich nowych partnerów: profesjonalnych twórców, mających dostarczać równie profesjonalne treści. W ramach nowej strategii powstały między innymi nowe narzędzia do monetyzacji contentu, świetnie wyposażone studia filmowe dostępne dla najlepiej rokujących kanałów czy program NextUp, służący szkoleniu wschodzących gwiazd YouTube’a. Zaczęła się nowa era. Google przekształciło YT z siedliska uroczej chałtury w medialnego molocha.

Naku… robisz węgorza?

Jak się nad tym zastanawiam, to sam nie wiem, czy należy się cieszyć z tych zmian, czy może raczej z tęsknotą spoglądać wstecz. W Google z pewnością nie mają takich wątpliwości. Co prawda oficjalnych danych firma nie udostępnia, ale według obliczeń eMarketer, w ubiegłym roku YouTube przyniósł 5,6 miliarda dolarów przychodu z reklam. To prawie tyle co w dwóch wcześniejszych latach łącznie i więcej niż 10 procent całkowitego rocznego przychodu Google. Do tego świetne tempo wzrostu, coraz większa popularność YT na urządzeniach mobilnych… inwestycja w profesjonalne treści z biznesowego punktu widzenia była strzałem w dziesiątkę, bez dwóch zdań.

Czy widz ma tyle samo powodów do radości? Nie jestem przekonany. Oczywiście, z tego że jesteśmy dosłownie zalewani profesjonalnie przygotowanymi treściami o najróżniejszej tematyce, że możemy w nich przebierać i zawsze znaleźć coś dla siebie, na pierwszy rzut oka powinniśmy się tylko cieszyć. Ale zastanówcie się i odpowiedzcie szczerze, ile z z tych tak ochoczo wspieranych i promowanych przez YouTube’a kanałów subskrybujecie. I, co ważniejsze, ile z tych subskrybowanych, oglądacie na bieżąco?

youtube rozrywka

Ja, choć na YT marnuje codziennie nieprzyzwoicie dużo czasu, mam bodaj całe cztery subskrypcje. ExplosmEntertainment, z ich absurdalnymi kreskówkami, TVgolo2012, bo co tydzień zbierają najładniejsze bramki z piłkarskich boisk całego świata, Epic Rap Battles, które miało świetny drugi sezon, ale dawno już nie wypuściło nic ciekawego i Birgirpall, który ostatnimi czasy publikuje raz na ruski rok. Z polskich kanałów nie subskrybuję żadnego. Zdarza mi się zerknąć na to, co zdziałali Abstrachuje, choć bez jakiegoś szalonego entuzjazmu i cenię sobie twórczość Cezika, ale on wypuszcza coś nowego jeszcze rzadziej niż Birgirpall. Poza tym, mam uczulenie na samo słowo „jutuber”

Najwyraźniej, parafrazując klasyka, nie ma w tym kraju kanałów dla ludzi z moim wykształceniem.

Faktem jest, że aby cieszyć się z tych wszystkich profesjonalnych treści niekoniecznie trzeba regularnie śledzić dziesiątki kanałów. W końcu co lepsze kąski i tak rozchodzą się wirusowo i trafiają na Facebookowy lub Twitterowy (a z reguł jeden i drugi) feed w błyskawicznym tempie. I często są nawet sympatyczne. Ot, można się uśmiechnąć, trochę sobie umilić dzień. Raz na jakiś czas zdarzy się nawet prawdziwa perła, taka jak zeszłoroczny megahit o lisie, który z koniem rozmawiał Morse’em. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: naprawdę śmiesznie robi się dopiero, kiedy przez te tony profesjonalnego contentu zdoła się przebić jakiś randomowy rodzynek, tak jak niedawno „Nakurwiam węgorza”  i „Buzię widzę!”. Ale zdarza się to coraz rzadziej. Czasy dzikiego zachodu na YouTube’ie już dawno przeminęły.

Cóż, Google może wydać i pierdylion dolarów, nawet do kwadratu, na tworzenie i promowanie porządnego contentu. Ale co z tego? Przecież nawet najbardziej profesjonalny kanał nigdy nie będzie zabawniejszy niż randomowa babcia udająca helikopter albo szczekający człowiek. Bo to trochę jak z dowcipami. Jest mnóstwo takich, które szczerze nam się podobają, bo są inteligentne, błyskotliwe, przemyślane. Nagradzamy je więc kurtuazyjnym uśmiechem, czasem parskniemy pod nosem. Ale na głos rechoczemy tylko z tych wulgarnych.

…Albo po prostu przemawia przeze mnie prostactwo i melancholia.

Wojtek Borowicz

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

*/ ?>
Advertisement