Internet tylko do odczytu

Felieton/Technologie 31.01.2014
Internet tylko do odczytu

Internet tylko do odczytu

Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy każdy program instalowałem na dysku twardym komputera, a niemal każdy element interfejsu mogłem w nim modyfikować. Dzisiaj w czasach stopniowej dominacji chmury jestem skazany na jedyną słuszną wizję dewelopera. W rezultacie dziś nie tylko nie mamy wpływu na interfejs aplikacji, ale też często dostarczane do nas bazy danych mają zamkniętą formę. Powoli dochodzi do tego, że nie mogę nawet w pełni edytować swojej listy kontaktów w telefonie.

Surfując po sieci mam często wrażenia, że paradoksalnie cały internet zmienił się w wersję “tylko do odczytu”. Mamy dostęp do ogromnych baz danych, Big Data kwitnie, ale przy przetwarzaniu oceanu informacji zawsze trafi się na błędy. Systemy informatyczne rzadko kiedy są sobie w stanie z takimi błędami poradzić, a jak w grę wchodzi wręcz złośliwość użytkowników, którzy wspólnie budują jakąś bazę, to umarł w butach. Co gorsze, reszta osób korzystających z takiej bazy nie ma zwykle możliwości jej poprawienia.

Spotify, wbrew obiegowej opinii, ma sporo wad w porównaniu do własnej kolekcji MP3

spotify-nomorelimits

Dość teorii ,przejdźmy do konkretów, a za przykład niech posłuży tutaj serwis streamingowy Spotify. 20 milionów utworów w bazie danych robi wrażenie, a przy takiej skali pewne jest, że wszystich albumów dostępnych w serwisie nie sprawdził człowiek, tylko zostały zaciągnięte automatem. A to, jak wspomniałem, powoduje błędy – niech tylko znajdzie się dwóch w miarę niszowych artystów o takiej samej nazwie, to wystąpią oni pod jednym rekordem. Co wtedy może zrobić użytkownik? Ano nic. W swoim zbiorze empetrójek foldery można sobie dowolnie nazwać, a pliki przenosić, a w Spotify można stworzyć co najwyżej własne playlisty.

Nie ma przycisku “zgłoś błąd administratorowi” ani nic – co mnie nie dziwi, bo Spotify musiałby zatrudnić armię ludzi wyłącznie do poprawy bazy. Niestety, co najgorsze i do czego głównie piję, nie da się takiej bazy poprawić… lokalnie. Ja rozumiem, że nie można dać zbyt dużej władzy anonimowemu użytkownikowi, bo doprowadzi to do nadużyć i jeszcze większego bałaganu, ale wystarczyłoby umożliwić użytkowikom tworzenie takiej lokalnej – lub po prostu przypisanej do konta – “nakładki” na bazę danych, w której mógłbym np. sam zaznaczyć, że album został błędnie skategoryzowany, a na moim Spotify w komputerze i komórce znalazłoby się odbicie tej zmiany.

Google jedzie już po bandzie

google plus

Spotify to tylko jeden z przykładów, a znacznie bardziej wkurzajacym i rzucajacym się w oczy przykładem jest tutaj lista kontaktów w Gmailu. Ta sama lista kontatków, która powinna być intymna, tylko nasza i budowana wedle własnych potrzeb zmieniła się w twór społecznościowy, gdzie nasi znajomi mogą sami podawać nam istotne informacje. To z jednej strony świetne narzędzie – znajomy w Google Plus zmieni numer telefonu, to on pojawi się u mnie “automagicznie” na telefonie. Bomba! Widzę z tym jedna związane trzy podstawowe problemy – pierwszy jest taki, że ludzie mają generalnie gdzieś aktualność danych w profilu Google Plus i szansa na to, żeby zwykły Kowalski zaktualizował swój numer telefonu po jego zmianie jest znikome (skoro na fejsbuku nie każdy to robi…).

Druga kwestia to to, że każdy zna przynajmniej kilku śmieszków, którzy zamiast imienia i nazwiska wpiszą sobie “Miś uszatek” i weź tutaj człowieku połap się, kto jest kto. To jednak nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że Google uzupełnia dane w kontaktach Gmaila domyślnie, i nie da się tego w pełni wyłączyć – no chyba, że usuniemy powiązany z kontem Google Plusa znajomego adres e-mail, a przecież to nie o to chodzi… Tym samym ta sama lista kontaktów, która przecież potem synchronizuje mi się z telefonem, pełna jest śmieci! Co więcej, dane z Google Plus mają pierwszeństwo nad tymi, które wpisze użytkownik. Powodzenia potem z korzystania z funkcji autouzupełnienia adresata wiadomości, jeśli nie pamięta się ciągu znaków wybranego przez użytkownika…

Najpopularniejszy komunikator świata jest wykastrowany z funkcji

facebook smartfon

Pal sześć jednak Gmaila, ale niepojęte jest dla mnie to, że bodaj najpopularniejszy komunikator świata nie pozwala użytkownikowi na zmianę nazwy kontaktu. Mowa oczywiście o chacie Facebooka, gdzie skazani jesteśmy na to to, co wpisali nasi znajomi. U mnie, a pewnie u Was też, znajdzie się kilka osób które pomyliły miejscem imię z nazwiskiem. Nie jest niczym niezwykłym, że kilka koleżanek bierze udział w jakimś tajemniczym konkursie kreatywności prześcigając się w tym, która bardziej się wyróżni na tle tych wszystkich szarych myszek niestandardową wariacją na temat swojego imienia i nazwiska.

W rezultacie mam na liście kilkuset osób przynajmniej kilka, które wkleiły awatar od czapy i wpisały w pole z nazwą jakieś bzdury, a ja tym samym nie mam pojęcia, kto to jest. Owszem, rozwiązaniem jest wyrzucenie takiego użytkownika ze znajomych, ale to… takie wylewanie dziecka z kąpielą. Wystarczyłoby opcja edycji nazwy kontaktu, które przypisane byłoby jako taka “nakładka” na główną bazę Facebooka, gdzie w komputerze i na telefonie portal stosowałby nazwę wpisaną przeze mnie. Czy tak wiele wymagam? Z pewnością nie, skoro potrafiły to komunikatory, z których korzystałem dekadę z górką temu.

Winne są smartfony i chmura

iCloud iOS 7 5

Użytkownicy Linuksa, a nawet Windowsa chociaż to zaczyna się zmieniać, są przyzwyczajeni do tego, że komputer i oprogramowanie należy do nich, a nie na odwrót. Nawet korzystając z popularnych okienek od zawsze mogłem przecież zmienić sobie ikonkę Mojego Komputera na dowolnie wybrany obrazek i podpisać go dowolnym ciągiem znaków. Mogłem zmienić tapetę, kolory poszczególnych elementów interfejsu. Potem przyszły smartfony, gdzie do zmiany ikony i nazwy skrótu do aplikacji muszę instalować na Androdzie alternatywny launcher, a na iPhonie i iPadzie mogę o tym zapomnieć. Ja rozumiem, że system mobilny pod internet dotykowy wymaga uproszczeń, ale bez przesady!

Nie da się ukryć, że Apple pierwszym iPhone’m wyznaczyło całej branży trend, że “klient wcale nie wie lepiej, nie ma racji i pewnie źle trzyma urządzenie”. Oczywiście rozumiem, że żyjemy w czasach, gdy urządzeń elektronicznych nie używają już tylko grzebiące w preferencjach i dobierające osobno kolor każdego przycisku nerdy. Konsumentami są głównie ludzie, dla których smartfon, tablet a nawet komputer jest jak toster albo pralka – to urządzenie, które ma spełniać pewne zadania i zajmować jak najmniej czasu na konfigurację.

Przydałoby się jednak znaleźć w tym wszystkim złoty środek.

Zdjęcia Internet for online image i Facebook is an online social networking service pochodzą z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

Advertisement