Streaming gier miał być przyszłością, a póki co sam nie ma przyszłości

Felieton/Gry 21.09.2013
Streaming gier miał być przyszłością, a póki co sam nie ma przyszłości

Streaming gier miał być przyszłością, a póki co sam nie ma przyszłości

O ile się nie mylę, właśnie w 2009 roku mówiono, że granie w chmurze to przyszłość. Obiecywano nam, że już za chwilę, już za moment nie będą nam potrzebne mocne komputery ani konsole do gier, że konsolą będzie nasz najgorszy nawet laptop, smartfon, tablet, a nawet telewizor. Już za minutę, tylko kupimy więcej serwerów, już za kwadrans, tylko ulepszymy usługę, już za godzinę, tylko wprowadzimy do sprzedaży nasz sprzęt. Już za rok, tylko… Tylko co? Ile możemy czekać? Na pewno tylko jeszcze rok? Nieprawda, nie doczekam się. Takie jest moje zdanie na ten temat.

Każda rewolucja przypomina Blitzkrieg – przychodzi niespodziewanie, zabiera co jej należne i staje się standardem. Przykładem tego są iPhone oraz konsola Playstation. Streaming gier nigdy nie zyska miana rewolucji, bo przespał swój czas. Przełom pierwszego i drugiego dziesięciolecia był czasem, gdy pojawiało się mnóstwo innowacyjnych i bardzo ciekawych produktów, które ludzie, mimo szalejącego kryzysu, chcieli kupować. Choćby w domach brakowało chleba, a buty trzeba było robić z kory drzewnej, oni chcieliby mieć nowy gadżet, korzystać z nowej usługi, mieć to, co wszyscy.

Ludzie sami błagali o to, by stać się niewolnikami mniejszych i większych produktów i usług, a OnLive i Gaikai tego nie wykorzystały. Podczas gdy Apple zapraszał ludzi do swojej złotej klatki, a Google do swojej blaszanej klatki starannie obklejonej sreberkami z czekolady, włodarze OnLive i Gaikai robili wszystko, by zniechęcić do siebie grupę ludzi, która chciała im zaufać. Zamiast zaprosić ich do swojego skromnego domku i w miarę możliwości go rozbudowywać, mówili „Poczekajcie, za chwilę dostawimy fotele”, „Już zaraz wstawią szafki, czekajcie przed bramą”, „Tylko dowiozą alkohol i możecie wejść”, a zniecierpliwiony tłum zamiast uwierzyć w hasło „nikt Wam tyle nie da, ile ja obiecam”, po prostu odszedł i zapomniał, że kiedykolwiek stał przed budką z napisem “Onlive”. Zresztą nic w tym dziwnego, bo buda sama też się powoli rozpada.
Onlive

OnLive popełnił ten sam błąd co Microsoft i Intel – przespał swój moment na kształtującym się na nowo rynku. Tylko w przeciwieństwie do wyżej wymienionych gigantów nie był korporacją, którą stać na błędy. Ostatecznie firma OnLive umarła, a swoje dziecko o tej samej nazwie sprzedała innej firmie. Jakiej? Nie wiemy. Wiadomo tylko, że usługą tą nie interesuje się już niemal nikt.

O wiele więcej szczęścia miała firma Gaikai, która również została sprzedana, ale firmie Sony. Transakcja ta była potrzebna obu firmom. Dzięki Sony Gaikai przetrwa, a dzięki Gaikai Sony bez instalacji dodatkowego sprzętu zapewni swojej najnowszej konsoli chociaż częściową kompatybilność wsteczną. Niestety prezes Sony na targach Toki Game Show stwierdził, że funkcja streamingu gier wejdzie na rynek amerykański dopiero w 2014 roku, a data jej premiery w Europie nie jest jeszcze znana. Znowu mi mówią, że mam chwilę poczekać, tylko ja już wiem, że to czekanie najprawdopodobniej potrwa nieskończoność.

Tym samym oznacza to, że najprawdopodobniej Gaikai w naszym kraju zobaczymy za bardzo długi czas (jeśli w ogóle) i nigdy nie będzie to jeden z największych atutów konsoli Sony. A szkoda, bo jeśli infrastruktura sieciowa nadal będzie rozwijać się w aktualnym tempie, moglibyśmy dojść do momentu, w którym Playstation 4 mogłoby być ostatnią konsolą, jakiej będziemy potrzebować. Oczywiście jeśli Sony poważnie potraktowałoby streaming gier.

Playstation 4-1

Nie jest to pomysł wcale taki oderwany od rzeczywistości. Po co produkować co kilka lat nowe urządzenie, skoro nawet nie da się na nim zarabiać? W końcu do tej pory wszyscy producenci konsol – poza Nintendo – dokładali do tego interesu, odbijając się dopiero na wysokich cenach gier. Teraz sytuacja znacząco nie zmieniła się, bo na przykład Sony do każdej konsoli Playstation 4 musi dołożyć 60 Euro. Zresztą, kwota ta, pewnie po wypuszczeniu drugiej wersji konsoli, spadnie do zera. To i tak dobry wynik w porównaniu z tym, że Sony trzy lata (!) po premierze Playstation 3 dopłacał do niego po 37 Euro.

Jeśli jednak okaże się, że zastosowany sprzęt jest tani, gdyż ma małą wydajność, Sony nie powinno się decydować na wydawanie kolejnego sprzętu za 3 czy 4 lata. Powinno mocniejszy nacisk położyć na Gaikai. Sądzę że graczy byłoby łatwiej namówić do płacenia dodatkowych 20 złotych miesięcznie niż wmówić im, że wydatek kolejnych 2000 złotych na konsolę jest w pełni uzasadniony. Wówczas Sony zyskałoby dużą przewagę nad Microsoftem, który nie ma w kwestii streamingu takich możliwości jak Japończycy. Prawdopodobnie tak jednak nie będzie, bo fizyczny sprzęt przy usłudze streamingowej wygląda jak papierowy magazyn przy stronie internetowej. Co prawda jedno i drugie pełni podobną funkcję, a drugie nawet lepiej ją spełnia. Co jednak z tego, skoro papierowy wygląda jakoś tak… poważniej.

Dołącz do dyskusji