Zbliża się finał sezonu „Amerykańskich bogów”. Wątpię, bym chciał obejrzeć drugi sezon

Felieton/Seriale 16.06.2017
Zbliża się finał sezonu „Amerykańskich bogów”. Wątpię, bym chciał obejrzeć drugi sezon

19 czerwca, na Amazon Prime, zobaczymy ostatni odcinek pierwszego sezonu serialu “Amerykańscy bogowie”.

Niestety! Wbrew początkowym zachwytom, wyrażonym również na Spider’s Web, jestem rozczarowany po obejrzeniu siedmiu odcinków serialu. Literacki pierwowzór, pióra Neila Gaimana, okazał się niedościgniony. Uczciwie jednak trzeba przyznać, że telewizyjna wersja ma kilka atutów. Zacznijmy od tego, co mi się dotychczas nie podobało.

Po pierwsze, dynamika.

Książka “Amerykańscy bogowie” nie wyróżnia się objętością. W zależności od wydania, liczy od około 500 do ponad 600 stron. Liczba wątków jest za to spora. Mogłyby stać się one podstawą kilku niezależnych opowieści. Prawdopodobnie w wielości historii należy upatrywać specyficznej dynamiki serialu. Można odnieść wrażenie, że filmowcy nie do końca byli pewni, na czym chcą się skupić.

Opowieść filmowa toczy się leniwie. Scenarzyści zarezerwowali sporo czasu dla gry obrazem. W kilku odcinkach forma zdaje się górować nad treścią. Zupełnie niezrozumiałe było, choćby, poświęcenie całego czwartego epizodu, na opowiedzenie historii miłości Cienia i Laury. W innych miejscach możemy obserwować przydługie, ale bardzo barwne sceny, których zadaniem jest oddziaływanie poprzez symbolikę, do czego wrócę za chwilę.

O ile w książce brak jednoznacznie linearnej fabuły i liczne zmiany planów czasowych broniły się, w serialu zaowocowały z jednej strony chaosem, a z drugiej dłużyznami.

Po drugie, celowość fabuły.

Gra twórców serialu z widzem, jest trochę nieuczciwa. Niby od początku wiadomo, jaki jest cel ekscentrycznego pana Wednesday’a i kim, w istocie, jest ten starzec. Jednocześnie scenariusz czyni z niego tajemnicę. Nie wypada to dobrze, bo oglądający może poczuć się niedoceniony.

Jeszcze gorzej rzecz się ma z istotą wojny między starymi i nowymi bogami. Po siedmiu odcinkach serialu wiemy tylko, że podróż Wednesday’a (czy po prostu Odyna) i Cienia to próba zorganizowania pospolitego ruszenia bogów. Po co zaś jest zwoływane? Nie do końca wiadomo, bo argumenty scenarzystów zostały przykryte zabawami formą.

Po trzecie, symbolika.

Liczne nawiązania mitologiczne i symboliczne to, rzecz jasna, pokłosie pomysłu fabularnego Gaimana. W wersji powieściowej były jednakże czytelne. Na ekranie już takie nie są. Nie dla każdego będzie oczywiste, a śmiem twierdzić, że dla większości wręcz przeciwnie, że Grimnir to jedno z imion Odyna, a Wotan to jego odpowiednik z mitologii germańskiej. To najbardziej jaskrawy przykład. Inne bóstwa przewijają się przez ekran, ale w zasadzie nie wiemy w jakim celu. Podobnie jest z Bilquis, bardziej znaną jako królowa Saby.

Serial „Amerykańscy bogowie” ma też dobre strony.

“Amerykańscy bogowie” to, w warstwie obrazowej, serial niezwykle barwny i sugestywny. Plastyczność jest zarazem jego największą zaletą. Nie mamy tu do czynienia z klasycznym pięknem. Wiele kadrów przywołuje skojarzenia z kontrowersyjnymi artystami. Na przykład Andresem Serrano, który zasłynął dziełami wywołującymi powszechne oburzenie. Wystarczy przypomnieć krucyfiks zanurzony w moczu czy okładkę płyty “Load” Metalliki. Serrano zmieszał na tej ostatniej bydlęcą krew i własne nasienie, a następnie umieścił je między dwiema taflami pleksiglasu. Efekt był intrygujący, choć wielu uznało dzieło za niesmaczne.

Inne skojarzenia? W sposobie przedstawiania przemocy i śmierci słychać dalekie echa filmów Quentina Tarantino. Chodzi przy tym bardziej o naruszenie tabu i dość specyficzne oswajanie śmierci poprzez jej wyśmiewanie, niż proste odniesienia.

Koniec sezonu nie wzbudza dużych emocji.

Próbuję wzbudzić w sobie entuzjazm przed finałem pierwszego sezonu. Niestety nie udaje mi się to. Książka Neila Gaimana zachwyciła mnie, jako próba wskrzeszenia licznego panteonu pradawnych bóstw i umieszczenia ich w realiach odmiennych, niż ich ojczyste mitologiczne krainy. Serial bardzo powierzchownie oddał ten, najważniejszy dla mnie, walor powieści.

Gaiman, szkicując obraz Ameryki, przedstawił ją jako ziemię jałową duchowo. Taką, na której nie można liczyć na renesans pradawnych wierzeń. W wersji filmowej ten wątek został poruszony, ale brak mu uzasadnienia w kontekście całości fabuły.

Pierwszy sezon nie zakończy opowieści, to już pewne. Dlatego każdy, kto czytał książkę, łatwo domyśli się, jak będzie wyglądał finałowy odcinek. Szczerze mówiąc nie jestem pewien, czy twórcy filmu są jeszcze w stanie przyciągnąć mnie przed ekrany w drugim sezonie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...