Tie Fighter był grą doskonałą. Dziś nie miałby na rynku większych szans

Felieton/Gry 04.05.2017
Tie Fighter był grą doskonałą. Dziś nie miałby na rynku większych szans

Dawno, dawno temu, w naszej galaktyce, innowacyjne wówczas i prowadzone z niesamowitą pasją studio Lucasarts zaprezentowała światu doskonałą strzelankę kosmiczną. Tak, doskonałą. Nie liczcie jednak na jakiegokolwiek remastera. Dziś gra ta nie miałaby najmniejszych szans na rynku.

Tie Fighter pojawił się latem 1994 roku, będąc następcą budzącego uznanie X-Winga. Jednak tam, gdzie X-Wing ze swoją mechaniką dopiero raczkował i eksperymentował, tam Tie Fighter przeniósł strzelanki kosmiczne na zupełnie nowy poziom. Gra była skokiem jakościowym o skali nigdy później nie powtórzonej.

Można zaryzykować stwierdzenie, że tak dobra gra już nie powstała nigdy.

Strzelanki kosmiczne od czasów Tie Fightera albo były upraszczane do poziomu prostego arcade, albo wręcz wynoszone na symulacyjny poziom. Tie Fighter znalazł idealny złoty środek pomiędzy złożoną mechaniką i relatywnie wysoką przystępnością, zachęcającą gracza do jej nauki.

Prawa fizyki w Tie Fighterze były bowiem równie uproszczone, co w każdej grze arcade. Jednak bez zmysłu taktycznego, umiejętnego rozeznania w sytuacji przez gracza, misje w późniejszej części gry były w zasadzie nie do przejścia. Tie Fighter bowiem nie był symulatorem bojowego statku kosmicznego, ale już jak najbardziej symulatorem pola walki, którego byliśmy zaledwie elementem. I realizował to znacznie sprawniej od chociażby nowoczesnego Battlefronta.

Dodajmy do tego fajnie zaprojektowane systemy pokładowe. Musieliśmy cały czas zarządzać energią dostępnych na pokładzie generatorów decydując jak zwrotny ma być nasz myśliwiec, jak mocne ma mieć pole siłowe i lasery. Przerzucenie energii na lasery redukuje pola siłowe (i odwrotnie), a największą zwrotność osiągaliśmy przy 2/3 prędkości.

No i ta otoczka. Tie Fighter czerpał garściami z książek „expanded universe”, w tym z „trylogii Thrawna” Timothy’ego Zahna.

Tie Fighter miał niepowtarzalny, mroczny klimat. Musiał mieć, wszak tym razem wcielaliśmy się w rolę przyszłego asa złowrogiego Imperium galaktycznego. Gra nie zawiodła i wyciskała z komputerów co się da, by ów klimat i opowieść przekazać. Tie Fighter nie tylko był świetnie zaprojektowany od strony koncepcyjnej. Wyglądał też fenomenalnie i zapewniał – na odpowiednim komputerze – bardzo płynną rozgrywkę. Całość uzupełniała muzyka dynamicznie dostosowująca się do tego, co aktualnie dzieje się na ekranie.

No i te niesamowite ilości treści. Nad Tie Fighterem zarywałem całe noce, a i tak przejście gry i wszystkich dodatków – wedle mojej pamięci – zajęło mi wiele, wiele tygodni. Bez poczucia wtórności czy znużenia. Gra doczekała się wielu wznowień i reedycji, na DOS-a, Windowsa, macOS-a i Linuxa.

Najwyższy czas na reedycję, nie sądzicie? Jakiś remaster na konsole i karty graficzne nowej generacji? Albo pełnoprawna kontynuacja? Cóż, ja tak nie sądzę.

Tie Fighter nie miałby dziś szans na rynku. Gracze dziś szukają czegoś zupełnie innego.

Tie Fighter przypomina mi jak bardzo zmienił się rynek gier wideo – w dzisiejszych czasach nie ma żadnego sensu. Nie tylko dlatego, że niektóre rzeczy w oczywisty sposób się zestarzały i sama podmiana modeli i tekstur to za mało. Samo założenie Tie Fightera po prostu straciło sens.

W czasach gdy większość graczy nudzi się grą single player już po 10 godzinach, kilkuset godzinny Tie Fighter nie jest mile widziany czy wręcz pożądany. Jasne, pamiętam o Wiedźminie III czy Horizon Zero Dawn, ale tu dochodzi następna rzecz: zmiana progu przystępności. By radzić sobie w Tie Fighterze na wyższym poziomie trudności trzeba żmudnych podejść i eksperymentów na błędach. Gamepad nie wystarczy, wypada mieć niezły dżojstik i liczne przyciski dostępne pod ręką na klawiaturze. I nauka. Kto dziś ma czas na takie zabawy?

Najważniejsze dopiero przed nami, a więc tryb multiplayer, dzięki któremu nowoczesna gra żyje znacznie dłużej w świadomości graczy. Jak się okazuje, symulacja pola bitwy w silniku Tie Fightera to symulacja obejmująca również strach pilotów przed śmiercią czy niedoskonałe manewry czy decyzje. Dostosowana do zabawy wieloosobowej gra X-Wing vs Tie Fighter z nieco podrasowanym silnikiem była beznadziejna, sprowadzając się do żmudnej walki manewrowej między dwoma przypadkowymi graczami umieszczonymi w bezstresowej rzeczywistości wirtualnej.

Nie jestem nawet pewien czy ja dziś sięgnąłbym po tę grę.

Tie Fighter jest grą wybitną, godną wspomnienia w dniu Gwiezdnych wojen. Jest też fascynującym przykładem tego jak rynek gier wideo się zmienił. Nie twierdzę, że na gorsze. Coś jednak, w imię postępu, straciliśmy. I nie mam tu na myśli tylko upadłego studia Lucasarts.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...