4 sezon „Orange Is the New Black” jest najbardziej brutalny ze wszystkich. I wciąż tak samo rewelacyjny

Seriale 21.06.2016
4 sezon „Orange Is the New Black” jest najbardziej brutalny ze wszystkich. I wciąż tak samo rewelacyjny

W Netfliksie od kilku dni możemy oglądać już czwarty sezon „Orange Is the New Black”. Dając dowód na to, że wiem, co to znaczy prawdziwe binge-watching, w kilkadziesiąt godzin (z przerwami na sen i jedzenie) obejrzałam nowe trzynaście odcinków, których motywem przewodnim jest zmiana. Jedno jednak pozostaje bez zmian – „Orange Is the New Black” to nadal serial rewelacyjny.

Dopóki sama nie zobaczyłam „Orange Is the New Black”, nie mogłam zrozumieć na czym polega fenomen tego serialu. Pamiętam, jak obejrzałam kiedyś pierwszy odcinek, który niespecjalnie mnie zaciekawił. Potem właściwie z obowiązku sięgnęłam po resztę. I wciągnęłam się – nomen omen – bez reszty. Mnóstwo ciekawych charakterów zachwyciło mnie, tak jak i konstrukcja serialu, który łączy teraźniejszość z przeszłością. Retrospekcje, w których poznajemy więźniarki z Litchfield stanowią główny atut produkcji. Ta dzięki wspomnieniom staje się ciekawsza i pełniejsza.

Czwarty sezon, który kilka dni temu miał swoją premierę w platformie Netflix, to jeden z najbardziej intrygujących i refleksyjnych, który sięga głęboko.

Czasami aż za bardzo, bo wywołuje u widza dyskomfort. Nie tylko poruszaną tematyką, ale też scenami. Te są brutalne i odzierają nas ze złudzeń. Nawet jeśli nieraz zaśmiejemy się podczas oglądania odcinków, raczących nas swoim czarnym humorem.

Trudno nie zauważyć, że w miarę kolejnych sezonów „Orange Is the New Black” się zmienia, tak jak i zmieniają się jego bohaterowie. Kiedy przypomnimy sobie Piper Chapman w pierwszych odcinkach, nie jesteśmy wręcz w stanie uwierzyć, że to ta sama osoba, która potem rozdaje karty i przed którą inne osadzone trzęsą tyłkami. Przypadek Chapman, głównej bohaterki, która przez chwilę schodzi na dalszy plan (o tym za moment), to zresztą dobry przykład na to, o czym opowiada sezon czwarty. Bo ten jest o przemianie. O tym, jak zmieniają się osadzone, jak zmieniają się niektórzy pracownicy. O tym, jak zmienia więzienie.

W jednym z odcinków jedna z osadzonych mówi do Pennsatucky, że ta jest chyba jedyną osobą, którą więzienie zmieniło na lepsze.

orange-is-the-new-black

I to zdanie idealnie podsumowuje to, z czym stykamy się w czwartym sezonie, a także pod koniec trzeciej serii. Więzienie zmienia się nie do poznania – zmienia się, a dokładnie podwaja liczba osadzonych, zmieniają się władze placówki wraz z kadrą, a także zmieniają się nastroje i zasady, które do tej pory rządziły Litchfield. Więzienie, które dla tych powracających z „maksa” (więzienia o zaostrzonym rygorze) było rajem na ziemi, staje się nieprzyjemnym miejscem. Osadzone muszą walczyć o swoją przestrzeń, a to sprawia, że podziały są jeszcze bardziej widoczne. Jeśli do tej pory, oglądając „Orange Is the New Black”, mieliście wrażenie, że nastroje pomiędzy różnymi grupami, rodziny Red, Latynoskami a Afroamerykankami, nie są zawsze pozytywne, to teraz do Litchfield wtargnął prawdziwy chaos. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego neonazistki, które towarzyszą Piper podczas jej poszerzania wpływów.

„Orange Is the New Black” prowadzi do jednego smutnego wniosku, który jest zmorą procesu resocjalizacyjnego – więzienie nie zmienia na lepsze i nie ułatwia przystosowania się do tego, co czeka na zewnątrz.

Żadna z bohaterek i żaden z bohaterów „Orange Is the New Black” nie są dobrymi ludźmi. Ale nie są też jednoznacznie złymi, bo nawet jeśli wśród nich są morderczynie, spoglądamy na nie zawsze z szerzej perspektywy. To po prostu ludzie, którzy mają na swoim koncie błędy, mniejsze bądź większe. Choć jeśliby przyjrzeć się osobno osadzonym, a osobno kadrze, ma się wrażenie, że to ci, którzy strzegą więźniarek, mają od nich nierzadko mniej skrupułów. Tak jakby budziły się w nich jakieś zwierzęce instynkty, których nie da się ujarzmić.

A przez to dzieją się rzeczy straszne. Straszniejsze niż niektórzy mogliby sobie wyobrazić.

W czwartym sezonie dochodzi bowiem do najbardziej tragicznych wydarzeń w historii serialu. Już pierwszy odcinek daje nam nieźle popalić, ale to co dzieje się pod koniec serii, zwala z nóg. Tak jak fnałowa scena. Finał czwartego sezonu „Orange Is the New Black” kończy się takim cliffhangerem, że oczekiwanie na nowy sezon (doczekamy się na pewno jeszcze trzech serii) to prawdziwe katusze. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, jak potoczyła się fabuła czwartego sezonu i dobrze sportretowane są postaci.

Czwarta seria bierze na warsztat te same charaktery (mamy parę nowych postaci w Litchfield, którym przyglądamy się bliżej), ale akcenty są zdecydowanie inaczej rozłożone. Ci, którzy byli na świeczniku w poprzednich sezonach, stają się czasem tłem dla starych postaci, któe na nowo wypływają na światło dzienne. Postać Piper, od której przecież wszystko się zaczęło, schodzi jakby na boczny tor. Zresztą jej wątek jest przez większość czasu najmniej interesujący niż pozostałe, jak na przykład sprawa Alex Vause, Lolly czy Poussey, a także Healy’ego i Caputo.

orange is the new black 4 sezon

„Orange Is the New Black” po prostu miażdży.

Tu wszystko jest świetnie dopracowane, a psychologizacja postaci jest naprawdę na wysokim poziomie. Ma się wrażenie, że w tym sezonie z jednej strony wszystko nabiera tempa – jest coraz bardziej agresywnie, nieprzyjemnie i niebezpiecznie, dziewczyny są rozwścieczone, a z drugiej dostajemy bardzo refleksyjne opowieści, które głęboko nas poruszają. Genialna robota!

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (4)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...