Komiks to nie film, t-shirt z Supermanem, ani główna atrakcja w parku rozrywki

E-booki 21.02.2016
Komiks to nie film, t-shirt z Supermanem, ani główna atrakcja w parku rozrywki

Jeśli oglądaliście „Amerykański splendor” to kojarzycie scenę, w której wściekły Harvey Pekar daje upust frustracji w programie Davida Lettermana, żaląc się przed całym światem, iż jego komiksy nie sprzedają się dzięki żałosnej widowni NBC. W pewnym momencie zorientował się, że dla przeciętnego Amerykanina, jego twórczość nie ma większego znaczenia. Liczy się głównie otoczka wokół tego, co zwyczajowo postrzega się, jako serializowane łubudubu dla młodzieży.

Jeszcze zanim na początku XX wieku komiks trafił do Stanów Zjednoczonych, halwecko-szwajcarski nauczyciel Rodolphe Töpffer, zdobył sławę jako jeden z pierwszych Europejczyków, którego dziś moglibyśmy nazywać śmiało twórcą komiksowym. Ta dziedzina kultury sięga oficjalnie XII wieku, kiedy to namiastkę historii obrazkowej stworzył – jak się powszechnie sądzi – Toba Sōjō, japoński mnich trudniący się astronomią. Trzeba przy tym pamiętać, iż ta naturalna człowiekowi forma łącząca słowo i obraz, która miała za zadanie sekwencyjnie opowiadać historię, istnieje o wiele dłużej. Jej początków można doszukiwać się nawet wcześniej niż w starożytnym Egipcie, gdzie znamienitym przykładem byłyby ówczesne hieroglify.

Nie ma przeszkód, by sięgnąć pamięcią do malunków ściennych z okresu paleolitu i zadać sobie pytanie, co było pierwsze: komiks czy muzyka?

doctor strange strange tales komiks

Często zapominamy o tym, że komiksy to nie tylko kinowe adaptacje Avengers, fajne gadżety, czy wiadomość o serialowym Batmobile’u sprzedanym za $4.62 mln. Pomimo tak olbrzymiej spuścizny – poza hermetycznymi grupami – sztuka ta jest traktowana, jako coś niedojrzałego. Chociaż branża ewoluuje to od lat targają nią problemy, które skutecznie oddalają ją od stanu w jakim znajduje się dzisiejszy rynek książki. Najwięksi wydawcy nie silą się na różnorodność i dywersyfikację wiekową, a to od nich zależy najwięcej. Dlatego przeciętny Jan Kowalski, czy John Doe wie, kim jest Spider-Man i że to fajne, kolorowe historyjki dla nastolatków. Jednak nie ma pojęcia o “Mausie” Arta Spiegelmana, czy mającym niedawno premierę w Polsce „Tutaj” Richarda McGuire’a.

A znajdzie tu coś dla siebie zarówno gimnazjalista, jak i budowlaniec, czy nawet prezydent.

Pod warunkiem, że kilka rzeczy w tym biznesie ulegnie zmianie. Po pierwsze, wydawcy muszą zacząć traktować twórców jak równorzędnych partnerów, a nie tylko wymienialnych podwykonawców, którzy mają podtrzymywać przy życiu ich największe marki.

Jednakże artyści siedzą cicho, jak mysz pod miotłą. Z nadzieją, że mają wyniki, które pozwolą im przetrwać. Tajemnicą poliszynela są umowy o poufności, które zawiera się w Marvel i DC. To dość nowy wynalazek i spuścizna po nauczce, jaką dostał Dom Pomysłów w latach 90., kiedy to ówczesne supergwiazdy sceny komiksowej poszły na swoje, zakładając Image Comics. Wtedy nikt nie wróżył im sukcesu, ale kierownictwo Marvela było wściekłe. Pojawiła się nie tylko konkurencja, ale również ludzie, którzy nie bali się otwarcie mówić, że w ich poprzedniej firmie działo się źle.

Nie często dowiadujemy się o tym z mediów. Jae Lee w jednym z wywiadów – niepewny, czy może o tym mówić – powiedział, że wtedy zdradą stanu było nawet wspomnienie, iż jest się w kontakcie z którymkolwiek z outsiderów.

Dziś trzeba godzić się na to, że w przyszłości nie będziesz mówił źle o firmie ani o swoich współpracownikach. Jeśli jednak edytor zlinczuje cię na Twitterze pisząc, iż obijasz się po konwentach, zamiast ruszyć do przodu z pracą to nie licz na to, że kogokolwiek z kierownictwa to obejdzie. Twórcy mają świadomość tego, iż na ich miejsce, jest dziesięciu innych. Świadczy o tym rotacja nazwisk na okładkach komiksów.

Dzięki temu wydawcy myśląc, że są w sile – popartej setkom milionów dolarów płynących z kin – nie przejmują się tym, że w przeciągu czterdziestu lat koszt wyprodukowania strony komiksu wzrósł mniej więcej o $65.

Nieistniejące już stowarzyszenie Comic Book Creators Guild już w maju 1978 roku, opublikowało dokument, który sugerował, że honorarium za stronę ilustracji, powinno wynosić $300 – do podziału dla rysownika i inkiera – oraz $100 za scenariusz, $70 za kolory i $40 dla liternika. Jednak świat światem i nie ma lekko, a branża skutecznie opiera się inflacji. Dziś wielka dwójka płaci nie więcej niż $300 za stronę ilustracji, $100 za taką samą ilość skryptu, $150 za kolory i $25 za dorzucenie liter. Proponowane $510 wtedy i całkiem realne $575 dziś.

Ilustratorzy są w o tyle lepszej pozycji, że jeśli rysują tradycyjnymi technikami to mogą zarobić od kilkuset do kilku tysięcy dolarów na sprzedaży oryginalnych stron kolekcjonerom. Mimo to nie zdziwcie się, jeśli taksówkarz w Nowym Jorku powie wam, że kiedyś pracował w Marvel.

Jednocześnie, jak podaje The Comics Chronicles – serwis zajmujący się badaniami statystycznymi rynku komiksowego – w 1978 roku zeszyt kosztował przeciętnie $0.40, a dwa lata temu $3.99. Branży obce jest nasycenie, więc powoli nikt się nie dziwi, widząc na okładce $4.99. Ze wzrostem cen idzie coraz głębsza inwazyjność reklam, które potrafią przerywać lekturę w połowie strony. Wydawcy wyciskają z komiksów pieniądze, niczym sok z pomarańczy. A twórcom pozostaje jedynie cierpki smak skórki.

batman adam west

Gdybyśmy żyli w idealnym świecie to jeden z czołowych scenarzystów DC Scott Snyder nie powiedziałby, że więcej zarobił na swoim niezależnym komiksie „Wytches” w Image, niż na pisaniu kolejnych numerów „Batmana”.

„Wydawnictwa to obecnie okropny bałagan (…) Wydaj się sam. Nie licz na innych” – nawołuje Alan Moore, scenarzysta genialnego „Watchmen” od DC i ukazującego się obecnie nakładem niezależnego wydawnictwa Avatar Press „Providence”.

Przy umiarkowanym sukcesie serii w Image Comics, komiks sprzedający się w nakładzie 30 tys. egzemplarzy może przynieść zespołowi twórczemu około $9 tys. Dodatkowo dochodzą pieniądze z tytułu wydań zbiorczych, komiksów cyfrowych i licencji zagranicznych. Największy plus to fakt zachowywania przez twórców praw do sprzedaży licencji na produkcję filmów, seriali, gadżetów, czy gier.

Oczywiście, równie dobrze możemy wypchnąć na rynek 100 tys. egzemplarzy, jak i 5 tys. Ta druga opcja niestety sprowadza się do tego, iż kilkuosobowy zespół nie zobaczy za swoją ciężką pracę złamanego centa, bo wydawnictwo zabezpiecza ponad $2 tys. na poczet wyprodukowania zeszytu.

Matt Fraction, który zdawałoby się, że miał całkiem niezły 2014 rok, pisząc dla Marvel chwalonego „Hawkeye’a” i „Sex Criminals” w Image, wyprowadził jednego z dziennikarzy z błędu. Stwierdził, iż wcale nie było tak kolorowo, wyrażając nadzieję, że kolejny rok będzie lepszy. I choć nie wiadomo, czy tak było to warto odnotować, iż wydał w 2015 nie tylko kolejne numery „Sex Criminals”, ale również „Casanova: Acedia”, „ODY-C” oraz „Satellite Sam” – wszystkie w Image.

Niezależność uzależnia. Przekonał się o tym Robert Kirkman piszący obecnie „The Walking Dead”, Brian K. Vaughan „Sagę”, Ed Brubaker „Velvet”, Mark Millar „Hucka”, Kelly Sue DeConnick „Pretty Deadly”, Grant Morrison „Klausa”, Joshua Williamson „Nailbitera”, Marjorie Liu „Monstress”, Kieron Gillen „The Wicked + The Divine”, Jonathan Hickman „East of West”, James Tynion „The Woods”, Rick Remender „Tokyo Ghosts” i wielu innych, kiedyś kojarzonych głównie jako gwiazdy wielkiej dwójki, dziś coraz częściej piszący wyłącznie dla wydawnictw, takich jak Image, Dark Horse, IDW, Dynamite, Avatar czy Boom. Małe i średnie wydawnictwa komiksowe odnoszą coraz większe sukcesy, a nowe powstają rokrocznie, czego dowodem niech będzie Aftershock i Black Mask. Kilka dni temu twórca „Goon”, Eric Powell, poinformował o reaktywacji Albatross Funnybooks. To już nie jest nowa fala, a tsunami.

Jednak siła topowych marek ciągle działa, bo dla jednych to trampolina do dalszych sukcesów, a dla innych spełnienie dziecięcych marzeń.

Wonder Woman po raz pierwszy na okładce komiksu

Co nie zmienia postaci rzeczy, że to wydawnictwa niezależne wyznaczają granice. Dzięki szerokiemu podejściu do czytelnika, być może za kilka lat karty zaczną rozdawać mniejsi gracze. Tam nie tylko wydawcom zależy na jak najlepszej sprzedaży. Artyści wiedzą, że za jakością idą profity. Już teraz większość branżowych nagród zgarniają ci, którzy mają zaledwie 30% rynku (DC posiada 27,35%, a Marvel 41,82%). Wielkie firmy dawno zapomniały o tym, że to twórca jest źródłem sukcesu, a ograniczanie, oszczędzanie i traktowanie go jak chałturnika to droga do branżowej katastrofy.

Dużym problemem jest również to, co się dzieje z samą dystrybucją. Diamond Comics od dziesięcioleci dyktuje warunki na rynku. Jest nie tylko największą, a praktycznie jedyną liczącą się firmą w tym sektorze. Już w drugiej połowie lat 90. toczyło się wobec niej postępowanie antymonopolowe, które sczezło na niczym, a sytuacja od tego czasu nie uległa znaczącej poprawie. Nawet Marvel próbował swoich sił, tworząc alternatywę dla tego kolosa. Jednak bez większych skutków. Projekt upadł, a samo wydawnictwo cudem nie podzieliło jego losu.

Część wydawnictw próbuje dystrybuować przynajmniej wydania zbiorcze i powieści graficzne innymi kanałami. By nie trafiały one wyłącznie do gett, w które zamieniają się sklepy z komiksami. Bo niestety sprzedaż historii obrazkowych to obecnie ciężki chleb. Żeby zwiększać swoją marżę, handlowcy muszą godzić się z zamawianiem przesadnych ilości zeszytów. Co jest śrubowane dodatkowo niezliczonymi wariantami okładkowymi.

Wygląda to tak, że jeśli sklep zamówi w przedsprzedaży X-egzemplarzy danej serii to dostaje X-egzemplarzy specjalnego wariantu okładkowego. Im więcej zamówień, tym więcej wariantów. A tych może być nawet kilkadziesiąt. Jest to wabik na kolekcjonerów. Taki zeszyt można wystawić później na eBayu i modlić się, by ten pseudo biały kruk znalazł nabywcę po wiele wyższej cenie niż okładkowa. Przypomina to bardziej hazard niż biznes.

To jeden z czynników, który doprowadził do zamykania sklepów z komiksami w latach 90. Tym samym kłopot dla wydawnictw, tracących miejsca zbytu.

Pomimo że na papierze wygląda to tak, że mniej specjalistycznych sklepów się zamyka niż otwiera to statystyki swoje, a rzeczywistość swoje. Nowe sklepy traktują komiksy jako dodatek do oferty. Pamiętam, że kilka lat temu, gdy mieszkałem w Chicago, podróżując autobusem z Uptown we wszystkich kierunkach miasta, co rusz spotykałem plakietki informujące o zaprzestaniu działalności sklepów z komiksami. W końcu trafiłem do jednego w Downtown, rzut beretem od reprezentatywnego Parku Millenijnego, gdzie poszedłem kupić „Before Watchmen”. Uderzyła mnie sterylność otoczenia, gdzie komiksowe nowości stały na półkach niczym relikwie. O komiksach starszych, czy tych od mniej znanych wydawnictw można było zapomnieć. Cała reszta to były gadżety wszelkiej maści. Po przeprowadzce do Shelton w Connecticut, na pytanie o sklep z komiksami zostałem wyśmiany.

W tym miesiącu biznesmen Lee Hester poinformował, że po 29 latach zamyka swój sklep w San Mateo, bo jak mówi – lepiej zaplanować sobie lądowanie teraz, niż rozbić się później. Sprzedaż w przeciągu ostatnich 15 lat regularnie spadała, a on sam musiał obcinać swoją pensję trzykrotnie. Ostatnio pracował dwa razy więcej za połowę tego, co zarabiał w latach 90. Co jednak nie znaczy, że całkowicie wycofuje się z biznesu. Jednak musi się przebranżowić.

Tę lukę nieco wypełniają sklepy internetowe. Na Amazonie można kupić wydania zbiorcze i powieści graficzne po całkiem niezłych cenach. Jest również eBay i wyspecjalizowane ecommerce, jak chociażby TFAW.com. Czytelnik niestety traci możliwość obcowania z tą sztuką bezpośrednio, co jest już pewnie znakiem czasów. A marzenia, by w sklepach sieciowych, takich jak Target, znaleźć coś więcej niż rękawice w kształcie pięści Hulka, odchodzą w niepamięć.

Sam przez pięć lat prowadziłem sklep internetowy, który początkowo skupiał się wyłącznie na sprzedaży komiksów. Jednak w momencie w którym zacząłem importować przeróżne gadżety, bo sprzedaż historii obrazkowych szła kiepsko, okazało się, że towar, który miał być moim głównym źródłem utrzymania, dawał nie więcej niż 10-15% comiesięcznego przychodu.

W sieci istnieją również bardziej kompleksowe rozwiązania z Comixology na czele, które powoli staje się bardzo ważnym miejscem dla czytelników. Uratowały już niejedną serię od upadku. Przykładowo, kiepsko sprzedająca się na papierze „Ms. Marvel” istnieje dzięki temu, że nieźle jej się wiedzie w dystrybucji cyfrowej.

Comixology to przede wszystkim wygoda i brak reklam. Czasem niezłe promocje. Lecz ceny nowości pozostają „papierowe”. Tylko, czy poważnie jesteśmy w stanie płacić za komiks $3.99, jeśli dostajemy w zamian średnio 8 minut lektury. W porównaniu do $10 za dwie godziny w kinie, czytanie komiksów wypada wyjątkowo nieekonomicznie. Nie lepiej jest, gdy zaczniemy przeliczać dolary porównując komiksy do książek, gier czy biletów do teatru.

Superman

Ogólnodostępna informacja mówi, iż za komiks sprzedany za pośrednictwem tej platformy dostaje się 50% ceny detalicznej. Jednak haczyk polega na tym, że jeśli czytelnik dokonał transakcji poza stroną internetową, za pomocą aplikacji mobilnej, to system dodatkowo odlicza do 20%. Tym samym zostaje zaledwie 30% dla twórcy niezależnego lub wydawnictwa.

Biorąc pod uwagę, że rynek komiksów w Ameryce Północnej był wart w 2014 roku szacunkowo $935 mln to po odliczeniu $825 mln za część drukowaną, pozostaje jedynie $110 mln przypadających na wydania cyfrowe. Jeśli do kasy komiksiarzy trafiałoby 40% od sprzedaży to nawet te $44 mln – po odliczeniu kosztów produkcji i opłaconych podatkach – rajem nazwać nie można.

W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że niektórzy wydawcy nie rozumieją, iż bez komiksów, nie mieliby teraz tych wszystkich kinowych hitów. Hitów, które zawdzięczają ciężkiej pracy twórców. Z drugiej strony ci sami twórcy nie potrafią się skonsolidować, tworząc cech zawodowy na modłę Writers Guild of America, który wymuszałby godne warunki pracy.

Zapomina się również, iż nastolatki – do których przede wszystkim kieruje się mainstreamowe pozycje – nie mają kart kredytowych, by kupować na Comixology, a poszukiwanie sklepu często jest dla nich wysiłkiem nie wartym zachodu. W końcu mogą włączyć jeden z kanałów telewizyjnych i obejrzeć najnowszy odcinek serialu animowanego o superbohaterach.

Być może nadchodzi czas, kiedy trzeba powoli godzić się z odchodzeniem od drukowanych cotygodniowo zeszytów.

Zanim to się stanie, systemy płatności muszą dostosować się do czytelników w każdym wieku. Nie tylko w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale na całym świecie. A same ceny komiksów cyfrowych muszą spaść przynajmniej o połowę, by móc konkurować z innymi dziedzinami kultury.

Wyzwaniem – być może opłacalnym – byłoby zepchnięcie wydań zbiorczych i powieści graficznych na dobre do księgarni, aby mogły godnie konkurować z książkami. Nie można przy tym zapomnieć o dojrzałych czytelnikach. I to nie tylko tych, którzy lubują się w głównym nurcie ale również tych, którzy chcą przeczytać coś więcej niż tylko kolejny tom „Punishera” dla dorosłych. Sprawiając tym samym, by wydawnictwa takie, jak Fantagraphics, czy Drawn & Quarterly przestały być kojarzone jako coś offowego, a zaczęły konkurować z wysokich lotów literaturą.

Branża potrzebuje zdrowego wstrząsu i niemałej rewolucji. Dochody z filmów nie zrobią tego za nią. Tak, jak NBC nie przysporzyło wielu nowych czytelników Harveyowi Pekarowi. A szkoda byłoby, żeby ta forma sztuki stał się bardziej niszowa, niż jest dziś.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...