Pierwszy odcinek nowego „Arrow” to mój ostatni. Scenarzystom skończyły się strzały

Seriale 11.10.2015
Pierwszy odcinek nowego „Arrow” to mój ostatni. Scenarzystom skończyły się strzały

Oglądając pilot czwartego sezonu „Arrow” czułem ból scenarzystów. Produkcja, która powinna skończyć się kilka miesięcy temu, jest przywracana do życia w bardzo naciągany i byle jaki sposób. Producenci wykonali siermiężny plan minimum, aby wypluć kilkanaście wymuszonych epizodów na zamówienie stacji CW.

Poprzedni, trzeci sezon „Arrow” nie należał do udanych. O ile sam pomysł na główny wątek był bardzo ciekawy, tak wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Rozciągnięta do granic przyzwoitości seria zgubiła swoje tempo. Chyba wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, kiedy główny bohater odjechał z kolejną kobietą w świetle zachodzącego słońca, dając sobie i nam zasłużony urlop.

arrow 2

Niestety, miesiąc miodowy w „Arrow” dobiegał końca, nim na dobre się rozpoczął.

Wystarczy pierwszych kilka minut, aby zobaczyć, jak bardzo niespójny i naciągany jest scenariusz serialu. Felicity Smoak, najnowsza miłość zakapturzonego herosa, chodziła w poprzedniej serii ze łzami w oczach, cierpiąc z powodu bliskich, którzy non stop ryzykują własnym życiem. Teraz ta sama Felicity stwierdza, że brakuje jej dreszczyku emocji. Co za tym idzie, ona jak i główny bohater kończą idylliczne życie na amerykańskich przedmieściach i wracają walczyć ze złem i występkiem. To by było na tyle, sprawa załatwiona.

W czasie zmieszczonej w kilku minutach nieobecności bohaterów, miasto Starling City zdążyło zamienić się w siedlisko zła i występku. Drugie Gotham, tylko bez tak wyrazistych zamaskowanych herosów oraz złoczyńców. Zamiast tego mamy prywatny, uzbrojony po zęby oddział mężczyzny władającego mistycznymi mocami. Blond jegomość w garniturze bierze na celownik kolejne władze miejskie, pogłębiając chaos i panikę na ulicach.

arrow 3

Problemem jest to, że całemu serialowi brakuje jednego, ale niezwykle istotnego elementu – celu.

Nie mamy pojęcia, dlaczego „ten zły” terroryzuje Starling. Nie wiemy, jaką motywacją kieruje się bohater ponownie zakładający zielony kaptur. Nie mamy pojęcia, dlaczego jego siostra nagle stała się niezwykle brutalna, chociaż dotychczas była jedną z ostatnich inteligentnych osób w drużynie. Nie wiemy, jakim cudem jedna z najbardziej prawych i godnych zaufania postaci nagle stanęła po złej stronie mocy.

Najgorsze jest jednak to, że w ogóle mnie to nie interesuje. Nie chcę poznać odpowiedzi na pytania. Nie chcę dociekać i zastanawiać się nad motywami. Te już w pilocie wydają się tak naciągane, jak gdyby scenarzyści wprost krzyczeli z każdej sceny – „przepraszamy, kazali nam to robić!”. Nic tutaj nie trzyma się kupy i wszyscy grają tak, jak gdyby mieli już po prostu dosyć. Zmęczeni są scenarzyści, zmęczona jest część aktorów i zmęczeni będą widzowie.

arrow 4

Braki w scenariuszu i nowych, ciekawych kreacjach zostają nadrobione paskudnymi cliffhangerami.

Producenci „Arrow” posunęli się nawet do tego, że w pewnym momencie skaczą w czasie i przenoszą widza w kilka miesięcy do przodu. Tam widzimy głównego bohatera płaczącego nad jakimś świeżym grobem. Oczywiście nie dowiemy się, do kogo należy nagrobek, a na pewno nie wcześniej niż za kilkanaście odcinków. Niezwykle tanie zagranie, które nie przystoi w żadnym, naprawdę żadnym serialu.

Mówi się, że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. To tworzone przez pilota czwartego sezonu „Arrow” jest w moim przypadku skrajnie negatywne. Na całe szczęście „The Flash” tej samej stacji od samego początku trzyma poziom, „Gotham” jest nieco lepsze, a za kilka dni będziemy mogli obejrzeć „Jessikę Jones” od Netfliksa. Na tle tych produkcji „Arrow” stoczył się z lidera seriali o zamaskowanych herosach w nijakiego średniaka, który stara się gonić środek stawki.

 

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...