Gra, która zmieniła mnie jako człowieka. Nie, poważnie, to nie jest przemówienie Miss Universe 2017

Felieton/Gry 16.08.2017
Gra, która zmieniła mnie jako człowieka. Nie, poważnie, to nie jest przemówienie Miss Universe 2017

Co jakiś czas w mediach czy nawet w prywatnych rozmowach można usłyszeć banalne słowa „obejrzałam ten film i odmienił moje życie, postanowiłam zrobić to, to, to i to (…)”. Moim zdaniem to taki troszkę utarty frazes, który chyba na dodatek nie działa. 

W każdym razie ja miałem tak, że często oglądałem jakiś film, wywierał na mnie wielkie wrażenie, a potem następnego dnia i tak wszystko było po staremu. Jeszcze trudniej sobie wyobrazić, żeby czyjeś życie mogła zmienić gra komputerowa, gdzie przecież scenariusze są zwykle jeszcze bardziej oderwane od rzeczywistości. No powiedzcie sami. „Zagrałem w GTA Vice City i postanowiłem nosić wyłącznie kolorowe garnitury”? „Dzięki Planescape: Torment zacząłem się zastanawiać, czy śmierć może zmienić naturę człowieka”?

Ale mnie się takie coś właśnie przytrafiło i to chyba nie tyle za sprawą fabuły (a w zasadzie: na pewno nie za sprawą fabuły), co za sprawą mechaniki. Uważam, że gra komputerowa zmieniła moje życie i uczyniła mnie lepszym człowiekiem. I przy okazji raz jeszcze przepraszam za porcję banału, zapewniając drogich czytelników, że nie są to cytaty z przemówień Miss Universe. Mam nadzieję, że kolejne akapity trochę sytuację rozjaśnią.

To, że ktoś tam ma problemy egzystencjalne albo nawet oddaje za kogoś życie w grze, niezbyt mnie rusza. A jednak jestem przekonany, że moja przygoda z Dark Souls – bo o tej grze mowa – odcisnęła trwałe piętno na mojej osobowości. Widzicie, Dark Souls to gra akcji z cRPG-owymi elementami rozwoju postaci. Prawdopodobnie jedna z najtrudniejszych gier świata, przynajmniej wśród tych adresowanych do (w miarę) masowego gracza. Kiedy po raz pierwszy spotkałem się z nią w 2013 roku lubiłem jak jest łatwo, jak jest łatwo i w grach, i w życiu.

Dark Souls zmieniło moje życie. Naprawdę

To naprawdę spora rzecz. Film potrafi przestawić nas ideologicznie na dwa dni, kiedy to zdążymy wstać wcześniej i puścić przelew na misje w Afryce. Pierwsza część Dark Souls dokonała u mnie głębokiej zmiany mentalnej na trwałe. Widzicie, Dark Souls jest grą o ponoszeniu porażek. Uczy nas sobie z nimi radzić, a nawet dostrzegać potencjalne korzyści. To ciekawe, bo mam wrażenie, że jako gatunek ludzki generalnie nie za dobrze sobie radzimy z przegrywaniem. Jednych to po prostu frustruje rodząc dodatkową agresję, a to i tak ci lepsi – drudzy szukają winy we wszystkich dookoła, tylko nie w sobie. Mają nawet swoją własną partię polityczną, a nawet dwie.

Porażki w Dark Souls są jednak życiowe. To nie jest pierwszy Tomb Raider (ten z XX wieku), w którym spadało się w przepaść, bo twórcy nie potrafili zrobić pracy kamery. Jeżeli giniemy, to dlatego, że na to zasłużyliśmy. Wiemy czemu tak się stało i z każdej śmierci płynie nauka. To prawdopodobnie najbardziej sprawiedliwa śmierć w grach video.

Dzięki Dark Souls zacząłem doceniać i lubić, gdy jest trudno.

Od 2013 roku w gry w zasadzie zawsze gram wyłącznie na najwyższym poziomie trudności, choć niestety z przyczyn niezależnych dzieje się to coraz rzadziej. I nagle okazało się, że nudzące mnie na ogół gry w wielu wypadkach – przynajmniej na kilka lat – dostały nowe życie. Ale zmieniło się też moje podejście do rzeczy niewirtualnych. Polubiłem wyzwania, nauczyłem się cierpliwości, a nawet zacząłem odczuwać pewnego rodzaju satysfakcję w bólu i cierpieniu, oczywiście tylko tym hartującym, a nie bezproduktywnym. Również fizycznym, choć nie chciałbym zostać źle zrozumiany, bo znowu wpiszą mnie na jakąś listę mailingową dla fanów BDSM (już raz to zrobili po artykule, w którym napisałem, że chwilowo korzystam z telefonu z Androidem Gingerbread).

Ja wiem, że dla niektórych osób jest to zestaw cech, które się otrzymuje w pakiecie. Dobrze dla nich, bo to chyba cechy, które nie niosą za sobą żadnych ujemnych konsekwencji. We mnie, choć aż wydaje mi się to nieprawdopodobne, zakorzeniły się na stałe dzięki grze komputerowej, która zabijając mnie jakiś tysiąc razy, uruchomiła w mózgu jakiś chory ośrodek satysfakcji z wygrywania trudnych potyczek. Spróbujcie, jeśli się nie boicie.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement