Chciałem pojechać taksówką z Modlina do domu. Taksówkarze przekonali mnie, żebym wybrał Ubera

Felieton/Technologie 17.07.2017
Chciałem pojechać taksówką z Modlina do domu. Taksówkarze przekonali mnie, żebym wybrał Ubera

Wiecie, jak brzmi najkrótszy żart na świecie? Warszawa Modlin. Lokalizacja tego lotniska ma wspólnego z Warszawą tyle, że równie dobrze mogłoby znajdować się pod Białymstokiem, Lublinem lub Rzeszowem. Duża odległość lotniska od Stolicy sprawia, że dojazd do niego jest wyjątkowo uciążliwy. Wykorzystują to warszawscy taksówkarze, którzy narzucają klientom bardzo wysokie ceny przejazdów.

Kiedy wpiszecie w Google frazę „ taxi Modlin”, znajdziecie mnóstwo ofert dojazdu z Modlina do Warszawy za 99 zł. Niestety znalezienie równie tanich taksówek bezpośrednio na lotnisku graniczy z cudem. Podczas jednego z moich wakacyjnych powrotów spytałem stojącego przy lotnisku taksówkarza o przejazd za 99 zł, a ten zaśmiał mi się w twarz. Wrażenia nie zrobiło na nim nawet pokazanie cenników znajdujących się na stronie internetowej jego korporacji. Kierowca oświadczył, że nikt na lotnisku się do nich nie stosuje, a za kurs do centrum Warszawy zapłacę najmarniej 150 zł. Ewentualnie 200 zł, jeżeli jadę dalej, do siebie, na Ursynów.

Za dużo? Trudno, nie masz żadnego wyboru.

Kierowca taksówki zagwarantował mi też, że absolutnie nikt nie zawiezie mnie do Warszawy choćby o złotówkę taniej. Tym samym przyznał się do panującej na lotnisku zmowy cenowej. I faktycznie, każdy kierowca podawał tę samą cenę, która nie miała nic wspólnego z zapewnieniami znalezionymi w sieci. Jako że w okolicy akurat nie było Ubera, wziąłem tę taksówkę i zapłaciłem 200 zł. W końcu nie chciałem iść do miasta na piechotę.

Sytuacja ta powtórzyła się kilka dni temu. Po kolejnej rozmowie z taksówkarzem dowiedziałem się, że ceny nadal są wysokie i… powinny być jeszcze wyższe. W końcu w niedziele taksówkarze jeżdżą na tzw. drugiej taryfie, a ich usługi kosztują średnio kilkadziesiąt procent więcej niż w zwykły dzień. Pikanterii tej sprawie dodaje fakt, że zdaniem taksówkarzy jednym z największych problemów Ubera są zmienne mnożniki, zależne od popytu na usługę. Nagle okazało się, że taksówkarze też mają mnożnik. Tylko jest on stały, niezależny od popytu, a na jego spadek należy czekać aż do następnego dnia.

Mimo to postanowiłem pojechać taksówką.

W końcu wielokrotnie powtarzaliście w komentarzach pod moimi tekstami, że nie wszyscy taksówkarze są źli. Że ich opinię psuje tylko mały margines. Dlatego włączyłem aplikację Mytaxi, która poinformowała, że kurs z Modlina na Ursynów będzie kosztował 153 zł. Nie był to duży koszt, zwłaszcza że akurat działała promocja, dzięki której zapłaciłbym zaledwie połowę wyświetlonej ceny. Niestety, zamówienie taksówki z Mytaxi na Modlin okazało się niemożliwe. Mimo że na lotnisku było pełno taksówek, w aplikacji żaden samochód nie był dostępny. Dzieje się tak, ponieważ na lotnisku mogą stać wyłącznie samochody dwóch korporacji, które nie współpracują z Mytaxi. Auta zamówione przez aplikacje muszą tu często dojeżdżać z północnej Warszawy.

Nie był to jednostkowy przypadek, ponieważ już kilkanaście razy miewałem podobne problemy, związane ze stosunkowo niskimi cenami przejazdów w Mytaxi. Taksówkarz nie chce jechać za 150 zł minus prowizja, skoro może za ten sam kurs krzyknąć 200 zł. Nie obchodzi go, że korzystając z Mytaxi złapie więcej klientów, którzy za taki przejazd zapłacą zaledwie 75 zł. Słowa te potwierdza znajomy taksówkarz:

Moi koledzy po fachu, zwłaszcza ci starej daty, jako konkurencję traktują nie tylko Ubera. Duża część z nich nie lubi też kierowców korzystających z Mytaxi oraz innych tego typu aplikacji. Uważają, że częste promocje psują rynek i są wstępem do permanentnego obniżenia cen przejazdów. Ich zdaniem klienci przyzwyczajeni do niskich stawek nie będą chcieli korzystać z taksówek w standardowych cenach – mówi Marcin, kierowca taksówki w jednej z warszawskich korporacji.

Marcin dodał też, że powinienem się cieszyć, iż mówię po polsku. W przeciwnym razie za taksówkę do Warszawy faktycznie zapłaciłbym stówę. A konkretnie 100 euro, dolarów lub funtów, zależnie jaką walutę bym oferował. Tego jednak nie udało mi się osobiście sprawdzić, więc podaję tę informację wyłącznie jako anegdotę opowiedzianą przez osobę powiązaną ze środowiskiem taksówkarzy.

Ostatecznie nie udało mi się pojechać taksówką. Zamówiłem Ubera.

Skoda Superb podjechała do mnie po niecałych 5 minutach, a kierowca bez żadnego targowania się zawiózł mnie z Modlina na Kabaty. Za wspomniany kurs nie zapłaciłem 100, 150 lub 200 zł, a zaledwie 85 zł. Czy takie przejazdy są w ogóle opłacalne dla kierowców? Czy warto je wykonywać? Wiozący mnie uberzysta zapewniał, że tak. Niższe niż w taksówce stawki niespecjalnie mu przeszkadzają, ponieważ Uber dba o ciągłe dostarczanie nowych klientów. Dzięki temu kierowca jeszcze przed zakończeniem kursu dostaje powiadomienie o kolejnych czekających na niego osobach. Jeżeli klienci są akurat zainteresowani usługą, nie występuje jakikolwiek przestój w pracy.

Podejrzewam, że gdyby taksówkarze zaczęli aktywniej jeździć po Warszawie, zamiast ciągle stać na postojach, palić papierosy i czekać na kolejnych naiwnych, też nie narzekaliby na swoje zarobki. Ale co ja mogę o tym wiedzieć? W końcu jestem tylko klientem. Klientem, który przez ostatni rok jechał Uberem ponad 400 razy. Klientem, który wydał na przejazdy więcej niż 10 000 zł.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement