Jeśli wydaje ci się, że już wyrosłeś z grania, to to po prostu nie była ta gra

Felieton/Gry 24.05.2017
Jeśli wydaje ci się, że już wyrosłeś z grania, to to po prostu nie była ta gra

Dawno już nie miałem przyjemności z grania. Po raz pierwszy ten stan rzeczy udzielił mi się w okolicy dwudziestki, gdy przez kilka lat praktycznie nie ruszałem gier poważniejszych, niż jakaś animacja flash. 

Piszę ten tekst, ponieważ wiem doskonale, że graczy z podobnymi kryzysami jak mój, jest wielu. Co rusz zapewne spotkacie w swoim otoczeniu kogoś, kto twierdzi, że „wyrósł z grania”. To trochę tak, jakby wyrosnąć z oglądania filmów. Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, to brzmi dziwnie, prawda?

Po kilku latach przerwy kupiłem Xbox 360. Trochę mnie to zrestytuowało na grunt gamingu. Oba Mass Effect, oba Fallouty, seria Dragon Age, Red Dead Redemption, Wiedźmin 2, GTA V, Tomb Raider, pierwszy, drugi i czwarty Assassin’s Creed, Skyrim, wszystkie te tytuły – i kilka mniejszych – sprawiły mi wielką przyjemność.

A potem się przerzuciłem na PlayStation 4 i znowu przestało być kolorowo. Wcale nie porwało mnie zremasterowane The Last of Us. W Bloodborne uwielbiam wymiar artystyczny, ale czy to aby moja ulubiona gra? Potem było na szczęście nowe Dragon Age i Wiedźmin 3, w które wsiąkłem i to tak naprawdę ostatnie moje ciepłe wspomnienia gamingowe ostatnich pięciu lat (nie licząc interaktywnej książki Torment: Tides of Numenera).

Przepraszam, że tak smęcę o sobie, ale chodzi mi o to, żeby wskazać pewien proces. Ostatnie przygody z grami miałem tak nieudane, że już rozważałem nawet pozbycie się konsoli zakładając, że pewien etap w moim życiu się skończył. „Wyrosłem” to nieadekwatne słowo, ponieważ gry to nie jest zabawa dla dzieci. Ale na pewno byłem przekonany, że się wypaliłem.

Fallout 4? Nie dałem rady, po kilku godzinach i dotarciu do pierwszego dużego miasta podziękowałem, bo gdybym lubił strzelanki, to pewnie kupiłbym raczej nowego Dooma. Chwalony powszechnie Shadow of Mordor? Nie porwał mnie, choć konstrukcyjnie urzekł mnie system rozwoju naszych przeciwników. Pad jeden jest mi świadkiem, jak strasznie męczyłem się z najnowszym Deus Ex. I tak jeszcze wkładałem do napędu kilka tytułów, równie szybko je z niego wyrzucając, aż pojawiła się Lara.

No nie pomyślałbym, że kiedykolwiek zbawcą mojego gamingowego „ja” będzie seria Tomb Raider.

Pierwsze trzy, archaiczne części, budziły we mnie niezdrową wręcz odrazę, no bo ile można spadać w przepaść i to bardzo często z powodu słabej pracy kamery. Czwarta część była w porządku, jednak Egipt to Egipt, ale potem znowu bez rewelacji. Aż w 2013 roku wyszedł zresetowany Tomb Raider, którego miałem przyjemność recenzować na Spider’s Web (mocne 9/10).

Wspaniała to była gra, ale prawdę powiedziawszy uznałem ją za jednorazowy strzał, jednorazową przygodę, gdy akurat miałem zapotrzebowanie na coś bardziej ożywczego, niż kolejny sandbox ze wspinaniem się na drzewa. I do kontynuacji podszedłem z pewną ostrożnością, na długo po premierze. Jakże niepotrzebne było to odwlekanie – Rise of the Tomb Raider jest równie wspaniały, co jego poprzedniczka.

I znowu to było to. Przy grze zarwałem pół majówki (śnieg za oknem bardzo mi w tym pomógł) i do tej pory oczyszczam jeszcze mapę z różnych znajdziek i atrakcji – elementów, które w takim Assassin’s Creed były przeze mnie znienawidzone. I znów, po długiej przerwie, fantastycznie bawię się przy grze.

Cóż. Nadal jestem graczem. Nadal jaram się tym strasznie. To po prostu gry w ostatnich latach zrobiły się strasznie mizerne. Ale to już materiał na osobną dyskusję.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement