O tym jak twórcy – internetowi i tradycyjni – coraz częściej stają się zaszczuci przez swoich odbiorców

Artykuł/Media 06.04.2017
O tym jak twórcy – internetowi i tradycyjni – coraz częściej stają się zaszczuci przez swoich odbiorców

Przeczytałem wczoraj wywiad z Pezetem, ale był on naprawdę słaby. I wcale nie mam tu na myśli pytań. Pezet jest modelowym przykładem twórcy, który został zaszczuty przez swoich odbiorców. 

Poddaństwo. To jest to, o czym mówię od dawna, ale dopiero dziś jakoś tak wena wezbrała, żeby wyrazić to w formie wpisu.

Twórcy, na przykład internetowi, są zakładnikami swoich odbiorców. Zamiast robić dobre treści, niektórzy z nich przez większość czasu skupiają się na tłumaczeniu, że nie jest tak, jak ktoś o nich powiedział, mógłby powiedzieć, a co gorsza – mógłby pomyśleć.  Albo wręcz z góry wiedzą, że ich docelowy odbiorca jest kretynem i zamiast forsować twórczo-odważne tezy, skupiają się na tym jak zostaną odebrani publikując zupełnie nie odkrywcze półśrodki.

Jest taki facet na polskim YouTubie, ma pseudonim Ator, kanał nazywa się „wideoprezentacje”, a cykl, do którego będę nawiązywał brzmi komentAtor. Każdy odcinek trwa mniej więcej godzinę, przy czym na tę godzinę składa się maksymalnie 5 minut sensownej treści oraz 55 minut didaskaliów, żeby przypadkiem ktoś go źle nie zrozumiał albo nie poczuł się urażony.

No koszmarnie się to ogląda. I ja nie wiem czy facet ma taki biznesplan, bo przez godzinę wyświetla się więcej reklam czy też po prostu jest już brutalnie doświadczony przez życie, przez widownię w internecie i te masowo pojawiające się, za to szczerze idiotyczne, komentarze go takim stworzyły.

Niestety, ten drugi scenariusz jest dość prawdopodobny, bo szukanie rozgrzeszenia, usprawiedliwienia, przepraszanie za życie, wygłaszanie wyrazów szacunku dla wszelkich innych poglądów istniejących lub mogących zaistnieć w przyszłości to na YouTubie czy blogach zjawisko powszechne.

Mój ulubieniec, piszę to bez ironii, Dakann. Zniewolony własnym wizerunkiem obrazoburcy, a takim najtrudniej jest zarabiać w sieci, co zresztą zawiedziony chyba nawet od czasu do czasu sam przyznaje. Reklamodawcy nie bardzo chcą masowo uderzać do kogoś tak kontrowersyjnego, on też ma problem z wyjaśnieniem swojej widowni dlaczego człowiek kpiący z konwenansów musi od czasu do czasu zareklamować oranżadę Hellena. Dakann wbrew pozorom sporo miejsca poświęca na „tłumaczenie świata”, swoich motywacji i kolejnych formatów internetowej kariery. W swój obrazoburczy sposób, ale ma potrzebę okiełznania tej swojej widowni i usprawiedliwienia się przed nią.

A przecież Pezet to kilka lig wyżej, zupełnie inna forma sztuki. Nie tylko twórca, ale muzyk, artysta. Uwielbiam prawie każdą jego płytę, wliczając w to Radio Pezet. Nie każdemu się podobało, że wstał z ursynowskiej ławeczki przenosząc akcję dramatu w mury warszawskich korporacji. Momentami można było odnieść wrażenie, że niektórzy fani siłą próbowali znów zaciągnąć go pod klatkę.

Muzyk niestety sprawia dziś wrażenie bardziej zaszczutego, niż jest w rzeczywistości, zrobił mu się z tego poważny problem mentalny.

Nie tworzy od dłuższego czasu, jego wywiady są niezjadliwe. Jest osobą, która na pewno ma wiele ciekawego do powiedzenia – wnioskuję to z tekstów jego piosenek – a jednak każda jego rozmowa, którą przeczytałem/wysłuchałem w ostatnich latach to wyłącznie tłumaczenie się i korespondencja z jakimś niewidzialnym, w ogóle nieobecnym w dialogu krytykiem.

„Daj pan spokój, Pezet spaprał rap w tym roku. (…) Jeśli ktoś coś spieprzył to na bank był tamten drugi człowiek” – ta potrzeba znajduje swoją emanację nawet na nielicznych singlach i występach gościnnych.

Jako fan bardzo nad tym ubolewam, choć oczywiście rozumiem, bo przecież sam jestem twórcą. Na mikroskalę w ramach swojego niewielkiego kącika w Spider’s Web, ale muszę mierzyć się z tymi samymi zjawiskami. Każdego dnia stoję przed dylematem czy pisać o tym, o czym chcę (i tak, jak chcę) czy też w ugrzecznionej formie minimalizować ryzyko wystąpienia krytycznych lub po prostu idiotycznych komentarzy na skutek nieporozumień i forsowania dla kogoś może zbyt odważnych tez. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, bo taką pisaninę uważam za kompletnie bezwartościową.

Paradoksalnie ratunkiem dla twórcy są dwie cechy charakteru – albo bycie kompletnym głupkiem, który żyje w enklawie samozadowolenia, albo bycie w sobie dostatecznie mocno zadufanym.

Nie dziwi zatem, że większość aktorów, piosenkarzy, sportowców czy nawet blogerów to osoby o skłonnościach narcystycznych. Spójrzcie na takiego choćby Tedego, przeciwieństwo Pezeta, który ma wprawdzie i aroganckie podejście do „krytyki”, ale dzięki temu tworzy, ma się świetnie, a jego fani zachwycają się kolejnymi płytami.

No bo jednak, kiedy ktoś przyszedł cię krytykować, to już zrobiłeś coś, co zwróciło jego uwagę. Będą rzucać wyświechtanymi frazesami o szacunku do fanów, powiedzą jak rapować, skąd brać bity, gdzie ubierać się do teledysków, a na końcu i tak cię porzucą bo znudzi im się, że nie jesteś tym Pezetem, którego poznali, a na dodatek w ogóle się nie rozwijasz. Pamiętaj twórco, to ty jesteś dla swoich odbiorców, a nie oni dla ciebie.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement