Zagrałem w Horizon Zero Dawn i zrozumiałem, że jestem stetryczałem graczem. Mówię: DOŚĆ!

Felieton/Gry 20.02.2017
Zagrałem w Horizon Zero Dawn i zrozumiałem, że jestem stetryczałem graczem. Mówię: DOŚĆ!

Horizon Zero Dawn była jedną z tych gier AAA, przy których przedpremierowy hype mnie ominął. Mechaniczne dinozaury nie wydały mi się pociągającym konceptem i omijałem większość materiałów promocyjnych. Odmieniło się to przed samą premierą, gdy pierwszy raz wziąłem pada do ręki i zacząłem samodzielnie polować na te mechaniczne maszkary.

Nowa gra na wyłączność na konsolę PlayStation 4 od studia Guerilla Games nie kupiła mnie po pierwszej zapowiedzi. Nie byłem nigdy fanem Killzone, nie pokochałem od pierwszego wejrzenia bohaterki. Postapokaliptyczny świat pełen maszyn udających żywe istoty nie przemówił do mnie w ogóle.

Zniechęcił mnie bodaj pierwszy trailer pokazujący przede wszystkim dynamiczne walki z dziwnymi maszynami.

Czasem taki jeden zwiastun wystarczy, by ostudzić zapał przed premierą gry. Po materiale promocyjnym spodziewałem się trójwymiarowego hack’n’slacka ze szczątkową fabułą i nie przywiązywałem większej wagi do tego tytułu. To się zmieniło, gdy koledzy z redakcji wybrali się by ogrywać wczesny kod Horizon Zero Dawn aż do Amsterdamu.

Jak tylko wrócili, to rozpływali się w zachwytach nad Horizon Zero Dawn tak bardzo, że postanowiłem się tą grą nieco bardziej zainteresować. Okazało się, że późniejsze zapowiedzi, które skrzętnie omijałem przez ostatnie miesiące, stawiały znacznie większy nacisk na historię przedstawionego świata, ale wymarła ziemia i quasi-indiańskie plemiona mnie ciągle nie kupiły.

Nadal podchodziłem do tej gry sceptycznie i niewiele brakowało, a bym ją ominął.

Mając okazję przetestować grę przed premierą skorzystałem z niej i… przyjemnie się zaskoczyłem. Na prezentacji mogłem nie tylko zamienić kilka słów z lead quest designerem (David Ford z Guerilla Games), ale też samemu postrzelać z prawdziwego łuku i wreszcie zasiąść przed konsolą na której uruchomiona była finalna kopia gry.

horizon-zero-dawn-3

Po powrocie do domu od razu wrzuciłem płytkę do napędu i wsiąknąłem w świat w Horizon Zero Dawn. Co prawda jeszcze dużo czasu minie, zanim dotrę do napisów końcowych, ale dawno gra nie zachęcała mnie tak bardzo do eksploracji otwartego świata. Całkiem zgrabnie podsumował Horizon Zero Dawn w swojej recenzji Szymon Radzewicz.

To gra, która umiejętnie łączy elementy mechaniki z innych hitów ostatnich lat.

Grafika cieszy oko, a sterowanie jest intuicyjne. Mam tylko nadzieję, że nie stanie się wtórne wraz ze zbliżaniem się do zakończenia. Mechanika walki na zwiastunach wydawała się skomplikowana, ale bynajmniej nie jest to kolejne wydanie Dark Souls karzące gracza za każdy najmniejszy błąd. Nie jest to też typowy cRPG, bo nie wymaga studiowania tabelek i setek parametrów.

Po kilku sesjach z grą wiem jednak, że to nie będzie drugi Wiedźmin. To nie jest rasowy cRPG nastawiony na odgrywanie ról, a bliżej mu do typowej gry open-world. Wątek główny mnie zainteresował za sprawą pięknie przygotowanego intro, ale już pierwsze i dość generyczne zadania poboczne zdradzają, że w grze nie będzie takiej głębi, jaką zaserwował nam Wiedźmin.

Horizon Zero Dawn do minionego piątku było dla mnie tajemnicą na moje własne życzenie. Czy będzie tej grze bliżej do Mass Effect czy Bloodborne? To bardziej Deus Ex czy Far Cry Primal? Okazało się, że to mieszanina czerpiąca inspirację z bardzo wielu różnych tytułów, z których większość to kolejne części moich ulubionych serii.

Teraz już wiem, że to nie RPG stawiający gracza w centrum wydarzeń dający wolna wolę. David Ford podczas sesji Q&A na przedpremierowym spotkaniu wyjaśnił, że Horizon Zero Dawn prowadzi do jednego zakończenia. Wybory podejmowane podczas rozgrywki mają być raczej kosmetyczne, aniżeli wpływające na jej przebieg.

Dobrze, że dowiedziałem się o tym przed rozpoczęciem rozgrywki, żeby uniknąć rozczarowań. Gry z wielowątkową fabułą dopasowującą się do wyborów gracza lubię zresztą równie bardzo, co typowe liniowe historie przypominając strzelaniny na szynach. Daleki jeszcze jestem od ferowania wyroków, ale dzieło Guerilla Games zrobiło świetne pierwsze wrażenie.

horizon zero dawn

Horizon Zero Dawn sprawiło jednak, że naszła mnie nieco melancholijna refleksja – „najlepsze piosenki to te, które znamy”.

Zorientowałem się, że… zdziadziałem. Do Horizon Zero Dawn sam się poniekąd zniechęcałem, szukając na siłę powodu by w to nie zagrać, bo nie ciągnie mnie ostatnio do nowości i eksperymentów. Jak pies do jeża podchodzę do wszelkich nowych IP, skoro już tyle czasu zainwestowałem w inne, znane marki.

Czy to nowy film od nieznanego mi wcześniej reżysera, czy to książka debiutującego autora, czy to zupełnie nowy serial w ramówce, czy też właśnie gra wideo osadzona w zupełnie nowym uniwersum nie będąca adaptacją innego medium – rzadko kiedy chce mi się angażować w coś nowego.

Jednocześnie cierpiąc na chroniczny brak czasu masowo pochłaniam, chyba z rozpędu, wszelkie kontynuacja, prequele, spin-offy, remake’i i rebooty.

Przeglądając listę gier, które ukończyłem w poprzednim roku, z nowych IP rzuca mi się w oczy tylko Quantum Break (od studia, które znam) i indyki takie jak Firewatch, Superhot i Alice VR. Gdzie się podziały inne nowości? Czy naprawdę nie pojawiło się nic godnego uwagi, czy też może sam podświadomie ominąłem fajne gry?

Niewiele lepiej pod względem nowości wygląda lista gier, w które chcę zagrać w tym roku. Mass Effect: Andromedia, Red Dead Redemption, Injustice 2 to wszystko kontynuacje. Detroid: Become Human i zapowiedziany na bodaj kolejny rok Vampyr to z kolei gry od twórców, których bardzo cenię.

Dotyczy to zresztą też innych gałęzi popkultury. W zeszłym roku krążył po sieci nawet popularny mem z podpisem „Blink 182 nagrywa nową płytę, w kinach Gwiezdne wojny, Clinton startuje w wyborach, a Pokemony znów są cool. Który my mamy rok?!”. Wygląda na to, że żyjemy w kulturze remiksu i gry też to dotyka.

Zastanawiam się, czy to wina moja, czy branży.

Gry wideo, które wzbudzają najwięcej szumu w mediach społecznościowych, to właśnie kolejne odsłony znanych serii – nie mówiąc już o remasterach. Czasem trudno sobie odmówić kolejnej części, skoro łyknęło się w ubiegłych latach wszystkie poprzednie. A skoro ich jest tak dużo, to po co brać jeszcze coś nowego?

Gdy myślę o grach AAA osadzonych w zupełnie nowym uniwersum, z zasady robię się sceptyczny. Czy ten kolejny świat będzie warty tego, żebym zainwestował w niego swój czas? Czy to nie będzie tylko wydmuszka, przy której spędzę godziny, które mógłbym poświęcić na coś co już znam i lubię?

Na szczęście w przypadku Horizon Zero Dawn się przełamałem i okazało się to świetną decyzją. Sporo dała tej grze data premiery, bo początek roku nie obfitował w wiele głośnych nowości. Sam mając nieco więcej oddechu dałem tej grze szansę i nie żałuje.

Bylem tylko nie zapeszył, bo jak wspominałem, do ukończenia kampanii zostało mi jeszcze sporo czasu – na szczęście, bo nie chcę popełnić tutaj powtórki z Wiedźmina, którego kończyłem na wyścigi przed premierą.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement