Wiecie czym jest postprawda? 2017 będzie jej rokiem

Felieton/Media 02.01.2017
Wiecie czym jest postprawda? 2017 będzie jej rokiem

Wiecie czym jest postprawda? Powinniście. To hasło zawojowało poprzedni rok i zostało wybrane przez kolegium Słownika Oksfordzkiego słowem roku. Nie ulega wątpliwości, że 2017 rok będzie właśnie rokiem postprawdy. I nie jest to dobra wiadomość.

Warto się z postprawdą i jej definicją oswoić. Jej kariera nie zakończy się na wyróżnieniu przyznanym w ostatnich miesiącach roku przez leksykografów z Wysp Brytyjskich. Możecie być pewni, że wcześniej czy później doświadczycie postprawdy w praktyce.

Cóż to jest postprawda?

Słynne pytanie Poncjusza Piłata o prawdę można dziś bardzo łatwo sparafrazować i zapytać, jak w śródtytule: cóż to jest postprawda? Czytaliście “Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa? Rosyjski pisarz rozszerzył w swojej historii o Piłacie znaną ewangeliczną scenę. “Czemuś, włóczęgo, wzburzał umysły ludu na targowisku opowieściami o prawdzie, o której ty sam nie masz pojęcia? Cóż więc jest prawdą?” – pyta Piłat z Pontu Jeszuę Ha-Nocri. W tym pytaniu kryje się poniekąd definicja zjawiska, które według leksykografów było najważniejszym słowem 2016 roku.

Czym jest zatem postprawda? Wzburzaniem umysłów, ale przede wszystkim podsycaniem emocji. Według definicji oksfordzkiej z postprawdą mamy do czynienia wówczas, gdy “obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej, niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”.

A teraz przyjrzyjcie się polityce czy biznesowi. Spójrzcie na Internet, jako źródło wiedzy o świecie. Przypomnijcie sobie, jak często w minionym roku mówiono o fałszywych informacjach, dezinformacji. Zwróćcie uwagę, jak łatwo zdobywały poklask podczas kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych czy referendalnej w Wielkiej Brytanii.

Postprawda jest jak choroba zakaźna rozprzestrzeniająca się drogą kropelkową.

Dziś fakty się nie liczą. Trudno jednoznacznie wskazać winnego tego stanu rzeczy. Odpowiadają za to pospołu media i politycy. Można śmiało założyć, że są co najmniej dwa rodzaje postprawdy. Ta w wersji soft kojarzy się z oczkiem puszczonym w reklamie. Pamiętacie reklamy piwa bezalkoholowego z lat 90., w których aktorzy właśnie to robili? “Nie możemy wam podsunąć właściwego produktu wprost, bo zabrania nam tego prawo, ale jak się dobrze zastanowicie, z łatwością domyślicie się po co sięgnąć” – zdawały się mówić reklamy. “Mariola o… kocim spojrzeniu” to inny przykład tego samego zjawiska.

Postprawda w wersji hard to po prostu kłamstwo sprzedawane jako prawda objawiona, po to, by zwrócić uwagę odbiorców na – a jakże – “prawdziwe” intencje przeciwnika. To ona często przeradza się w teorie spiskowe.

Zjawisko to nie jest nowe. Wystarczy przypomnieć sobie wszelkie “fakty” podawane z wypiekami na twarzy po 11 września 2001 r. Zawrotną karierę robiły wówczas analizy reakcji prezydenta George’a W. Busha, który przez natchnionych fantastów był uznawany za prawdziwego sprawcę zamachów na World Trade Center i Pentagon. Dlaczego? Bo 11 września miał być dla niego casus belli. Globalne koła zataczały historie o Żydach, którzy mieli nie przyjść do pracy w dniu zamachu. W sieci można znaleźć całe tony tego typu historii.

W dobie ekspansji Internetu takie treści zyskują jeszcze większą liczbę odbiorców. Dzięki serwisom społecznościowym mogą rozprzestrzeniać się viralowo, czy też ujmując rzecz po polsku, „wirusowo”. To dlatego wiele osób wierzy, że założycielem Państwa Islamskiego jest Barack Obama. Człowiek z rzekomo fałszywą metryką. To Internet jest dziś drogą zakażenia wielu umysłów i serc.

Spiskowe teorie to jedno. Być może ważniejsze jest granie na emocjach odbiorców. To ono definicyjnie zawiera się w tym, co w Słowniku Oxfordzkim nazywane jest postprawdą. Można powiedzieć, że prymitywny populizm jest jedną z jej form. Wybory w Stanach Zjednoczonych, referendum w sprawie Brexitu – to tylko dwa ostatnie i ważniejsze przykłady tego, w jaki sposób postprawda staje się zagrożeniem. To dlatego Angela Merkel mówiła o tym zjawisku w Bundestagu. Możecie jej nie lubić, ale w jednym ma rację – nieprawdziwe informacje, rozprzestrzeniające się w błyskawicznym tempie, będą miały wpływ na coraz większą część społeczeństwa.

Ok, powiecie, ale przecież media robią to od lat.

Nie ma chyba grupy zawodowej, która straciłaby więcej szacunku w ostatnich kilku dekadach niż dziennikarze. Rzeczywiście wielu powinno uwiesić sobie kamień młyński u szyi. Jest jednak jedno „ale”. Brak obiektywizmu, zdradzanie własnych sympatii politycznych to jedno. Kłamstwo ogłaszane jako prawda, to coś zupełnie innego. Nie, nie zamierzam bronić kolegów z branży, ale widzę różnicę i wam też radzę ją dostrzec.

Znakomitym przykładem na to, jakie są efekty postprawdy jest dla mnie dyskusja na temat globalnego ocieplenia. Ostatnio pisał na jego temat Hubert Taler. Mój wzrok przyciągnęły zwłaszcza komentarze pod tekstem, w których jeden z czytelników określił fakty przywołane przez autora mianem „lewackich bzdur”. Jeszcze barwniejsza była dyskusja na Facebooku, w której komentator napisał, że mógłby porównać Huberta do Hitlera. Przeczytajcie zresztą sami. To bardzo pouczający przykład tego, do czego postprawda prowadzi i zarazem dobra puenta. Zanim zaopatrzycie się w popcorn, przeczytajcie jeszcze raz podaną wyżej definicję postprawdy w myśl której “obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej, niż odwołania do emocji i osobistych przekonań”.

Post-prawda

*Słownik Oksfordzki wymienia hasło „post-truth”. W tekście zdecydowałem się na zapis zgodny z zasadami języka polskiego, w którym przedrostek post z rzeczownikami pospolitymi piszemy łącznie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement