Trump wygra te wybory dzięki amerykańskim mediom i Claire Underwood

Artykuł/Media 08.11.2016
Trump wygra te wybory dzięki amerykańskim mediom i Claire Underwood

No dobrze, nie dam sobie uciąć głowy, że Donald Trump zostanie 45. Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie jestem Amerykaninem, nie żyję tam, za słabo czuję społecznego ducha. 

Nie dam sobie uciąć głowy, ponieważ całą sprawę dodatkowo komplikuje system głosów elektorskich, a brak ciszy wyborczej może sprawić, że kampania będzie toczyła się jeszcze przez cały dzień i być może przyniesie coś naprawdę zmieniającego obraz tamtejszej sceny politycznej. Bardzo prawdopodobny jest scenariusz z 2000 roku, że Trump dostanie więcej głosów w skali kraju, ale prezydentem jednak zostanie Hillary Clinton.

Ale gdybym miał typować, to jednak Trump ma bardzo duże szanse na objęcie urzędu.

W mojej ocenie jest niedoszacowany jeszcze bardziej, niż Brexit. Ta część społeczeństwa Amerykańskiego, którą miałem okazję poznać, szczególnie żyjąca poza Nowym Jorkiem i Los Angeles, które są swoistymi państwami w państwie, nigdy wam o tym wprost nie powie, ale ma troszkę dość. Naprawdę ma dość, na przykład tej wiążącej ręce poprawności politycznej, która już dawno zredukowała się do absurdu, w wyniku której biały pracodawca praktycznie traci możliwość kontroli nad czarnoskórym pracownikiem, by momentalnie nie zostać okrzykniętym rasistą. A to nawet nie jest problem uwzględniany w kampanii.

Trump jest niedoszacowany, a wynika to z tego, że amerykańskie media próbują w większości wmówić opinii społecznej, że popierają go wyłącznie amerykańscy farmerzy i to tylko z gatunku takich, którzy czują seksualny pociąg do własnej siostry.

Natomiast jeden z moich redakcyjnych kolegów, w mojej ocenie nietrafnie, porównał to też do historii Andrzeja Dudy.

Według mnie Andrzej Duda nie był niedoszacowany, kiedy media pisały o tym, że ma 9% poparcia, to naprawdę mógł mieć takie poparcie. Po prostu PiS wykonał fantastyczną pracę w kampanii, która zaowocowała efektem kuli śnieżnej.

W Ameryce jest inaczej.

Nagonka na Donalda Trumpa, choć generalnie w Stanach Zjednoczonych nie ma aż takiej kontestacji mediów jak w Polsce i naiwnych złudzeń co do ich „obiektywizmu”, przeprowadzana przez liberalne dzienniki i stacje telewizyjne sprawiła, że w pewnym momencie chyba nawet zaczęli mu pomagać. Nawet gdyby Donald Trump po alkoholu potrącił zakonnicę będącą w ciąży na przejściu dla pieszych, to podniesiony do absurdu margines atakowania kandydata Republikanów prawdopodobnie nie byłby w stanie wywrzeć już medialnego efektu na społeczeństwie.

A wszystko za sprawą spirali nienawiści i często bardzo niesprawiedliwej nagonki, która zresztą udzieliła się też Jolancie Pieńkowskiej mówiącej o „sekstaśmie Trumpa”. Tak, tak się mówi w CNN i pokrewnych stacjach o Donaldzie Trumpie: jeśli zatrudniał kogoś poniżej średniej krajowej, to budował obozy na kształt tych z Auschwitz, jeśli spojrzał ukradkiem na jakąś niewiastę, to jest maniakalnym dewiantem seksualnym, a jeśli miał problemy żołądkowe, to media skłonne mu są przypisać odpowiedzialność za dziurę ozonową.

Na drugim biegunie jest Hillary Clinton, która jeżeli udowodniła coś przez lata swojej samodzielnej kariery politycznej, to tylko to, że kompletnie nie nadaje się do bycia prezydentem.

Lecz przy tym jamniku można jej wybaczyć. Claire Underwood, która zresztą jest w dużej mierze oparta na postaci Hillary Clinton, też nie pomaga sprawie kandydatki Demokratów. Szybko okazuje się, że po odjęciu prezencji Robin Wright i jej fantastycznej garderoby, Claire była tak naprawdę bardzo parszywą postacią. No dobrze, ale nie sądzę żeby Amerykanie w swoich analizach uciekali aż do netflixowskiej fikcji.

Uciekną natomiast od spojrzeń członków swoich rodzin, gdy znajdą się przy urnach wyborczych. Nie tylko w tajemnicy przed amerykańskimi sondażowniami, ale często nawet chowając się przed własną żoną.

Niektóre media w Polsce bardziej lubią Platformę Obywatelską, a niektóre są wręcz wydawane przez PiS, ale nawet przy patologiach lansowanych przez Jacka Kurskiego w Telewizji Rzekomo Publicznej wciąż jednak spotykamy się ze zjawiskiem ścierania dwóch pomysłów (niektórych bardzo głupich) na Polskę, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych już dawno powstał medialny patronat nad przemilczeniem problemów, które są, i głośne debatowanie nad problemami, których nie ma.

Kiedy półtora roku temu naród Rzeczypospolitej dał mi do wyboru wyłącznie Andrzeja Dudę i Bronisława Komorowskiego, załamywałem ręce w rozpaczy nad kompromistami wynikającymi z demokracji czując się obrażony jako Polak.

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych leczy mnie z tych kompleksów, choć patrząc na wybór jakiego będą musieli dokonać Amerykanie, czuję się obrażony jako przedstawiciel ludzkości.

Nie ma natomiast do końca racji bardzo szanowana przeze mnie Anne Applebaum, przynajmniej nie całkiem, pisząc, że aktualna sytuacja w Polsce to wersja demonstracyjna Ameryki Donalda Trumpa. Ten rubaszny klaun, który prawdopodobnie zostanie 45. Prezydentem Stanów Zjednoczonych, pokonując wybitnie słabą kontrkandydatkę, zatrudnił w swoim życiu setki tysięcy osób i zbudował budynki będące w stanie zapełnić średniej wielkości miasto, podczas gdy lider naszego kraju jeszcze do niedawna nie posługiwał się nawet kontem bankowym.

I ja uważam, że to są absolutnie wyśmienite referencje do zarządzania krajem. Ale jeśli się mylę, to mam nadzieję, że ten eksperyment przeżyjemy – jako Polacy i jako ludzie.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement