Książki Beaty Pawlikowskiej, czyli antynaukowość wkracza na salony

Felieton/Nauka 22.10.2016
Książki Beaty Pawlikowskiej, czyli antynaukowość wkracza na salony

Beata Pawlikowska to postać bardzo barwna. To nie tylko podróżniczka i autorka książek do nauki języków. Pisarkę przedstawia się jako autorytet znający się dosłownie na wszystkim. Od genetyki, poprzez żywienie aż po poskramianie podświadomości – żadne z tych zagadnień nie jest dla niej zbyt dużym wyzwaniem.

W jaki sposób zdobyła tak ogromną wiedzę? Jedynie z własnego doświadczenia. Zawsze podkreśla, że wszystkie opisywane w jej książkach metody na zdrowe życie wypróbowała na sobie. Nosi to niestety znamiona czegoś, co nazywa się dowodem anegdotycznym.

Często pisze też, że przede wszystkim musiała odrzucić wszystko, co ludzkość dotąd zgromadziła w postaci dorobku naukowego. Jak podkreślała to w książkach i na swoim bardzo popularnym blogu prowadzonym na Facebooku – naukowiec to człowiek przegrany, złamany, a nauka to nic innego jak jedynie wiara w dogmaty. Prawdziwą wiedzę człowiek może zdobyć jedynie czerpiąc… no właśnie? Skąd? We fragmencie książki „W dżungli zdrowia” autorka pisze:

Kiedyś wierzyłam naukowcom, teraz sama sprawdzam fakty.

Swoją drogą, zastanawiające. Gdzie sprawdza fakty, skoro nie wierzy naukowcom? Mam nadzieję że nie sięga po „alternatywne” źródła informacji, które często publikują bzdury. Pisarka czasami zresztą na naukę się powołuje – na przykład pisząc o podświadomości lub żywieniu – pisze „to fakt stwierdzony naukowo”.

Od kilku już lat Beata Pawlikowska sugerowała swoim czytelnikom, że zna tajniki leczenia depresji.

Wspominała o niej w wywiadach, mówiąc, że przede wszystkim trzeba pozwolić sobie być szczęśliwym. Nie wiem, jakie miała objawy (oprócz złego nastroju – jak podkreśla – często płakała) i nie wiem czy była zdiagnozowana.

Cierpiąc na depresję, warto udać się do lekarza
Cierpiąc na depresję, warto udać się do lekarza.

Objawy depresyjne to nie jedna, jednolita jednostka chorobowa. Gdy nie jest leczona, prowadzi często do śmierci, a igranie z jej leczeniem, lub proponowanie niesprawdzonych, chałupniczych terapii byłoby kupczeniem ludzkim życiem. Stąd mam nadzieję, że czytelnicy Pani Beaty nie potraktują jej książki jako zachętę do niechodzenia do lekarza – przecież nikt nie chciałby mieć na sumieniu ludzkiego życia, tak jak ci, którzy namawiają do leczenie raka ziołami lub dietą.

Ponad 2,5 roku temu na łamach Kobiety Pawlikowska tak odpisywała czytelniczce, zmagającej się z depresją:

Ćwicz pozytywne myślenie. Trenuj dostrzeganie dobrych stron. Wyprowadzaj się na spacer i powtarzaj do siebie w myślach: „Kocham siebie”. Uśmiechnij się do swojego odbicia w lustrze. Powiedz do siebie coś dobrego. Pochwal za postępy w oswajaniu podświadomości. Bądź dla siebie dobra. Dbaj o siebie. To najlepsza droga do zdrowia.

Jak widać, sugeruje to, że niepotrzebna jest terapia i środki farmakologiczne. Nie wiadomo, czy czytelniczka istniała w rzeczywistości, czy też była figurą retoryczną w felietonie Pawlikowskiej. Jeśli istniała, ciekawe, czy posłuchała tej rady i… wyleczyła się w ten sposób?

Gdyby do mnie ktoś zwrócił się o taką poradę, odesłałbym go przede wszystkim do lekarza. Pawlikowska jednak tak nie zrobiła, bo według Pawlikowskiej przyczyną wszystkich chorób jest podświadomość.

Poskromienie własnej podświadomości to temat wielu z jej książek. Oprócz depresji, można w ten sposób zwalczyć również anoreksję, bulimię, wszelkiego rodzaju uzależnienia i co najmniej zapobiec chorobom nowotworowym.

Wiara w to, że większość chorób ma podłoże psychiczne nie jest czymś nowym – wierzą w to m.in. scjentolodzy, jak również oparta na chrześcijaństwie amerykańska sekta Christian Science (chrześcijaństwo naukowe). Rozumiem również atrakcyjność takiej wizji świata – pozwala poczuć się potężnie, bo przecież to MY decydujemy w praktyce o wszystkim, co nas spotyka.

Vani Hari - popularna w Ameryce "Food Babe"
Vani Hari – popularna w Ameryce „Food Babe”

Według książek i artykułów Pawlikowskiej inną przyczyną schorzeń jest również „jedzenie chemii” i „branie tabletek”, które powodują, że organizm nie może „naprawić swojego DNA”. To wszystko są oryginalne i autentyczne zwroty spotykane w piśmiennictwie pani Beaty.

Jedzenie jedynie „prostych potraw”, które mają składniki „łatwe do wymówienia” sprawia, że w moich oczach pani Beata to polski odpowiednik amerykańskiej „Food Babe”, czyli Vani Hari. Pani Hari stara się propagować zdrowy tryb życia, ale cały czas rzuca bon motami z których wynika że brakuje jej wiedzy naukowej – np. jest oburzona, że powietrze w samolotach składa się w 70% z azotu.

Antynaukowość i antyintelektualizm Pawlikowskiej trafia na podatny grunt, co mnie niezmiennie smuci.

Naukowiec dla niej to ktoś, kto stoi po stronie zła, a wiedzę czerpie z nieprawidłowych źródeł – z doświadczeń i obliczeń, a nie z medytacji nad ziarnami fasoli. Przeogromny wpływ takiego podejścia widzę na co dzień – również w komentarzach pod moimi artykułami i pod innymi tekstami o nauce.

Pawlikowska pisze na swoim profilu Facebookowym:

W naszej cywilizacji istnieje kult naukowców. […] Tej samej cywilizacji, która podsuwa ci taniego hamburgera zrobionego ze świńskich skórek, kurzych łap i zmielonych chrząstek pełnych ciężkiego tłuszczu, który odkłada się w twoim organizmie.

Poznajecie ten oklepany sofizmat? Tak, to tzw. zatruwanie studni, czyli rozumowanie na zasadzie „winny, bo stał obok”. Po przeczytaniu tylko jednej – ostatniej – książki Pani Beaty (którą kupiłem za własne pieniądze), i bardzo dużej liczby wypowiedzi na jej profilu widzę, że tego typu sofizmaty i logiczne manipulacje ma ona w małym palcu.

Beata Pawlikowska i jej książki to przykład antynaukowości na salonach.
Slawomir Chomik / Shutterstock.com

Skąd bierze się takie podejście? Antynaukowość, tak dziś modna, zarówno po lewej jak i prawej stronie politycznych sympatii, odrzuca zarówno metodę naukową badania świata jak i naukowe próby jego opisu. Wzięła się prawdopodobnie z rozczarowania tak zwanym naukowym redukcjonizmem. Człowiek, czując się zredukowany do fizycznego bytu, ma wrażenie, że coś w ten sposób traci: własną duszę lub duchowość. W historii świata nie brak wybitnych postaci, które odrzucały metody naukowe. Dość przypomnieć na przykład ruch romantyczny, z Williamem Blake’em piszącym paszkwile na Newtona i z naszym Adamem Mickiewiczem piszącym:

Czucie i wiara silniej mówi do mnie, niż mędrca szkiełko i oko.

Nurt ten widoczny jest też w filmach i literaturze. W słynnym filmie dla dzieci ET, w reżyserii Stevena Spielberga, główny bohater nawiązuje mistyczny kontakt z przybyszem z kosmosu, a symbolem okrucieństwa nauki jest uratowana przez niego spod skalpela żaba. Czucie wygrywa tu ze szkiełkiem – mikroskopu.

Wróćmy jednak do głównego zagadnienia ostatniej książki Pawlikowskiej, dotyczącego choroby uśmiercającej co roku spore grono Polaków.

Czy faktycznie uśmiechając się do siebie w lustrze i powtarzając sobie „kocham siebie” można wyzdrowieć po zachorowaniu na depresję?

Pisać wolno każdemu wszystko. Zwolennicy „terapii alternatywnych”, przeciwnicy „medycyny akademickiej”, antyszczepionkowcy i propagatorzy homeopatii często zadają mi pytanie: „cóż to szkodzi?”.

To fundamentalne pytanie, bo uświadomienie sobie szkodliwości wiary z głupstwa i bzdury w obliczu choroby i śmierci jest kluczowe. Istnieje strona o tym właśnie tytule: what’s the harm – czyli „cóż to szkodzi?” właśnie, zbierająca informacje o ofiarach pseudonauki i wiary w homeopatię, alternatywne terapie etc.

Gdy to czytam, włos mi się jeży na głowie, szczególnie, gdy rodzice decydują się na takie „leczenie” lub nieszczepienie dziecka, które potem umiera.

Pozostaje pytanie, jaka odpowiedzialność ciąży na pisarzu, który już zasłużył sobie na uznanie i autorytet u swoich czytelników.

Czytelników, którzy traktują go jako wyrocznię w wielu sprawach, i wierzą w jego wiedzę i doświadczenie. Gdy chodzi o naukę języków, podróże, czy nawet dietę – pal diabli. Jednak gdy zaczynamy propagować „modne bzdury”, szukając łatwego poklasku przy pomocy popularnych antynaukowych stwierdzeń, jest to chyba sprzeniewierzenie się powierzonemu nam zaufaniu.

smile-or-die

Książka Pawlikowskiej na szczęście (mimo że tak jest promowana) poradnikiem nie jest.

Trudno powiedzieć czym jest – chyba rodzajem autoterapii dla autorki i zapisem jej wychodzenia z choroby. Napisana typowym dla autorki stylem – czy może manierą – pełna jest mętnych alegorii i rozbudowanych porównań. Często, dla podkreślenia wagi lub nadania rytmu, każde zdanie pisane jest w osobnej linijce. Ale jej czytelnicy do takiego stylu przywykli, a zapewne go polubili.

To właśnie tam znajduje się cytowana często metafora depresji jako błędnych danych dla mózgu.

Czytelnikom lubiącym również Pawlikowską polecam nie skreślać nauki. To prawdopodobnie dzięki nauce żyjecie, dzięki niej nie umarliście na pierwszą lepszą infekcję w dzieciństwie, dzięki niej możecie wymieniać się filmami w Internecie i dzięki niej możecie ściągnąć sobie nowego ebooka pani Beaty.

Gdy wpadniecie w prawdziwe kłopoty ze zdrowiem – naprawdę dajcie też szansę nauce, nie tylko anegdotycznym dowodom i poradnikom.

Jeśli przeczytaliście już książkę Beaty Pawlikowskiej, ale chcielibyście dowiedzieć się więcej o źródłach koncepcji „pozytywnego myślenia” i jak napędza ona ogromny biznes na całym świecie, polecam przeczytać teraz – aby spojrzeć na zagadnienie z drugiej strony – książkę Smile or Die: How Positive Thinking Fooled America and the World Barbary Ehrenreich.

Niestety, mimo że inne książki Ehrenreich zostały wydane po polsku, ta jeszcze nie miała swojej polskiej edycji.

Psst! Spider’s Web jest na Facebooku – zajrzyj do nas i zobacz, co tam robimy.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement