17 lat temu dostałem swoją pierwszą komórkę – to był zupełnie inny świat

Artykuł 05.09.2016
17 lat temu dostałem swoją pierwszą komórkę – to był zupełnie inny świat

Jakoś tak we wrześniu 1999 roku właśnie dostałem swoją pierwszą komórkę, żeby być w stałym kontakcie z „bazą”. Przypomniał mi dziś o tym Przemysław Barankiewicz z Bankiera swoim pytaniem na Twitterze i od razu zebrało mi się na wspomnienia. 

Szczerze mówiąc nie aspirowałem w tamtym czasie do miana posiadacza własnego telefonu komórkowego. W 1999 roku to wciąż był atrybut faceta w garniturze, który grał na giełdzie. Albo przynajmniej przedsiębiorcy. Albo przynajmniej człowieka dorosłego. No i najwyraźniej sytuacja w firmie mojego taty ułożyła się w taki sposób, że nagle miał więcej telefonów niż głów, więc rodzice zdecydowali o przydzieleniu mi jednego z nich.

Sam – o ile dobrze pamiętam – nie byłem do końca przekonany czy to dobry pomysł. Z jednej strony byłem podekscytowany, że Snake będzie ze mną już wszędzie, ale z drugiej… telefon komórkowy w kieszeni dziecka? Taka odpowiedzialność? Jakoś tego nie czułem. Zauważcie też jak zabawnie się to pozmieniało. Dziś to bez telefonu przy sobie czuję się niepewnie i jak bez ręki, a kiedyś ciążyła mi jego obecność.

Snake, bo to była Nokia 5110, dość obfita zresztą kształtem nawet w 1999 roku, bo tata paradował już z 3210, a więc powiewem nowej generacji. Nie wiem jak to wyglądało w szkole, ale na pewno miałem telefon pierwszy w klasie. Przesadnie się z nim nie afiszowałem, z drugiej strony trudno jest ukryć fakt posiadania własnego telefonu komórkowego w podstawówce. W pewnym sensie zapewne przyspieszyłem nieco modę, bo do końca roku szkolnego dołączyło do mnie jeszcze kilkanaście osób, choć nadal trudno było mówić o zjawisku powszechnym.

Z perspektywy czasu jestem jednak zaskoczony z jaką dorosłością podchodziłem wtedy do kwestii telefonu komórkowego.

Wydaje mi się, że to było jednak narzędzie przede wszystkim kontaktu. Granie pod ławką w Snake’a czy SMS-owanie za plecami nauczyciela raczej nie wchodziło w rachubę, ani też nie budziło specjalnego entuzjazmu. Niewykluczone, że powagi temu mistycznemu urządzeniu dodawał ówczesny cennik Plus GSM z billingiem pieczołowicie pod koniec miesiąca wertowanym przez ojca. Jeżeli mnie pamięć nie myli, 60 groszy za SMS-a i nieco ponad 2 złote za każdą rozpoczętą minutę rozmowy, a nie było jeszcze naliczania sekundowego. Dodajmy, że średnia średnia krajowa na koniec 1998 roku – jak podaje ZUS – wynosiła 1200 złotych, podczas gdy na koniec minionego roku było to złotych 3900.

W obliczu dość drogich SMS-ów wykształciła się moda na coś takiego, co w moim otoczeniu nazywano „szczurami”. Czyli puszczanie komuś krótkich, maksymalnie jednosekundowych sygnałów, które w języku młodzieży miały znaczyć… No, akurat znaczenie szczurów było uniwersalne. Od „kocham i myślę o Tobie” po „wiem gdzie mieszkasz frajerze”. Komórki były w tamtym czasie jeszcze na tyle niepopularne, że wykształciła się osobna społeczność często nawet nie znających się osobiście dzieciaków, które dla zabawy puszczały sobie szczury i wymieniały od czasu do czasu SMS-a. No i był jeszcze ten Snake, jak ktoś się mocno nudził to pożyczał telefon i sobie grał. Bateria nie była problemem, bo trzymała tydzień. Ale to tyle z zabaw komórkowych. Jestem przekonany, że smartfon w życiu dzisiejszych dzieciaków odgrywa o wiele bardziej istotną rolę.

Już jakoś tak w okolicy 2000 roku telefony stopniowo zaczęły się upowszechniać, a fakt posiadania komórki na nikim nie robił większego wrażenia.

Oczywiście na mnie robił, wszak gadżeciarzem nie zostałem dopiero na skutek uściśnięcia prezesowskiej dłoni Przemka Pająka. Niby z perspektywy czasu trudno mi sobie wyobrazić w latach 90. lepszy wybór, niż Nokie, ale jednak nieznane kusiło i zawsze z entuzjazmem przyglądałem się cudzym Siemensom, Alcatelom, Motorolom, Ericssonom i Mitsubishi.

Choć czas mógł nieco zakrzywić moją perspektywę postrzegania tego aspektu, przez te 17 lat wcale aż tak wiele nie zmieniło się w kwestii zasięgu. Niby tamta Polska była zdecydowanie mniej obsadzona nadajnikami, ale tak prawdę mówiąc – podobnie jak dziś – w miastach nie było większego problemu, za to poza miastem już zaczynały się rewelacje. Na szczęście dziś, z reguły, dzwonić można, po prostu nie ma szybkiego internetu.

Wydaje mi się, że ten koniec pionierskiej epoki, tak w pełni, nastąpił na początku 2002 roku, gdy zaczął upowszechniać się WAP, a serwisy SMS-owe znalazły dla siebie niszę przez sprzedawanie możliwości podmienienia logotypu operatora na wyświetlaczu. Ja już wtedy, przez krótką przygodę z odziedziczoną 3210, operowałem z pokładu 3310. Ale to już historia jakich wiele.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement