Koniec z wpatrywaniem się w smartfony na koncertach. W końcu mamy lek na tę zarazę

Artykuł 23.06.2016
Koniec z wpatrywaniem się w smartfony na koncertach. W końcu mamy lek na tę zarazę

Muzycy chyba mają już dość tego, że od kilku lat zamiast morza głów fanów bawiących się na koncertach widzą morze uniesionych w górę smartfonów. I w końcu pojawiła się firma, która ma na to skuteczne remedium. Poznajcie Yondr, czyli startup, który odda muzykom ich widownię, a nam zwróci przyjemność z pójścia na koncert.

O niezwykle prostym, ale jakże skutecznym „wynalazku” (to duże słowo, stąd cudzysłów) Yondr robi się coraz głośniej, szczególnie po ostatnim artykule The Washington Post, opisującym sytuację, jak to przed koncertem Alicii Keys obsługa nakazała czekającej w kolejce publice… oddać telefony.

Wyobrażacie sobie coś takiego? Idziecie na koncert, wydarzenie publiczne, a ktoś każe wam oddać telefon. Absurd. Sam też nigdy nie oddałbym w nieznane, niepewne ręce mojego smartfona, w którym trzymam wiele istotnych dla mnie informacji. Jednak na koncercie Alicii Keys nikt publice smartfonów nie zabrał, ani nie zamknął w szafie. Każdy z fanów nadal miał swój telefon przy sobie, tyle że… zamknięty w specjalnym pokrowcu.

Graham Dugoni, CEO Yondra nazywa swoją firmę działalnością dającą ludziom przestrzeń wolną od telefonów. Zasada działania pokrowca jest bardzo prosta – wchodząc na koncert widz wrzuca swój telefon do środka, a ten zostaje zamknięty. Przy wyjściu z koncertu widownia przechodzi obok specjalnych punktów otwierania, które pozwalają wyjąć telefon z pokrowca. Tym sposobem płyta i inne miejsca dla widowni są strefą wolną od telefonów, a jeśli chcemy skorzystać z urządzenia, musimy wyjść do wydzielonej strefy. Genialne!

Yondr to rozwiązanie idealne dla artystów, którzy są już zmęczeni tym, że widzów dzieli od nich cienka ściana elektronicznego urządzenia.

Którzy zamiast patrzeć na wielką, specjalnie dla nich przygotowaną scenę, wolą wpatrywać się w marnych kilka cali wyświetlacza swojego smartfona.

Jest też druga strona medalu, którą widzą tylko twórcy – w czasie koncertów bardzo często grane są nowe, niepublikowane jeszcze piosenki, zapowiadające nadchodzący album. I co się dzieje z takimi nagraniami? Trafiają do Sieci w jakości ziemniaka. Nie dziwię się wcale, że artyści są tym rozgoryczeni. Gdybym sam szykował nowy materiał dla publiki, to zdecydowanie nie chciałbym, żeby pierwszy kontakt z nowym dziełem moja publika miała przez dramatycznie słabej jakości nagranie z koncertu.

YONDR
Źródło: The Washington Post

Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że Yonder w niezwykle prosty sposób zwraca ludziom ich – ośmielę się to powiedzieć – wolność i przypomina, po co w zasadzie przyszli na koncert. Przecież nie po to, żeby wpatrywać się w ekran smartfona jak przez większość czasu, no na miłość boską! Idziemy na koncert po to, by przez moment oderwać się od rzeczywistości. Żeby „naładować baterie”. Odciąć się od wszystkiego. A trudno mówić o jakimkolwiek odcięciu się, gdy w czasie koncertu bardziej od występu artysty interesuje nas telefon.

Na razie Yonder rozwija się powoli, ale coraz skuteczniej. Coraz więcej koncertów, mniejszych i większych, w Stanach Zjednoczonych odbywa się pod patronatem Yondera, a widzowie idąc na taki koncert mogą się spodziewać, że ze smartfona nie skorzystają podczas występów artysty.

Mam nadzieję, że taka „moda” na zamykanie smartfonów na czas koncertów czy też innych wydarzeń kulturowych i do nas jak najprędzej dotrze. O ile zazwyczaj traktuję technologię mobilną jako błogosławieństwo, o tyle jeśli chodzi o koncerty jest ona istną zarazą, która odbiera przyjemność z przeżywania wydarzeń nie tylko osobie ze smartfonem, ale też osobom stojącym obok.

I cieszę się, autentycznie się cieszę, że w końcu pojawia się skuteczny sposób na leczenie tej zarazy. Oby takich inicjatyw było jak najwięcej.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement