Kokaina, maczety i piesek Chihuahua, czyli polski reporter na tropie najsłynniejszego barona narkotykowego

Felieton/Technologie 18.01.2016
Kokaina, maczety i piesek Chihuahua, czyli polski reporter na tropie najsłynniejszego barona narkotykowego

Dostałem zlecenie na zrobienie wywiadu z meksykańskim baronem narkotykowym, tym całym El Chapo. Dostałem do wypełnienia dokumenty wizowe, wniosek o akredytację i jakieś formularze z ambasady. Bardzo pożałowałem, że sam wymyśliłem ten wywiad i zgłosiłem go redakcji, zamiast siedzieć cicho i oglądać w pracy Facebooka. Nie liczyłem na to, że naprawdę będą chcieli wysłać mnie do Meksyku.

To miał być żart. Zresztą, z początku kazali mi iść won z wycieczką do Meksyku. Dopiero kiedy o El Chapo zrobiło się znów głośno, namyślili się i wymyślili, że wsadzą mnie w samolot i puszczą samego do najbardziej bandyckiego stanu w Meksyku o romantycznej nazwie Sinaloa. I że ja się na to zgodzę. Zgodziłem się. Co miałem zrobić.

Ale zamiast na lotnisko, pojechałem do domu. Położyłem się na tapczanie i pomyślałem, że wystarczy, abym zaszył się w swej piwnicy na tydzień, a potem wyszedł z niej brudny i nieogolony i wrócił do redakcji mówiąc, że nie udało mi się zrobić wywiadu, bo zostałem po drodze napadnięty, uprowadzony, okradziony i zdradzony o świcie.

Tak też zrobiłem. Przez tydzień leżałem na tapczanie oglądając meksykańskie telenowele.

Bardzo lubię meksykańskie telenowele. Są to produkty tworzone niczym telefony na taśmach w malezyjskich fabrykach. Kręcą je tak szybko, że aktorzy nie mają czasu uczyć się tekstu. Zamiast tego mają w uszach słuchawki, przez które podają im go asystenci. No, nieważne. Obejrzałem jakieś osiemset pięćdziesiąt odcinków serialu „Światło miłości”, czyli prawie całą pierwszą serię, po czym podniosłem się i pojechałem do redakcji wyjaśnić, że z wywiadu nici i jak bardzo mi jest przykro.

Mój szef nie chciał o tym słyszeć.
– Nie chcę o tym słyszeć – powiedział.
– To nie moja wina, szefie – tłumaczyłem mu. – Zostałem napadnięty w Tijuanie, uprowadzony w Chihuahua, okradziony w Acapulco i zdradzony o świcie w Monterrey.
– Nie interesuje mnie to. Musimy mieć wywiad, kurde bela, z baronem narkotyków i koniec. Wydaliśmy na twój wyjazd ponad trzy kafle. Wymyśl coś.
– Cholera jasna, szefie – rzekłem, patrząc na złotą szczękę mojego nadredaktora – wiesz, poznałem kilku gangusów w Meksyku, mogę coś o nich napisać.
– Pisz – rozkazał szef. – I nie wracaj bez tekstu w pysku. Won.

Poszedłem. Wyjąłem telefon, przejechałem kilka przystanków autobusem, kilka stacji metrem, potem wsiadłem do tramwaju, wysiadłem pod domem i już miałem gotowy artykuł.

Wysłałem go do redakcji i ułożyłem znów na tapczanie, ale nie mogłem zasnąć, bo zaraz zadzwonił mój szef.

– Karol – powiedział. – Możesz mi wyjaśnić kilka fragmentów twojego tekstu?
– Nie ma problemu – odrzekłem.
– Co to znaczy: „żeby zakumplować się z baronem narkotykowym, musiałem brać razem z nim narkotyki. Wciągałem kokainę z wielkiej maczety, którą z całą pewnością ktoś kiedyś był zabity. Upewniłem się. Ktoś zginął z tej maczety, a ja wciągałem z niej kokainę z lordem narkotykowym. W Meksyku”.
– Co jest nie tak?
– Mam wydrukować informację, że mój reporter brał narkotyki z najbardziej poszukiwanym przestępcą w Ameryce Łacińskiej?
– Tak.
– OK. A to o piesku?
– Co o piesku?
– „Po tygodniu spędzonym w posiadłości barona El Chapo na wąchaniu narkotyków, zaczęło mi się wydawać, że jestem pieskiem Chihuahua. Zacząłem żyć jak piesek Chihuahua. Wąchałem kokainę z wielkiej maczety, potem sikałem pod drzewem i jadłem kości czupakabry. W Meksyku”.
– Tak było.
– Nie wydrukuję tego. Nie możesz pisać takich rzeczy. Że wydawało ci się, że jesteś psem. Że jesz kości czupakabry.
– Czemu.
– Ani nie możesz pisać, że uprawiałeś seks z czterdziestoma siedmioma pokojówkami barona El Chapo.
– Zaczekaj chwilę, szefie – powiedziałem i połączyłem się szybko na drugiej linii z Przemysławem Pająkiem.
– Hej, Przemek – rzekłem do niego. – Ty prowadzisz taki duży serwis internetowy o nowych technologiach, co nie?
– No, prowadzę – odpowiedział.
– Ludzie piszą u ciebie o inteligentnych szczoteczkach, cybernetycznych samochodach, rzeczywistościach wirtualnych?
– No, tak. Mniej więcej o tym.
– To posłuchaj: mam dla ciebie świetny artykuł. Napisałem go jadąc na kozie przez takie małe miasteczko w okolicach Zihuatanejo.
– O, to ciekawe. Mów dalej.

karol mrozinskiKarol Mroziński – poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement