LIGHTROOM, czyli syryjska herbata

Felieton/Foto 31.01.2016
LIGHTROOM, czyli syryjska herbata

Moja pamięć to Lightroom. Ufam mu znacznie mocniej, niż własnym wspomnieniom.

Jeden ze znanych historyków opowiadał mi kiedyś, że w ogóle nie wierzy swojej pamięci – tylko dokumentom, na których pracuje. Wiele razy przekonał się, że po latach wspomnienia coraz mniej mają wspólnego z rzeczywistością. Zgadzam się z nim w pełni. Sam wiele razy zauważyłem, że pamięć buduje własną przeszłość, która okazuje się ciekawsza od tej, jaka wydarzyła się naprawdę.
Moim doskonały wspomagaczem wspomnień jest właśnie program Adobe Lightroom. Trzymam w nim wszystkie zdjęcia, jakie przez kilkanaście lat zrobiłem różnymi aparatami cyfrowymi. Z roku na rok dostrzegam pewną prawidłowość – Lightroom w coraz mniejszym stopniu służy mi do obróbki zdjęć, a coraz bardziej po prostu do katalogowania.

Im dłużej fotografuję, tym mam mniejszą potrzebę ulepszania tego, co wyszło wprost z aparatu.

Oczywiście kiedy pierwszy raz sięgnąłem po aparat cyfrowy, Lightrooma jeszcze nie było na świecie. Wtedy zdjęcia archiwizowałem na płytach, bo nie mieściły się na twardym dysku. Sięganie do fotograficznych wspomnień było dość uciążliwe, rzadko więc program służył jako wspomagacz pamięci.

Kiedy jednak staniały twarde dyski, zaimportowałem całą kolekcję najpierw do Apple Aperture, a po jakimś czasie przeniosłem do Adobe Lightroom. Teraz w nim rezyduje kilkaset tysięcy zdjęć. W efekcie co jakiś czas moje wspomnienia pojawiają się trochę mimochodem. Włączam Lightrooma, bo potrzebuję czegoś do pracy, a mimochodem trafiam na inne tematy. W Lightroomie przewijają się obrazy z kolejnych lat i kolejnych miejsc.

Dzięki Lightroomowi wiem, że umierają nie tylko ludzie ale też miejsca. Niedawno zaglądając do programu trafiłem na zdjęcia z Syrii.

Na ekranie pojawiła się syryjska Palmyra. Jedno z takich miejsc, które umarło, a właściwie zostało zabite. A przy tym jedno z najbardziej niesamowitych, jakie w życiu widziałem. Olbrzymi obszar pokryty starożytnymi budowlami.

Syryjska Palmyra została zniszczona przez Państwo Islamskie

Ale nawet nie sama wartość archeologiczna zrobiła na mnie niesłychane wrażenie. Chyba ważniejsze było to, że wszystko w Palmyrze miałem niemal tylko dla siebie.

Ciekawe turystyczne miejsca mają jedna istotną wadę – tłumy ludzi. W Palmyrze było inaczej – świeciła pustką. Oglądałem ją jedynie z grupą Polaków. To tak, jakby was samych wpuszczono do rzymskiego Koloseum albo ateńskiego Akropolu. Historia, której dotyka się unikając tłumów, przemawia zdecydowanie silniej. Dopiero w takim spokoju można kontemplować miejsce. A do Palmyry, choć niesamowita, mało kto już wówczas – byłem tam w roku 2009 – przyjeżdżał, bo w tym rejonie Bliskiego Wschodu od dawna było niespokojnie.

Niedaleko ruin swój sklep miał jeden z syryjskich handlarzy. Kiedy dotarliśmy do jego sklepiku, w środku nikogo nie było – nawet właściciela. Ale kramik był otwarty, a towar wyłożony. Najwyraźniej nikt tu niczego nie kradł. Kręciliśmy się wśród wyłożonego towaru czekając, aż wróci właściciel . Kiedy wreszcie się pojawił, ugościł nas wszystkich herbatą, a kiedy usiedliśmy w kręgu, opowiedział o swojej rodzinie.

Było w tym sprzedawcy coś tak niezwykle ujmującego, że pamiętam go równie mocno jak zabytki Palmyry. Jego tradycyjna gościnność była najlepszą wizytówką arabskiego świata.

Palmyra to niestety miejsce, który odeszło na zawsze. Cenne zabytki zburzyli bojownicy z Państwa Islamskiego. W imię na własny sposób pojmowanej religii.

Z wielkim żalem czytałem doniesienia o tym, jak terroryści niszczyli kolejne zabytki. Z przerażeniem, jak mordowali ludzi. Świat, który dumnie istniał przez setki lat, zniknął w kilka dni.

Syryjska Palmyra została zniszczona przez Państwo Islamskie

Przeglądając te zdjęcia przy okazji uświadomiłem sobie, że wyjazd do Syrii był dla mnie też zamknięciem pewnej epoki. W Syrii dużo filmowałem, rzadziej sięgałem po aparat fotograficzny. I właśnie w Syrii po raz ostatni w życiu używałem taśmy video. Od tamtej pory już nigdy, ani zawodowo, ani prywatnie, nie stosowałem jej w kamerze. Wyparły ją inne nośniki.

A taśma, co tu dużo gadać, to symbol mojej młodości.

Kiedy byłem nastolatkiem, kasety magnetofonowe były równie ważne jak książki. Muzyką cieszyłem się najczęściej z samodzielnie nagranych kaset. Playlisty tworzyły się losowo, w takiej kolejności, jak dawało się upolować się coś interesującego w radiu. Led Zeppelin mógł więc sąsiadować z Abbą, a Republika z Anną Jantar. Dopiero po jakimś czasie zacząłem nagrywać nadawane całe płyty. Do dziś pamiętam radiową premierę płyty „The Wall” i moje kombinacje, jak dwupłytowe wydanie zmieścić na kasetach.

Pamiętam nawet dość dobrze szczególny relikt tamtej epoki – magnetofon szpulowy. Obracające się szpule wyglądały niesamowicie – kojarzyły się z wielkimi komputerami „Odra”, które pokazywano w kronikach filmowych.

W dorosłym życiu taśmy najczęściej używałem w kamerach wideo. W domu do dziś stoją stosy nagrań. Nawet całkiem nieźle opisane. Ale co z tego, jeśli obejrzenie najkrótszego nawet fragmentu jest czasochłonne? Trzeba ową taśmę zapakować do kamery albo odtwarzacza, podłączyć do telewizora, szukać interesującego fragmentu. Taśmy nigdy nie budzą takich mimowolnych wspomnień, jak włączanie Lightrooma.

Kiedy kręciłem dokumenty dla Telewizji Polskiej, w ekipie miałem kolegę, odpowiedzialnego za przeglądanie archiwalnych nagrań. Piekielnie żmudna czynność. Taśmy miały swoje opisy na kartkach papieru, niekiedy nawet dość rozbudowane. Ale dopiero obejrzenie całości upewniało, czy jakieś kadry mogą się przydać do naszych filmów.

Takich taśm należało przejrzeć dziesiątki. Na przyśpieszonych obrotach ale i tak praca była czasochłonna. A jeśli coś okazywało się ciekawe, to należało to zgrać na nośnik cyfrowy. Ja już najciekawsze materiały dostawałem skopiowane na płytę. Przeskakiwanie po materiale cyfrowym było zdecydowanie szybsze.

Czuję się więc dzieckiem epoki taśmy, jednak cieszę się, że odeszła w przeszłość.

Taśmowy świat wspominam z nostalgią za młodością, ale też z niechęcią ze względu na ograniczenia. Wciąż pamiętam również smród odczynników fotograficznych, którym wywoływałem analogowe filmy fotograficzne. Bardzo się cieszę, że szybko, już kilkanaście lat temu, przekonałem się do aparatów cyfrowych. Dokładnie czternaście lat temu, co też właśnie sprawdziłem dzięki Lightroomowi.

Dziś w coraz większym stopniu gromadzę nawet papierowe archiwa w wersji cyfrowej. Kiedy zbieram materiały do książki, nie zamawiam w państwowych archiwach żadnych kserokopii. Co się da, przefotografowuję aparatem cyfrowym i wrzucam do Lightrooma. Mam specjalny katalog gromadzący tylko dokumentację moich tekstów. Zdarza się nawet, że przefotografowuję w bibliotekach całe książki związane z jakimś tematem. Kiedy trafiają do Lightrooma, łatwiej mi zapanować nad całością. Do jednego z tematów, nad którymi teraz pracuję, zgromadziłem już niemal jedenaście tysięcy fotokopii.

Za sto lat nasze analogowe taśmy, i te muzyczne, i te wideo staną się czymś tak egzotycznym, jak dziś dagerotypy. Miejmy tylko nadzieję, że wymrą śmiercią naturalną, a nie „pomogą” im w tym jacyś terroryści, nienawistni wszystkiemu, czego nie rozumieją.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Geniusz i świnie”, „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”.Bloguje na piotrlipinski.pl. Żartuje na twitter.com/PiotrLipinski. Nowa książka „Absurdy PRL-u” w wersji papierowej oraz ebookowej.

fot. Piotr Lipiński

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement