Nowe media, ale stare sztuczki – jak Adrian Gruszka zrobił w konia ponad 2 mln widzów

Artykuł/Technologie 20.11.2015
Nowe media, ale stare sztuczki – jak Adrian Gruszka zrobił w konia ponad 2 mln widzów

Podobno telewizja kłamie. Uczepiliśmy się tej mantry, podkreślając na każdym kroku jak to za pomocą zręcznych cięć, technik manipulacji i innych, wyszukanych tricków omamia się widza i… jest to jak najbardziej prawdziwe. Sęk w tym, że tak bardzo gloryfikowane przez nas czasem „nowe media”… wcale nie są lepsze.

Mieliśmy tego dobry przykład nie tak dawno temu, kiedy znana, nieletnia instagramerka (o ile jest takie słowo) ujawniła kulisy swoich „spontanicznych” zdjęć, które w istocie są silnie stylizowane i okupione wieloma wyrzeczeniami. Tymczasem Internet obiega właśnie demaskacja kolejnego, wielkiego oszustwa, na które dało się już nabrać ponad 2 miliony widzów.

Mowa o Adrianie Gee, który sam siebie nazwał „stróżem karmy”.

Adrian Gruszka (pomimo polsko brzmiącego nazwiska, będący Australijczykiem), znany w Internecie pod pseudonimem Adrian Gee, to youtuber, którego „honesty test”, czyli niejako uliczny test zaufania stał się dwa tygodnie temu międzynarodowym hitem.

Historia spotu jest bardzo prosta – stojąc na jednej z ulic miasta Adelaide, Adrian udaje niewidomego i prosi przechodniów, aby rozmienili mu banknot pięciodolarowy, jednak podaje im banknot… pięćdziesięciodolarowy. Część przechodniów momentalnie zwraca uwagę „niewidomemu”, iż podał im zły banknot, natomiast większość bez skrupułów rozmienia rzekome pięć dolarów, a pięćdziesiątkę po prostu chowa do własnego portfela.

Oczywiście jest to bardzo proste zagranie na ludzkich emocjach. Reakcje ludzi z całego świata mówią same za siebie, jednogłośnie wyrażając te same słowa – jak można tak oszukać niewidomego? Filmik, który w tej chwili ma ponad 2 miliony wyświetleń, był tłumaczony na wiele języków, ba – nawet wielkie stacje telewizyjne jak CBS podchwyciły temat tego „społecznego eksperymentu” i próbowały umówić się z młodym Australijczykiem na wywiad.

Film stał się wiralem. Adrian – wręcz bohaterem, obnażającym ludzką podłość i obłudę. Sęk jednak w tym, że… to on był obłudnikiem.

Wielki wiral. Wielki przekręt.

Prawdę ujawniono podczas nagrań lokalnego programu „Tonight Adelaide”, gdy rozmawiający z Adrianem Gee dziennikarz bezpardonowo oskarżył youtubera o oszustwo, udowadniając, iż każdy z rzekomych „łajdaków” z filmu, był podstawionym aktorem.

Jak doszło do ujawnienia przekrętu? Otóż jeden z aktorów, z powodu charakterystycznej blizny na lewym ramieniu jest rozpoznawalny wśród lokalnej społeczności, a na filmie widać tę bliznę bardzo wyraźnie. Ludzie momentalnie rozpoznali aktora i zaczęli szykanować, i piętnować go na każdym kroku. Siłą rzeczy, aktor, chcąc ratować swoje dobre imię pokazał ludziom, iż to nie jemu należy się ostracyzm, lecz youtuberowi.

Który do ostatniej chwili brnął w zaparte. Dziennikarz w czasie rozmowy pokazał mu CV aktorów, biorących udział w jego „społecznym eksperymencie”. Kilku z nich wpisało nawet do CV wzięcie udziału w produkcji! Mimo to, Adrian Gee do końca reagował z udawanym zdumieniem, nawet wołając swojego producenta, próbując przed kamerą udać zaskoczenie.

Długo jednak tej pozy nie utrzymał i zirytowany opuścił studio. Przedtem przyznał jednak, iż zrobił to dla… zarobków z AdSense. Co tylko dowodzi, jak dobrze skalkulowany był jego „eksperyment”. W komentarzu, który udostępnił pod swoim filmem po wykryciu całej sytuacji Adrian tłumaczy, iż eksperyment miał zmusić nas do myślenia, że nie rozumie oburzenia… ja potrafię na to zareagować jedynie przewracając oczami, zwłaszcza po obejrzeniu nagrania eksponującego przekręt.

Pełne nagranie „Tonight Adelaide” można zobaczyć na filmie poniżej:

Osobiście nie dziwi mnie fakt, iż do czegoś takiego doszło. Mamy tu do czynienia z formatem wręcz żywcem przeniesionym z tanich, telewizyjnych programów pokroju „ukryta kamera”. Dziwi mnie bardziej fakt, iż jeden filmik w ciągu ledwie tygodnia podniósł liczbę subskrybentów Adriana Gee z ok 50 tys. do blisko 200 tys. i… chyba nikt z subskrybujących nie spojrzał na pozostałe filmy tego człowieka. Te są – bardzo delikatnie rzecz ujmując – zwyczajnie niesmaczne.

Tak naprawdę są po prostu obleśne i obrzydliwe. Youtuber uważa siebie za „prankstera”, ale są to pranki, które przemówią jedynie do grona niewychowanych świń, bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy z przyjemnością oglądają gościa zadającego „losowym” (teraz już wiemy, że pewnie wcale nie takim losowym) kobietom pytania w stylu „połykasz, czy wypluwasz?” i inne, których nawet patrząc z gigantycznym przymrużeniem oka nie sposób nazwać inaczej, jak zwyczajnie kretyńskimi i niestosownymi.

Cóż, potwierdza się tylko, iż karma faktycznie wraca, o czym dobitnie przekonał się jej samozwańczy „stróż”.

Szkoda tylko, że informacja o tym, iż wiralowy filmik jest tak naprawdę ściemą zapewne nie osiągnie nawet ułamka zasięgu samego filmiku, który pozostanie na kanale youtubera, gdzie z pewnością obejrzą go jeszcze tysiące ludzi. Co prawda w tej chwili widnieje tam disclaimer, iż sceny są odgrywane przez autorów, ale… ile osób zwróci na niego uwagę? I jak długo się tam utrzyma? Za kilka miesięcy, gdy sprawa przycichnie, nikt już nie będzie pamiętał, że ma do czynienia z oszustwem, lecz znów da się nabrać.

Pozostaje tylko pytanie… czy kogokolwiek to obejdzie? W końcu tak bardzo oburzamy się na telewizję, że nas oszukuje, a jednak ciągle ją oglądamy. Nie widzę powodu, dla którego z Internetem miałoby być inaczej, ale to niestety świadczy wyłącznie o nas.

Co z tego, że mamy „nowe media”, skoro dajemy się nabrać na dokładnie te same sztuczki?

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement