Największa zaleta Star Wars: Battlefront – to nie Battlefield. Największa wada – to nie Battlefield

Recenzja/Gry 08.10.2015
Największa zaleta Star Wars: Battlefront – to nie Battlefield. Największa wada – to nie Battlefield

Dzisiaj rozpoczynają się otwarte beta-testy sieciowej strzelaniny Star Wars: Battlefront. Dzięki uprzejmości polskiego oddziału Electronic Arts, mogłem przetestować oczekiwany tytuł kilkadziesiąt godzin wcześniej. Nie spodziewałem się, że ta gra aż tak bardzo… inna. 

Twórcy nowego Battlefronta od dłuższego czasu piszą, mówią, krzyczą i wbijają fanom do głów, że ich sieciowa strzelanina na licencji Gwiezdnych wojen nie ma nic wspólnego z popularną serią Battlefield. Oczywiście doświadczenie zdobyte przy innych FPS-ach zostało przez DICE odpowiednio wykorzystane, ale i tak mamy dostać zupełnie inny produkt, o własnej tożsamości, własnym charakterze i z własnym pazurem.

Star Wars: Battlefront naprawdę jest zupełnie inne od Battlefielda. Mechanika, tryby, strzelanie – wszystko zostało stworzone od zera.

Pierwsza godzina spędzona na powalających wizualnie planetach Hoth oraz Sullust była dla mnie piekielnie ciężkim doświadczeniem. Ginąłem raz za razem. Padałem jak mucha, co zresztą możecie zobaczyć w poniższym tweecie. Musiałem wyzbyć się wszystkich przyzwyczajeń, które zdobywałem latami, również na grach studia DICE. To z kolei bolesny proces.

Przede wszystkim – celowanie za pomocą przyrządów optycznych. Klasyka takich gier jak Call of Duty, Medal of Honor, Destiny czy Battlefield, tutaj w ogóle się nie pojawia. Przybliżenie aktywowane za pomocą prawego przycisku myszki/prawego triggera powiększa co prawda fragment obrazu, jednak nie na tyle, aby notorycznie korzystać z optyki futurystycznej broni. Za wyjątek uchodzą jedynie karabiny snajperskie i wyrzutnie rakiet.

Będziecie strzelać z biodra. Praktycznie cały czas. Bieg. Strzał. Osłona. Bieg. Strzał. Osłona. Większość walk z zastosowaniem podstawowych blasterów rozstrzyga się na średnim i krótkim dystansie. Również podczas tych największych, 40-osobowych bitew, z maszynami kroczącymi AT-AT, myśliwcami i działami przeciwpancernymi. Cenny czas potrzebny na przybliżenie obszaru o wiele lepiej spożytkować ostrzałem bez przyrządów celowniczych. To ważna lekcja, którą okupiłem dziesiątkami respawnów.

Zmieniło się również podejście do pojazdów, maszyn i umiejętności specjalnych. W Battlefroncie od DICE… wszystko jest power-upem.

Za moich czasów, gdy grało się w pierwszego Battleferonta oraz Battlefront II, trzeba było wejść do hangaru bądź przedostać się na płytę lądowiska. Później usiąść w kokpicie niezajętej maszyny, umiejętnie wylecieć z pomieszczenia, a dopiero potem rozpocząć lot w kierunku pola bitwy. Wraz z nową generacją sieciowej strzelaniny, DICE wszystko zamieniło w uproszczony tryb ad-hoc.

Od teraz, aby wskoczyć za stery X-Winga czy Tie fightera, wystarczy zebrać jeden z błyszczących power-upów. Potem naciskamy kombinację przycisków i już magicznie teleportujemy się do wnętrza stalowej bestii, od razu znajdującej się nad głowami innych graczy. Nie można nią ani wylądować, ani przekazać stery towarzyszowi. Masz latać, walczyć i nie zastanawiać się nad sensem tego wszystkiego. Ot, nowa filozofia zupki instant.

Przyznam, że akurat ten pomysł w ogóle do mnie nie trafia. Obecność maszyn bitewnych, do których mogłem w każdym momencie wsiąść, które czekały na mnie w bazie i które pozwalały na swobodną eksplorację, łącznie z lądowaniem na płycie wrogiego krążownika, budowały tożsamość poprzednich odsłon. DICE postawiło na rozwiązanie znacznie bardziej dynamiczne, ale z drugiej strony o wiele mniej złożone i mniej satysfakcjonujące.

Przez takie zabiegi nowy Battlefront zbyt często kojarzył mi się z prostą, mobilną grą na smartfona. Dodatkowa super-broń jako karta do odblokowania. Maszyna krocząca AT-ST w formie błyszczącego znaczka na mapie. Powietrzny myśliwiec, którym nie mogę wylądować na tyłach wroga i sabotować ich uzbrojenia… To wszystko cofa nowego Battlefronta o kilkanaście lat wstecz, jeżeli chodzi o możliwość „symulacji” pola bitwy wspaniałego świata science-fiction.

Nie zmienia to jednak faktu, że w Star Wars: Battlefront gra się naprawdę, naprawdę dobrze.

Po zrozumieniu, zaakceptowaniu i nauczeniu się korzystania z tych wszystkich uproszczeń, sieciowa produkcja DICE rozwija prawdziwe skrzydła. Jeżeli tylko przestawicie się na to, że nie gracie w kolejnego Battlefielda i zaakceptujecie ograniczenia, będziecie mieli uśmiech od ucha do ucha.

Gra DICE to świetny sieciowy shooter, który posiada te same cechy, co multiplayer w Call of Duty – jest instant, nie wymaga przesadnych umiejętności, koncentruje się na dobrej zabawie ze znajomymi i nie oczekuje od gracza żadnych skoordynowanych działań. Chaos, jaki panuje w tym momencie na serwerach EA, w żadnym stopniu nie przeszkadza w cieszeniu się grą. Ta jest skupiona wokół prostych celów i zawsze, ale to zawsze na polu bitwy dzieje się coś ciekawego.

DICE przesunęło środek ciężkości ze swobodnej rozgrywki na oskryptowane scenariusze, w których bierze udział do 40 graczy. Dzięki temu Battlefront jest o wiele bardziej dynamiczny i efektowny. Wystarczy dosłownie kilka sekund biegu i już znajdujemy się w samym centrum wydarzeń. Zawsze tam, gdzie przejmowane są punkty kontrolne, przewraca się AT-AT i trwa bombardowanie z powietrza. Z drugiej strony, skala i struktura map jest na tyle otwarta, że w całej tej feerii wybuchów odnajdą się również niedzielni snajperzy i taktyczni „skrzydłowi”.

Nie sposób nie napisać również o warstwie wideo. Star Wars: Battlefront to najładniejsza sieciowa strzelanina, jaka kiedykolwiek powstała.

Koniec. Kropka. Ładniejszej gry nastawionej na wieloosobową rozgrywkę online po prostu nie znajdziecie. Chociaż Destiny jest o wiele płynniejsze, z kolei Battlefield 4 bardziej rozbudowany, tak Battlefront nie ma sobie równych, jeżeli chodzi o wodotryski. Lokacje wyglądają po prostu obłędnie. Egzotyczne, częściowo znane z filmów mapy sprawiają wrażenie tak realnych, że nawet na konsoli długo zbierałem szczękę z podłogi. Na PC jest oczywiście jeszcze lepiej.

Spójrzcie tylko na ten wizualny majstersztyk. Kiedy po raz pierwszy widziałem wybuchy, z charakterystycznym dla Gwiezdnych wojen „efektem iskier”, odebrało mi mowę. O ile modele postaci nie wybijają się na zupełnie nową jakość, tak samo otoczenie jest niesamowite. Czy to zimne Hoth, pustynne Tatooine czy zupełnie nowa planeta Sullust – widoki autentycznie powalają na kolana. Prawdziwa magia, prawdziwa nowa generacja.

O Star Wars Battlefront lubię myśleć jak o Call of Duty Plus.

„Plus”, ponieważ sieciowe areny są tutaj większe i bardziej otwarte. „Plus”, ponieważ gra nie ma sobie równych w aspekcie wizualnym. „Plus”, ponieważ poza walką na średnie i bliskie odległości, coś dla siebie znajdą również miłośnicy karabinów snajperskich oraz maszyn bojowych. No i w końcu „Plus”, ponieważ produkcja DICE czerpie ze wspaniałego uniwersum Disneya, co odróżnia tę grę od kolejnego shootera z taśmociągów niedalekiej przyszłości.

Jeżeli jednak chodzi o samą mechanikę, samą esencję Battlefronta, produkcji bliżej do Call of Duty niż Battlefielda. Uruchamiasz konsolę, błyskawicznie lądujesz na serwerze, rozgrywasz dwie lub trzy partyjki i wracasz do swoich zajęć. Strzelanina w świecie Star Wars to strzał w dziesiątkę, jeżeli celujesz w natychmiastowe, efektowne, dynamiczne, filmowe i nieco oskryptowane doznania.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement