Moja elektroniczna smycz, czyli jeden z dawnych, głównych bohaterów amerykańskich seriali

Felieton/Sprzęt 04.10.2015
Moja elektroniczna smycz, czyli jeden z dawnych, głównych bohaterów amerykańskich seriali

W dawnych czasach to był jeden z głównych bohaterów amerykańskich seriali. Zanim jeszcze stał się nim antydepresyjny lek Xanax.

Na ekranie telewizora widzieliśmy głównego bohatera, któremu nagle przy pasie zaczynało piszczeć maleńkie pudełko. Aktor podnosił je do oczu, coś tam czytał, robił przerażoną minę i pędził reanimować chorego, łapać bandytę albo przynajmniej szukać jakiegoś stacjonarnego telefonu.

I ja – nie chwaląc się – też byłem takim bohaterem, choć niestety nigdy nie grałem w amerykańskim serialu. (Raz tylko zagrałem jako statysta w pewnym filmie, niestety nie pamiętam jego tytułu). Ale posiadałem owo niezwykłe urządzenie. A na imię mu było: pager.

Przypomniał mi o nim jeden z Twitterowiczów przy okazji mojego tekstu o SMS-ach. Bo pager był czymś w rodzaju takiego pradawnego odbiornika SMS – odbierał tylko krótkie wiadomości tekstowe. Żadnych jednak nie wysyłał, działał w jedną stronę. Literek mieściło się na wyświetlaczu bardzo mało, ale w sam raz, żeby człowieka zdenerwować.

Kiedy nadchodził jakiś komunikat, pager wydawał z siebie przeraźliwy dźwięk, który stawiał na nogi całą moją klatkę schodową.

O ile pamiętam, przynajmniej nie trzeba było go ładować, tylko zmieniało się baterię. Kompletnie jednak nie pamiętam, na jak długo wystarczała – ale w tamtych czasach urządzenia raczej nie wymagały karmienia równie częstego, co domowe zwierzęta.

Pager to było urządzenie tyleż niesamowite, co przeklęte. Elektroniczna smycz. Albo pilot do zdalnego sterowania tym, co zrobimy.

Typowy komunikat, jaki docierał na mój pager, to: „Oddzwoń na numer…”. I już leciałem do najbliższej budki telefonicznej. A na dokładkę uważałem, że to normalne i tak powinno być.

Pager w moim przypadku to przekleństwo. Otóż z natury jestem katastrofistą.

Jak widzę gdzieś siekierę, to zaraz spodziewam się, że komuś odrąbią głowę. Jak jadę mostem nad Wisłą, to zastanawiam się, jak długo spadałbym w dół, gdyby ów most się zawalił. Co prawda w dzisiejszych czasach medycyna potrafi sobie poradzić z takimi wizjami, ale najwidoczniej mój przypadek jest dość wyjątkowy i mało uleczalny. W zasadzie powinienem pisać horrory, bo w mojej wyobraźni wszystko zawsze kończy się źle.

Tak więc otrzymując jakąkolwiek prośbę o kontakt telefoniczny, zanim znalazłem budkę, zamartwiałem się, że pewnie w redakcji będą chcieli wcisnąć mi jakiś nowy temat do napisania. Albo zapytają, dlaczego się obijam. Sami zresztą wiecie, że nie może być nic gorszego, niż jakakolwiek forma zainteresowania ze strony szefostwa. Zapewniam was, że to nie wróży niczego dobrego. Nawet jak dostaniecie dwadzieścia procent podwyżki to chwilę później okaże się, że musicie pracować dwa razy więcej.

Z pagerem jednak nie chciałem się rozstać, bo zaspokajał moje gadżeciarskie potrzeby.

I to jest niestety bardzo przykra przypadłość – jestem gotów ciągnąć w samochodowej przyczepie dwie tony akumulatorów, jeśli ktoś wmówi mi, że przez to moje auto stanie się elektryzująco nowoczesne.

Dość szybko przekonałem się o pewnej niedoskonałości pagera. Wymagał on bowiem „pola”. To właśnie wtedy w moim życiu pojawiło się po raz pierwszy to słowo w owym znaczeniu. Na Mazowszu ludzie wychodzą „na dwór”, w Krakowie – „na pole”. Ale wraz z pagerem „pole” zaczęło oznaczać radiowy zasięg. Nie miałeś „pola”, twój pager nie odbierał żadnych komunikatów.

pager-2

O braku „pola” przekonałem się dość szybko, gdy palił się łódzki wieżowiec, w którym znajdował się oddział „Gazety Wyborczej”. W warszawskiej redakcji pod ręka z dziennikarzy był Jerzy Jachowicz oraz byłem ja. Wysłano nas więc do Łodzi – i to służbowym samochodem z kierowcą – abyśmy opisali, co się stało. Jechaliśmy z jakąś kosmiczną prędkością. Na „katowickiej” wyprzedziliśmy radiowóz, który nie zwrócił na nas uwagi, bo takimi samymi samochodami jak nasz jeździł wówczas Urząd Ochrony Państwa. A mi co chwilę popiskiwał pager, w który właśnie niedawno zostałem wyposażony. Tym piszczeniem informował, że nie mam „pola”, czyli wypadłem z zasięgu. To był ta pierwsza jaskółka nadchodzącej epoki, w której będziemy martwić się, że nasze urządzenia wypadną z zasięgu operatora kiedyś pagerów, a dziś „komórek”. Przez co nagle świat nie będzie się mógł z nami skontaktować, więc od razu osiwiejemy ze zmartwienia.

U mnie w domu pager przeważnie leżał na okiennym parapecie, bo inaczej nie miał „pola”.

Od tej pory parapet stał się ołtarzykiem, na którym najpierw mieszkał pager, a później telefon komórkowy, który również potrzebował bliskości okna, żeby odbierać sygnały ze świata.

Najbardziej odlotowe było w pagerze ręczne wpisywanie tekstu. Generalnie większość komunikatów na pager wysyłało się w ten sposób, że nadawca dzwonił do centrali i dyktował telefonistce tekst. A ta przy okazji coś tam zmieniała i przekręcała, żeby treść zmieściła się na niewielkim ekranie pagera.

Była jednak metoda znacznie bardziej wyrafinowana, a przy tym skomplikowana – w sam raz dla miłośników nowinek, które mają świetną przyszłość, ale na razie wprowadzają problemy. Otóż komunikat wysyłany na pager można było samemu wpisać, posługując się słuchawką stacjonarnego telefonu. Pod warunkiem że telefon wyposażony był w wybieranie tonowe. Co wówczas wcale nie było takie oczywiste, bo wciąż w wielu miejscach można było spotkać telefony stacjonarne wyposażone w obrotową tarczę, a nie w guziki do wybierania cyfr. Tak Szanowni Młodsi Czytelnicy, pod koniec ubiegłego tysiąclecia ludzie jeszcze bardzo często „wykręcali numer”! Najwyraźniej dlatego mieli więcej fantazji.

Dzięki stacjonarnemu telefonowi z wybieraniem tonowy – a nie wspomnianą tarczą – można było samemu napisać tekst, który trafiał na pager.

Wyglądało to tak: do jednego klawisza telefonu należało przypisać bardzo długą sekwencję cyfr, składającą się z numeru automatycznej centrali, numeru pagera i czegoś tam jeszcze. To była na szczęście czynność jednorazowa. Potem wystarczyło nacisnąć ten guzik i… wtedy zaczynały się schody. Bo sam komunikat trzeba było wpisać posługując się telefonem tak jak dzisiaj „komórką” pisząc SMS-a. Tyle, że słuchawki wówczas nie miały wyświetlaczy! I należało po prostu dosłownie i w przenośni liczyć, że naciskając trzy razy cyfrę „1” uzyskamy literę „c” (albo jakoś inaczej, ale już sam nie pamiętam). Napisanie w ten sposób krótkiego zdania świadczyło w wysoko rozwiniętej wyobraźni nadawcy oraz jego absurdalnym zamiłowaniu do nowoczesności komplikującej życie.

Rzecz jasna skonfigurowałem tak domowy telefon i odbyłem z żoną dwuletnie szkolenie, jak wysyłać w ten sposób wiadomości. Odwdzięczyła mi się za to dopytując się kiedyś przez pager: „Czy aby nazbyt się nie przepracowujesz?” Bo akurat zbierałem materiałem w klubie erotycznym „Catsa”.

Przypominanie sobie teraz czasów, kiedy używałem pagera, wydaje mi się opowieścią z cyklu „Dawno, dawno temu w odległej galaktyce”.

Ciekawe, czy za kilkanaście lat podobnie będę myślał o epoce smartfonów.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Zdjęcia: Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement