Chodź, coś ci pokażę, czyli jak na naszych oczach zmienił się sposób oglądania multimediów

Akcja partnerska 03.10.2015
Chodź, coś ci pokażę, czyli jak na naszych oczach zmienił się sposób oglądania multimediów

Czy zastanawialiście się kiedyś, co w waszym życiu zmienił smartfon? Dla wielu osób to najbardziej osobiste urządzenie, którego utrata byłaby bardziej bolesna niż zgubienie portfela lub kluczy do mieszkania. Smartfon wywrócił też do góry nogami interakcje międzyludzkie. I nie, nie chodzi mi o możliwość komunikowania się na odległość. Smartfon połączył pokolenia.

Kiedy zastanowię się nad kamieniami milowymi w sposobie odbierania multimediów, na przestrzeni mojego dotychczasowego życia było całkiem sporo takich przełomów. Kolejne przeskoki technologiczne były bardzo widoczne, ale meritum nigdy nie leżało w nowszym sprzęcie, ani w samym nośniku (a te na przestrzeni lat zmieniały formy, by dziś już niemal zaniknąć). Za każdym razem najważniejsza zmiana dotyczyła sposobu zdobywania multimediów, oraz konsumowania ich ze znajomymi.

„A mogę pożyczyć kasetę z Królem Lwem?”

Pierwszym etapem w moim świadomym odbiorze multimediów były filmy na kasetach VHS. Konkretnie były to bajki, które kiedyś nie wychodziły w tak hurtowych ilościach, jak dziś. Filmów było niewiele, ale nikomu to nie przeszkadzało. Każda produkcja wydana na kasecie szybko rosła do miana kultowej.

kaseta-vhs

Bajki z kaset można było oglądać na okrągło – nawet kilka razy dziennie, pod rząd. Te same dowcipy śmieszyły równie mocno przy każdym seansie. Z jedną kasetą można było wyjechać na wakacje do babci i nikomu nie przyszło przez myśl, że bajka może się w tym czasie znudzić.

Każda kaseta była unikatowa. Filmy krążyły po osiedlu, wśród znajomych i rodziny. Pożyczenie na kilka tygodni nowej animacji było wielkim świętem. Podobnie jak otrzymanie w prezencie zupełnie nowego tytułu.

Na początku lat dziewięćdziesiątych to magnetowid był odpowiednikiem dzisiejszego smartfona. Oczywiście nie pod względem możliwości, tylko z uwagi na emocjonalne podejście do tego urządzenia. Magnetowid był oknem na świat i najważniejszym sprzętem elektronicznym w domu – no, może obok telewizora. Ten pierwszy był jednak większym rarytasem, więc mocniej się go szanowało.

W pewnym momencie tato któregoś ze znajomych nauczył się przegrywać bajki z jednej kasety VHS na drugą. Trwało to mnóstwo czasu, jakość była słaba, ale i tak był to przełom na miarę pierwszego lotu w kosmos. W tamtych czasach nikt nie myślał o konsekwencjach prawnych, a pojęcie piractwa – nawet jeśli już istniało – raczej nie było rozumiane.

„Oglądałeś wczoraj Dragon Balla? Super odcinek!”

Kolejnym etapem była telewizja. Pamiętam ją z czasów dzieciństwa jako ciągłą walkę o pilota po powrocie z przedszkola. Czasem wygrywało pasmo zagranicznych bajek na Polonii 1, a czasem nudny Teleexpress. Telewizja była jednak wielkim krokiem naprzód. Nagle okazało się, że materiału do obejrzenia może być tak dużo, że nie da się zobaczyć wszystkiego! Zabawne, że kolejne pokolenia nigdy nie zderzą się z takim przełomem, bo dla nich natłok treści jest standardem już od urodzenia.

telewizja tv television

Telewizja była etapem wymagającym absolutnej samokontroli. Seanse po raz pierwszy miały sztywne ramy czasowe, do których trzeba było się dostosować. Kiedy ktoś przegapił odcinek Dragon Balla, nie miał o czym rozmawiać następnego dnia w szkole. Nie można było obejrzeć odcinka później, tak jak filmu z kasety. Kiedyś próbowałem oszukać ten system i nagrać bajkę emitowaną w telewizji na kasetę… szkoda tylko, że była to kaseta Disneya. Ta porażka na zawsze zniechęciła mnie do nadpisywania nośników.

Telewizja była też początkiem przygody… z muzyką. Tak, to właśnie kanały muzyczne po raz pierwszy otwierały drogę do zagranicznych artystów. Po powrocie ze szkoły potrafiłem siedzieć przed telewizorem przez dobre dwie godziny w oczekiwaniu na jeden konkretny, kilkuminutowy teledysk. Niestety nie dało się go zobaczyć w inny sposób.

„Mam nową gazetę z filmem na płycie! Umawiamy się u mnie po obiedzie!”

Następny etap to przełom wieku i zarazem millennium, kiedy to w domu zagościł pierwszy komputer. Oczywiście jeszcze bez dostępu do Internetu, ale to i tak było coś. Komputery rozpoczęły erę cyfrowego zbieractwa.

Napęd CD był potęgą. Każda osoba wśród znajomych miała potężne kolekcje płyt i pudełek, które denerwowały wszystkie bez wyjątku mamy („to tylko stoi i się kurzy!”). Ale kto zwracał na to uwagę, kiedy w końcu miało się tyle materiałów na własność? Kupowało się wtedy dosłownie każde czasopismo, które miało dołączoną płytę CD, a później DVD. Filmy z płyt oglądało się u osoby, która miała największy monitor. Siedemnastocalowe pudło CRT o rozdzielczości 1024×768 pikseli wzbudzało ogromny respekt.

Początek wieku był czasem wspólnych seansów. Każdy kolejny zdobyty film był okazją do spotkania się i wspólnego oglądania. Materiały filmowe nadal były wyjątkowe, bo trudno było je powielać. Były to czasy, kiedy nagrywarki CD i DVD występowały w przyrodzie tylko troszkę częściej niż jednorożce, a posiadacze takich nagrywarek stawali się królami osiedla. Sam proces przegrywania trwał jednak wieki.

„Wyślę ci to jak wrócę do domu. Tylko koniecznie obejrzyj!”

Jednym z największych przełomów związanych z multimediami było pojawienie się stałego łącza z Internetem. Oczywiście w stacjonarnym wydaniu. Początkowo tylko w szkole, w pracy u rodziców, czy w bibliotece. W pewnym momencie – w końcu! – także w domu. Do dziś pamiętam dzień, kiedy po praz pierwszy sam skorzystałem z Sieci („ale czy za e-maila się coś płaci?”).

monitor-crt

Była to era informacji. Wyszukiwania ciekawostek, newsów i nowych gatunków – muzycznych i filmowych – o których wcześniej nie miało się pojęcia. Nie była to jednak era wideo. YouTube nie istniał (dziś aż trudno w to uwierzyć), nie było Facebooka ani nawet Naszej Klasy, a poza tym łącze o zawrotnej prędkości 128 kbps pozwalało jedynie na (w miarę) wygodne przeglądanie zdjęć i grafik.

Internet spowodował, że każdy znajomy zaczął rozwijać swoje zainteresowania i każdy poszedł w troszkę innym kierunku. Wszyscy chcieli jednak pochwalić się nowymi znaleziskami…. Tylko że nie było takiej możliwości przy rozmowach na żywo, poza komputerem. Trzeba było więc polegać na pamięci swojej i znajomych („ale na pewno to zobaczysz jak wrócisz do domu?”).

„Zobacz ten filmik! Wczoraj go wrzuciłem na telefon!”

Era mobilna nastała dopiero w liceum. Pojawiły się telefony z dużymi (2,2 cala!), kolorowymi ekranami, a także pierwsze laptopy (cóż to był za sprzęt!). Mimo coraz szybszego rozwoju technologicznego, pod pewnym względem era mobilna była krokiem wstecz. Mam tu na myśli kwestię dostępu do Internetu. Na początku liceum nikt jeszcze nie myślał o pakiecie danych mobilnych.

Można było puścić znajomym muzykę, czy pokazać film na telefonie (2,2 cala nikomu nie przeszkadzało), ale wymóg był jeden – materiał trzeba było wcześniej zgrać do pamięci urządzenia. Dzielenie się multimediami właściwie nie istniało. Czy ktoś jeszcze pamięta tę szaloną szybkość przesyłania danych poprzez łączność IrDA?

Dziś w końcu mogę odetchnąć. A dla starszego pokolenia jestem magikiem

Na co dzień nie doceniamy współczesnych czasów. Nie dostrzegamy rozwoju smartfonów i Internetu mobilnego. Dopiero kiedy w całym tym biegu na chwilę przystaniemy i spojrzymy wstecz, możemy zobaczyć, jak wiele zmieniło się w naszym życiu przez ostatnie 20-30 lat. Świat, technologie, komunikacja i samo konsumowanie multimediów, przeszły niesamowitą ewolucję.

Dziś smartfon nie jest zamkniętym urządzeniem. Jest terminalem dającym dostęp do całego świata informacji i rozrywki w każdej formie. Nie trzeba gromadzić pudełek z nośnikami. Nie trzeba nawet pamiętać o wgraniu materiału do pamięci urządzenia. Wszystko mamy w zasięgu kilku dotknięć szklanej tafli ekranu.

Mój Dziadek do dziś nie może uwierzyć, że mam w telefonie piosenkę lub film z czasów jego młodości. Przeszliśmy już z etapu pod tytułem „jak to się tu zmieściło?” do fazy „ale skąd ty to znasz?”. No więc nie muszę znać. Ale to moja słodka tajemnica. Bo przecież wystarczy, że mam YouTube, Spotify, Iplę, czy HBO Go, by mieć dostęp do wszystkiego.

Podobnie jest ze znajomymi. Teraz nie trzeba umawiać się na seriale, albo zapisywać adresy stron WWW do przejrzenia wieczorem. Kiedy rozmawiamy o serialu, mogę wyciągnąć telefon, odpalić aplikację VOD i pokazać scenę, o której jest mowa. Dzięki Internetowi LTE nie muszę czekać na buforowanie, więc od razu mogę przejść do meritum.

Seriale i filmy najlepiej sprawdzają się w Ipli oraz w HBO Go. Obie aplikacje oferują mnóstwo ciekawych treści, natomiast druga z nich nareszcie może rozwinąć skrzydła na smartfonie, za sprawą Plusa.

hbo-go-tablet-gra-o-tron

Plus jest bowiem pierwszym operatorem komórkowym umożliwiającym swoim klientom wykupienie dostępu do HBO Go, a pierwsze dwa miesiące są za darmo. I nie jest tu wymagana żadna umowa z kablówką, czy platformą satelitarną. Ba! Można w ogóle nie mieć telewizji, a cieszyć się produkcjami HBO, do tego na wielu urządzeniach. Równie dobrze wygląda oferta Ipli, gdzie w ramach abonamentu ma się dostęp do jednego lub trzech pakietów. Przez pierwsze dwa miesiące za darmo.

Dodatkowo po wykupieniu dostępu do HBO Go lub Ipli, oglądanie materiałów z tych serwisów nie zużywa pakietu internetowego! Można więc oglądać filmy i seriale na okrągło, bez obaw o ilość pozostałych danych mobilnych.

Ponadto Plus niedawno zaproponował nowe taryfy LTE, w ramach których przy połączeniu LTE nie obowiązuje limit danych! Jeśli jest się w zasięgu LTE, można korzystać z Internetu do woli, bez liczenia gigabajtów.

Nowe oferty są więc rewolucją w skali Polski i po raz pierwszy zrywają wszystkie cyfrowe kajdany. A czy nie to było naszym marzeniem od samego początku poznawania świata multimediów? 

* Grafiki: Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement