Skoro Bóg jest jak Android, to Kościół musi być jak Facebook

Felieton/Technologie 20.09.2015
Skoro Bóg jest jak Android, to Kościół musi być jak Facebook

Wierzę w Boga. Jestem niemal przekonany, że jest tam gdzieś i ogarnia to, co my tutaj wyprawiamy. Nie chodzę jednak do kościoła.

Od dawna nie chodzę do kościoła. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jest tam strasznie nudno, a atmosfera nie sprzyja przeżywaniu tego, co naprawdę myślę i czuję.

Nie dociera do mnie mowa księdza, która bardziej pasuje do klimatów Gry o Tron niż do czasów, w których człowiek eksploruje Marsa i debatuje nad tym, czy Pluton, którego minęła sonda wysłana z Ziemi, jest planetą, czy też nie.

Nie chodzę do kościoła, ale nie przeszkadza mi to w wierzeniu w Boga. Bo Bóg jest jak Android – każdy ma innego. Swojego.

Byłem w kościele

Dostałem zaproszenie na ślub. Poszedłem wiec do kościoła, który odwiedzam zwykle właśnie przy okazji ślubów lub pogrzebów. Pewnie niebawem dojdą do tego jeszcze chrzciny i komunie święte, bo jestem już w takim wieku, że znajomi wzięli się ostro za reprodukcję.

Jak było w kościele? Pomijając cześć związaną ze ślubem, strasznie nudno. Najpierw ktoś coś czytał, bez przekonania, bez wiary w słowa, które wypowiada. Bez sensu. Nawet nie wiem, czy to był ministrant, czy jakaś kobieta, bo każdy głos w systemie audio zastosowanym w tamtym kościele brzmiał niemal tak samo.

Potem opowiadał ksiądz. Mówił o małżeństwie. Mówił o tym, jak należy smakować małżeństwo. Jak trzeba odkrywać jego tajemnice. Bo małżeństwo to tajemnica (z greckiego misterium) – tak powiedział.

W sumie spoko. Mam tylko jedno ale… Dlaczego o tym, jak powinno wyglądać małżeństwo mówi ktoś, kto niestety nie ma o tym zielonego pojęcia? Ktoś, kogo wyedukował w tym temacie zapewne inny facet, który również praktyki w sprawach małżeńskich nie miał?

Przepraszam Pana księdza, ale musi Pan zrozumieć, że nie jest Pan dla mnie żadnym autorytetem w tej materii.

Równie dobrze mógłbym słuchać od grubego nieroba, który siedzi w dresie poplamionym sosem z pizzy, rad o wyprawach górskich. Grubasek może i potrafi ciekawie opowiadać, ale swoją wiedzę czerpał wyłącznie z jednej książki podróżniczej, wiec nie jest zbyt dobrym autorytetem. Dla zabicia czasu mógłbym go posłuchać, ale na pewno nie traktowałbym go jako mentora w sprawach związanych z przygotowaniem się na górską wyprawę.

A ksiądz? A ksiądz daje rady przed wyprawą w drogę zwaną małżeństwem. W drogę, o której czytał w jednej, ogólnie dostępnej książce. Książce, która jest najpopularniejszą książką na świecie.

Trochę słabo.

Oczywiście sprawa dotyczy konkretnie Kościoła Katolickiego, bo w niektórych odłamach Chrześcijaństwa księża mają żony. Tacy księża zapewne mają doświadczenie związane z prowadzeniem rodziny i wychowywaniem dzieci, i być może jest ono na tyle bogate, że mogą śmiało doradzać wiernym w tych tematach. Jednak mój ksiądz doświadczenia nie miał, więc rady dotyczące pożycia, które padały z jego ust, miały niewielką moc.

Bóg jak Android

Patrząc na wykresy przedstawiające aktualny stan fragmentacji Androida, widzimy niezły bałagan. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Poza różnymi wersjami Androida są jeszcze nakładki graficzne producentów oraz launchery firm trzecich.

Dzięki temu niemal każdy Android jest inny. Ja korzystam z Google Now, a ty nie. Ja mam Keep, a ty Evernote. Ja wolę Chrome, a ty Firefoksa. Ja mam klawiaturę SwiftKey, a ty tę od Google’a. A to tylko kilka różnic związanych z naszymi smartfonami.

Różnic jest wiele, ale laik i tak powie, że obaj korzystamy z Androida.

Dla mnie podobnie jest z Bogiem. Tylko ktoś, kto nie jest „w temacie” może powiedzieć, że Bóg jest jeden i taki sam dla wszystkich, a zasady które regulują, to jak powinna wyglądać wiara, pochodzą z jednego podręcznika.

Sorry, ale nie. Mój Bóg jest inny od twojego. Albo ja widzę go inaczej niż ty.

W kwestii wiary rozróżniam w zasadzie trzy pojęcia: Bóg, religia i Kościół. Bóg to Bóg, wiadomo. Religia to zbiór podstawowych zasad, które każdy powinien interpretować na własny sposób. Przynajmniej ja tak uważam. Trzecie miejsce to Kościół, czyli organizm, który mówi mi jak mam interpretować religię, Biblię itp.

Z tą interpretacją to generalnie mamy problem i przypomina ona polski system edukacji. W amerykańskich szkołach wykładowca pyta ucznia jak zrozumiał wiersz, a młodziak próbuje go przekonać do swojego zdania. W polskiej szkole jest inaczej. Nauczyciel ma program, a program ma interpretację. Jeśli uczeń inaczej zrozumiał utwór, dostaje jedynkę. Koniec tematu.

To chora sytuacja, która zabija kreatywność i jest sprzeczna z podstawowymi zasadami i prawami – takimi jak wolność słowa, czy wolna wola.

Kościół jest zacofany jak polska szkoła. Bardzo Ważni Ludzie decydują o tym co wolno, co należy, co trzeba, czego nie wolno. Decydują jak mam myśleć i jak mam interpretować Biblię, i decydują za mnie o tym, co jest ważne. Mówią mi, jakimi zasadami należy się kierować.

W tym kontekście zawsze przypomina mi się sytuacja, w której Wisława Szymborska została poproszona o interpretację własnego wiersza. Według standardów polskiego szkolnictwa oblała test. Dlaczego? Bo interpretowała go inaczej, niż nauczyciel.

Tak próbuje działać Kościół. Przepraszam, ale ja się na to nie godzę. Dobrym człowiekiem można być na tysiąc sposobów. Kościół może wskazywać pewne normy i zachowania, ale nie powinien ich narzucać, i bezwzględnie wymagać od wiernych. Świat nie jest zero-jedynkowy, tak jak nie ma jedynej słusznej drogi przez życie.

Oczywiście w Kościele zachodzą pewne zmiany, a w zasadzie próbują zachodzić. Mamy np. bardzo postępowego, odważnego i nowoczesnego Papieża. Tylko problem jest w tym, że nie wszyscy Bardzo Ważni Ludzie (starej daty) chcą go słuchać.

Wracając do pojęć technologicznych – sytuacja Kościoła Katolickiego wygląda jak proces aktualizacji Androida. Google inicjuje pewne zmiany, odpowiada na potrzeby użytkowników, ale producenci sprzętów nie śpieszą się z aktualizacjami smartfonów. Przez ich postawę i brak woli działania wielu klientów nigdy nie uświadczy najnowszych zmian.

Zupełnie jak w Kościele. W Archidiecezjach, diecezjach, parafiach.

Kościół jak Facebook

Kiedyś istniało takie pojęcie jak „Web 2.0”, które symbolizowało rewolucję w Sieci. W efekcie tych zmian powstał zupełnie nowy Internet. Internet (współ)tworzony przez dotychczasowych czytelników. Internet, za którego wygląd i kształt odpowiadają nie redakcje, ale użytkownicy. Szybko zrozumieliśmy, że to jest przyszłość. Szybko zauważyliśmy i doceniliśmy nowe możliwości.

Tymczasem Kościół został w tyle. Tam nadal jest ten sam, jeden ksiądz, któremu pomaga ministrant. I tyle. Czytają na zmianę jedną książkę i nic się nie zmienia.

Obrzędy się nie zmieniają. Jeśli byłeś w kościele za dzieciaka, a później w wieku kilkudziesięciu lat, to zauważasz, że w Kościele czas stanął w miejscu. To miejsce omija postęp technologiczny, pomijając nowe, atrakcyjne dla odbiorcy środki przekazu. Nie ewoluuje również język, teksty modlitw, tłumaczenie pisma świętego… Ich styl jest dla wielu osób zupełnie niezrozumiały, więc przekaz nie może dotrzeć, szczególnie do młodego człowieka.

Rozglądałem się po kościele w czasie mszy, i widziałem, że dla ludzi była to jakaś męczarnia. Szczególnie dla dzieci. A chyba nie powinna.

Katolicy powtarzają formułki, ale nie zdają sobie sprawy z sensu ich znaczenia, z przekazu, jakie niosą. Wierzący opierają się o pamięć mięśniową i przez lata klepią bezmyślnie słowa, które im raz wbito do głowy. A gdyby tak modlitwa własnymi słowami? Trudno, co? No trudno, bo mimo, że Kościół dopuszcza taką formę modlitwy, to nie uczy nas, jak mamy to robić.

Kościół powinien być nowoczesny, dostosowany do aktualnych realiów, do aktualnego języka, do aktualnych problemów, do aktualnych spraw, którymi żyją ludzie. A co mamy zamiast tego? Czytanie i tłumaczenie wydarzeń biblijnych na płaszczyźnie tamtych czasów. A jak to przenieść na współczesność? A jak te stare, często dzisiaj oderwane od rzeczywistości nauki zastosować w życiu?

Kościół powinien być otwarty na głos i opinie wiernych oraz tych mniej wiernych. Tych, którzy mają wątpliwości.

Bo w jaki sposób człowieka z wątpliwościami ma przekonać ksiądz, który nieustannie powtarza w kółko to samo? Który czyta od lat te same fragmenty Biblii? Przecież jeśli ta forma nie dotarła do kogoś przez wiele lat, to szansa, że za tysięczną lekturą Biblii w końcu dotrze, jest niewielka. Tu potrzeba nauczyciela, mentora, a nie lektora.

Chciałbym żeby Kościół był tworzony przez społeczność. Żeby osoby z doświadczeniem mogły na jego forum dzielić się swoimi przemyśleniami.

Kościół powinien być jak Facebook, lub platforma blogowa.

Każdy powinien mieć możliwość porozmawiania na forum z innymi. Oczywiście potrzebna byłaby jakaś moderacja, np. w formie konsultacji z księdzem tematów i kierunku dyskusji. Mówiąc, że kościół ma być jak Facebook, mam na myśli to, żeby czerpał z niego to co najlepsze, a nie to co najgorsze.

W Kościele Katolickim przy parafiach działają często stowarzyszenia, które mogą dysponować salką parafialną udostępnianą dla wiernych. Jednak to za małe otwarcie na głos wiernych. Spychanie osób mających coś do powiedzenia, lub chcących słuchać, do małego pomieszczenia w piwnicy, nie jest rozwiązaniem problemu. To Kościół powinien być otwarty na głos wiernych, to na mszy powinniśmy rozmawiać. A nie spotykać się małych grupkach po piwnicach. W końcu mówimy o najpopularniejszej religii na świecie, a nie o nielegalnych spotkaniach państwa podziemnego.

Jestem przekonany, że przemowa dotycząca rad dla młodego małżeństwa byłaby lepsza i bardziej wiarygodna, gdyby opowiadał ją ktoś, kto ma rodzinę i np. poradził sobie z problemami, które mogą dotknąć i mnie. Takich rad bym słuchał.

Podobnie rady dotyczące problemów z którymi borykają się wierni. Mamy temat uchodźców? Boimy się ich? Dlaczego więc w kościele nie mógłby pojawić się ktoś, kto zna kulturę, której obawiają się wierni? Ktoś kto powie jak jest, i będzie to wiedza bazująca na własnym doświadczeniu, a nie nabyta po lekturze jednej książki. Może nawet ksiądz misjonarz, ale nie ksiądz, który całe życie przesiedział na parafii w Pcimiu Dolnym, a Islam zna tylko z wykładów religioznawstwa w seminarium.

Kościół 2.0

Ostatnio słyszałem, że wszystkie firmy próbują być tech. Biedronka chce być tech, apteka chce być tech, każdy chce być tech. Bo tech oznacza dopasowanie do nowoczesnego świata. Tech oznacza, że jest się na bieżąco i jest się w stanie sprostać wszystkim problemom.

Kościół też powinien być tech. I nie mam tu na myśli wyłącznie wprowadzenia płatności kartami i smartfonami „na ofiarę”. Trzeba czegoś więcej. Może nowoczesnych rzutników, może funkcjonalnych stron internetowych, może aplikacji mobilnej, może spowiedzi online. Skoro Papież Franciszek rezerwuje bilet na Światowe Dni Młodzieży z iPada, to wierzę, że większość księży poradzi sobie z obsługą multimedialnych urządzeń, które wzbogacą formę przekazu podczas mszy.

Trzeba wykorzystać możliwości, jakie stwarzają nowe technologie. Trzeba dostosować język i komunikację tak, aby była zrozumiała dla wszystkich. Trzeba wprowadzić Kościół w nowoczesność.

Oczywiście tradycja jest ważna, zarówno dla Kościoła, jak i dla wiernych. Jednak nie można udawać, że świat stoi w miejscu i jakimś dziwnym zrządzeniem losu postęp omija tak ważną kwestię, jaką jest wiara.

Obawiam się też, że we współczesnym świecie na samej tradycji daleko się nie zajedzie.

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement