O tym jak Roman Giertych prawie zmusił Fakt.pl do odpowiadania za swoich czytelników

Artykuł/Technologie 05.03.2015
O tym jak Roman Giertych prawie zmusił Fakt.pl do odpowiadania za swoich czytelników

Roman Giertych jako bohater polskiej sceny politycznej budzi bardzo mieszane emocje, jednak jako mecenas Giertych jest jednym z najbardziej uznanych adwokatów w kraju. W swojej batalii przeciwko Fakt.pl niemal udało mu się zakwestionować konstrukcję notice and takedown, która znajduje odzwierciedlenie nie tylko w polskim, ale i m.in. europejskim czy amerykańskim ustawodawstwie.

Fundamentem myślenia o prawie w sieci jest zasada, że hostingodawca lub administrator strony internetowej nie mogą, a w każdym razie nie powinni odpowiadać za poczynania swoich użytkowników. Wyobraźcie sobie jak niespokojny sen mieliby Przemek Pająk czy Mateusz Nowak na myśl o tym, że ktoś z Was, gdzieś tam, w środku nocy, pod artykułem sprzed pięciu lat, na przykład wkleja jakieś niecne rzeczy. Albo Mark Zuckerberg zobligowany do kontrolowania wszystkich postów na Facebooku. Albo twórcy YouTube’a, którzy z urzędu kontrolują osobiście każdy filmik, czy aby nie narusza praw autorskich (choć ci ostatni akurat starają się w choć ograniczonym zakresie kontrolować takie rzeczy za pośrednictwem specjalnych systemów skanowania treści).

Wraz z rozwojem internetu stało się oczywiste, że kontrolowanie użytkowników stron stałoby się niemożliwe, a nakładanie na administratorów takich obowiązków byłoby – nieludzkie. Pojawiły się nawet, zapewne słuszne, głosy, że nakładanie takie wymogu byłoby prostą drogą do wprowadzenia cenzury w sieci, bo jaka byłaby pierwsza decyzja Spider’s Web, w sytuacji, gdy musiałby prawnie odpowiadać za Wasze komentarze? Oczywiście – rezygnacja z pozostawienia pola na Wasze wypowiedzi. W wielu aspektach internet cofnąłby się do lat 90-ych, ograniczając do roli pozbawionej interakcji platformy publikacji treści.

Dlatego też w 1998 roku potrzebę ochrony administratorów stron i hostingodawców dostrzegli Amerykanie, chwilę potem rozwiązanie to wdrożyli Europejczycy, a jeszcze chwilę później, już na gruncie lokalnym, Polacy. Przepisy te są stosunkowo zrozumiałe bez głębszej analizy, natomiast zachęcam do zapoznania się z nimi dla celów dalszej dyskusji:

Art. 14. 1. Nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych.
2. Usługodawca, który otrzymał urzędowe zawiadomienie o bezprawnym charakterze przechowywanych danych dostarczonych przez usługobiorcę i uniemożliwił dostęp do tych danych, nie ponosi odpowiedzialności względem tego usługobiorcy za szkodę powstałą w wyniku uniemożliwienia dostępu do tych danych.
3. Usługodawca, który uzyskał wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze przechowywanych danych dostarczonych przez usługobiorcę i uniemożliwił dostęp do tych danych, nie odpowiada względem tego usługobiorcy za szkodę powstałą w wyniku uniemożliwienia dostępu do tych danych, jeżeli niezwłocznie zawiadomił usługobiorcę o zamiarze uniemożliwienia do nich dostępu.
4. Przepisów ust. 1-3 nie stosuje się, jeżeli usługodawca przejął kontrolę nad usługobiorcą w rozumieniu przepisów o ochronie konkurencji i konsumentów.

Art. 15. Podmiot, który świadczy usługi określone w art. 12-14, nie jest obowiązany do sprawdzania przekazywanych, przechowywanych lub udostępnianych przez niego danych, o których mowa w art. 12-14.

Roman Giertych, eks-polityk, prawnik, ale też osoba publiczna, w rezultacie czego bywa bohaterem prasy bulwarowej. Jak relacjonują Wirtualne Media, znanemu adwokatowi nie spodobało się, że pod artykułami na łamach fakt.pl w komentarzach naruszane są jego dobra osobiste i bazując na przepisach kodeksu cywilnego oraz prawa prasowego pozwał wydawcę serwisu oczekując skasowania komentarzy, opublikowania przeprosin na łamach popularnych serwisów internetowych oraz wypłaty zadośćuczynienia.

W odpowiedzi wydawca – Ringer Axel Springer Polska – powołał się na ustawę o świadczeniu usług drogą elektroniczną uwalniając od odpowiedzialności za poczynania swoich użytkowników. Sporne komentarze miały być natomiast pokasowane z chwilą otrzymania odpisu pozwu. Powództwo Romana Giertycha zostało oddalone w pierwszej instancji, zostało też oddalone w toku apelacji, jak również złożona do Sądu Najwyższego skarga kasacyjna nie spotkała się ze zrozumieniem sądownictwa.

Wydaje mi się, że również w toku swojej batalii, a co duże media relacjonujące sprawę przeoczyły, mecenas Giertych z art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, zdecydował się również na złożenie skargi konstytucyjnej. Możemy w jej uzasadnieniu przeczytać jakie argumenty przyświecały popularnemu prawnikowi.

Zdaniem skarżącego przyjęta w orzecznictwie sądowym wykładnia art. 14 ustawy o świadczeniu usług, stosownie do której wydawca prasy elektronicznej może zwolnić się od odpowiedzialności za naruszenie dóbr osobistych, spowodowane umieszczaniem komentarzy przez internautów na stronach gazety elektronicznej, ogranicza w sposób nieproporcjonalny prawo do ochrony czci i dobrego imienia, wynikające z art. 47 Konstytucji i art. 8 Konwencji. Ponadto zakwestionowany przepis – w zakresie, w jakim przewiduje odmienny od przepisów ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, poz. 24 ze zm.; dalej: prawo prasowe) oraz przepisów kodeksu cywilnego standard odpowiedzialności odszkodowawczej za naruszenie dóbr osobistych – ma być niezgodny z art. 2 Konstytucji. Ograniczenie odpowiedzialności ma polegać na tym, że nie powstaje ona z chwilą zamieszczenia na administrowanej przez niego stronie treści naruszających dobra osobiste, a dopiero wtedy, gdy administrator strony internetowej dostanie wiadomość o treściach mogących naruszać dobra osobiste i pod warunkiem, że niezwłocznie ich nie zablokuje.

Jak wyjaśniono w skardze konstytucyjnej, przyczyną naruszenia konstytucyjnych praw skarżącego nie jest bezpośrednio treść art. 14 ustawy o świadczeniu usług, ale jego wykładnia ukształtowana w orzecznictwie sądowym, która uznaje ten przepis za lex specialis względem art. 24 k.c. i art. 37 oraz art. 38 prawa prasowego. Taka wykładnia oznaczać ma przyzwolenie organów władzy publicznej na naruszenia dóbr osobistych jednostek i niczym nieuzasadnione zróżnicowanie standardu ochrony czci i dobrego imienia, w zależności od tego, czy naruszenie dóbr osobistych ma miejsce w tradycyjnej prasie, czy w prasie elektronicznej.

Zdaniem skarżącego przepis zastosowany przez sądy w jego sprawie nie może mieć zastosowania do prezentowania komentarzy internautów pod artykułami prasowymi. Ustawa o świadczeniu usług ma zastosowanie w szczególności do sfery obrotu gospodarczego oraz wymiany informacji przez Internet. Sądy błędnie nie uznają komentarzy zamieszczanych pod materiałami prasowymi publikowanymi na portalach internetowych za listy do redakcji, za które odpowiedzialność ponosi wydawca na zasadach określonych w prawie prasowym.

Niezależnie od powyższych uwag, przyjęcie zróżnicowanych standardów ochrony czci i dobrego imienia oraz godności osobistej jednostek – w zależności od tego, czy naruszenie dóbr osobistych nastąpiło w prasie, czy Internecie – stanowi nieproporcjonalne ograniczenie prawa do ochrony życia prywatnego i rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz narusza standardy demokratycznego państwa prawa.

Trybunał Konstytucyjny ostatecznie również zdecydował się na umorzenie postępowania.

Niezwykle utalentowany na sali sądowej mecenas Giertych jest jedną z tych nielicznych osób, które w istocie, z perspektywy zaledwie adwokata, są w stanie zmieniać sposób interpretacji prawa. W tej sprawie w mojej ocenie nie miał racji, co na szczęście potwierdziły trzy kolejne sądy oraz Trybunał Konstytucyjny, jednakże kreatywność przyjętej argumentacji może wzbudzać podziw. Prawnik najpierw próbował podkreślić równość portalu internetowego z papierowym tytułem prasowym, a następnie obrócić to na swoją korzyść wykorzystując niedoskonałość ustawy, która w tym roku będzie świętowała swoje 31 urodziny. Moim zdaniem ten karkołomny projekt mógłby nawet mieć szanse powodzenia, gdyby nie mocne osadzenie n&t w międzynarodowym prawie.

Nie wydaje mi się, by konstrukcja notice and takedown była Romanowi Giertychowi obca czy niezrozumiała. Cała sprawa pokazuje raczej pewnego rodzaju desperację i determinację osób publicznych, które – cóż – w polskim internecie nie mają łatwo.

kralkaJakub Kralka – prawnik, specjalizuje się we własności intelektualnej i problemach prawa cywilnego, wspiera nowe media, artystów, startupy i e-commerce, autor bloga Techlaw.pl – Prawo Nowych Technologii. W lutym szczególnej uwadze polecam Zmasowany atak copyrightowych trolli – moje stanowisko oraz dział prawo autorskie.

Więcej wieści na temat logo techlaw Prawa Nowych Technologii w serwisie Facebook. O prawie i nowych technologiach mikrobloguję też w serwisie Twitter: @jakubkralka.

*Zdjęcia pochodzą z Shutterstock

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement