Piotr Lipiński: CZAS SMARTWATCHA, czyli nadciąga tsunami

Felieton/Sprzęt 22.02.2015
Piotr Lipiński: CZAS SMARTWATCHA, czyli nadciąga tsunami

Poczułem się, jakbym właśnie zasiadł w jury konkursu Miss World. Na scenie kandydatki po kolei zapewniały, że najbardziej w życiu pragną walczyć o pokój oraz zmniejszać dziurę ozonową. Bez wątpienia były śliczne. Choć niezbyt mądre.

To uczucie dopadło mnie w chwili, gdy przystanąłem przed wystawą z drogimi zegarkami. Wszystkie były piękne. Żaden jednak nie imponował mądrością. Nagle cała ich uroda zbladła, gdy uświadomiłem sobie, że jedno z drugim nie idzie w parze. A właśnie takiego dobranego duetu dziś bym oczekiwał – co nawet mnie samego zaskoczyło. Świat się zmienia, więc ja również.

Chciałby pracować w Rolexie lub Breitlingu. Nie w nadziei na pracowniczą zniżkę na zegarki. Chyba ja dostają, bo przecież stróż na parkingu nie może nosić taniego Timexa. Ale ja po prostu chciałbym się dowiedzieć, co dzieje się w głowach szefów tych firm na wieść o nadciągającym smartwatchowym tsunami. Po którym świat może będzie wyglądał już trochę inaczej, a pensje zegarmistrzowskich prezesów zmaleją.

Można wciąż szczycić się produkcją luksusowych zegarków, a nie jakiś tam badziewnych smartwatchy z „Biedronki”.

Szefowie Nokii też kiedyś uważali, że projektują najlepsze na świecie „komórki”. I mieli nawet sporo racji. Tylko nie zauważyli momentu, kiedy smartfony zaczęły się coraz bardziej rozpychać na rynku. Oczywiście łatwo takie obserwacje czynić z perspektywy czasu. Na bieżąco znacznie trudniej, bowiem jak głosi ludowa mądrość, gdyby ktoś wiedział, że się przewróci, to by się położył.

zegarek

Zapewne szwajcarscy zegarmistrze już jakiś czas temu dostrzegli – z zażenowaniem, jak mniemam – że wyrosło pokolenie, dla którego zegarek jest wyłącznie zbędnym odważnikiem na nadgarstku. Dla tej generacji wystarczającym chronometrem od wielu lat jest telefon komórkowy, a w ostatnich latach rozpychający się coraz bardziej na mobilnym rynku smartfon.

Często się mówi, że zegarek to jedyna biżuteria, jaką wypada nosić mężczyźnie. Może oprócz spinek do koszuli i krawata.

Ale prawdę mówiąc to pewnego rodzaju uproszczenie. Zegarki elektroniczne – a takich jest przytłaczająca większość – są umiarkowanie luksusowe. Często przypominają raczej naszyjniki z pereł dorzucane gratis do kobiecych pism. Z biżuterią więc można je co najwyżej pomylić.

Zegarki przez stulecia przebyły drogę od produktu luksusowego do masowej tandety. Pamiętam, jak w latach 80. ubiegłego wieku zaszokowały mnie w Turcji zegarki po dolarze. Choć dolar był wówczas nieporównywalnie więcej wart w Polsce, niż dzisiaj, to i tak zegarek za dolara wydawał się czymś niewiarygodnie tanim. A dziś za dolara można już kupić nawet Rolexa czy Breitlinga. W pewnym sensie oczywiście – po pierwsze w Chinach, a po drugie podróbkę. Bliżej Europy cena wzrasta.

Spośród wszystkich zegarków tylko te mechaniczne, pieczołowicie nakręcane przez właścicieli, mogą dziś spać spokojnie w obliczu smartwatchowej rewolucji. Wciąż będą trzymały swą wysoką – czasami niebotyczną – wartość. Są klasą samą dla siebie i tak już pozostanie. Ale wszystkie te elektroniczne wynalazki, choćby ich ceny sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, choćby reklamowała je królowa Elżbieta II , to i tak pozostaną jedynie namiastką luksusu. I być może to właśnie one trafią na śmietnik historii. Bo nie są ani za ładne, ani za mądre.

Właśnie o mądrość dzisiaj chodzi. Smartwatche, choć cierpią na wiele chorób wieku dziecięcego, to pokazują ciekawy kierunek: może każdy zegarek powinien być smartwatchem?

Skoro już go noszę, to może wziąłby się do roboty i służył do czegoś więcej, niż tylko pokazywania godziny?

apple-watch

Może sama „zegarkowatość” w niemal wszystkich zegarkach przestanie odgrywać pierwszoplanową rolę? Tak jak w smartfonach rozmowy głosowe straciły na znaczeniu w porównaniu z całą masą innych funkcji. A przecież zaledwie kilka lat temu wydawało się, że „komórki” służą tylko do gadania, ewentualnie do sms-owania. Tak, jak dziś wydaje się, że zegarki służą tylko do sprawdzania godziny.

Od kiedy pamiętam, zawsze lubiłem, żeby zegarek umiał coś więcej, niż tylko pokazywać godzinę. Dlatego już w dzieciństwie fascynowały mnie zegarki z kalkulatorami. Szczytem elegancji to one nie były, ale cieszyły nietypowymi możliwościami.

Zanim pojawiły się „komórki”, zegarek był najbardziej osobistym „urządzeniem”. Ogromna część ludzkości nie nosiła przy sobie żadnego innego „urządzenia”, może z wyjątkiem długopisu. Ten potencjał „osobistości” dziś praktycznie się marnuje. Jak już tacha się ze sobą zegarek, to przydałoby zrobić dzięki niemu coś więcej. Może otworzyć drzwi do domu? Może odpalić silnik w samochodzie? Może nagrać krótkie przypomnienie, żeby przechodząc obok sklepu nie zapomnieć o ziemniakach? W końcu podnieść do góry rękę z zegarkiem jest zwykle wygodniej, niż sięgnąć do kieszeni po smartfona.

Muszę się przyznać, że nie doceniałem najprostszej funkcji, jaką oferują smartwatche.

Bije się więc w piersi i stwierdzam, że przekonałem się do powiadomień, wyświetlanych na dowolnym urządzeniu znajdującym się na nadgarstku. Wydawało mi się, że to kwiatek do kożucha albo skóra do Tico. Tymczasem od kiedy używam opaski fitnessowej z funkcją powiadomień zauważyłem, że wygodniej i szybciej dzięki niej mogę się zorientować, kiedy i kto mnie dręczy, gdy zażywam kąpieli. Że już nie wspomnę o tych wiekopomnych chwilach, gdy postanawiam pobiegać. Rzecz jasna to efekt durnego przyzwyczajenia się do reagowania na wszystkie brzęczące bodźce. Telefon wydaje jakiś dźwięk, a ja już czuję się zobligowany, żeby odebrać rozmowę, przeczytać sms-a, zobaczyć, kto przysłał maila. Trudno – żyję już w tym dziwacznym świecie i dzięki opasce nie przeżywam katuszy, że o nadesłanej wiadomości dowiem się za dwadzieścia sekund, a nie już, natychmiast. Dlatego nabrałem przekonania, że te powiadomienia powinien wyświetlać każdy, najbardziej nawet zwykły zegarek. Że kategoria smartwatchy powinna wyginąć z jednego powodu – nikt już nie będzie używał tej nazwy, bo każdy zegarek będzie smartwatchem (pomijam, jak już wspomniałem, zegarki mechaniczne).

klasyczny-zegarek

Oczywiście, gdy o nowym mailu na raz informuje komputer, leżący koło niego smartfon, wijąca się na nadgarstku opaska – można zwariować. Jeszcze tylko brakuje, żeby powiadomienia wyświetlał odkurzacz albo sokowirówka.

Bardzo jednak jestem ciekaw, jak rynek zegarków będzie wyglądał za kilka lat. Czy po smartwatchowym tsunami zmienią się główni gracze, czy może wszystko wróci do starego?

Prawdę mówiąc nie wymagam od smartwatchy inteligencji na poziomie laureata nagrody Nobla. Wystarczy mi średnio rozgarnięty Withings, który uzyskał ciekawy stan równowagi pomiędzy apetytem na energię a swoimi umiejętnościami.

Na razie możemy naśmiewać się z czasów czuwania wielu smartwatchy. Ale trudno zaprzeczyć, że próbują jakoś usprawnić nasze życie.

A zwykłe zegarki dawno zatrzymały się w rozwoju, jakby to właśnie im wyczerpała się bateria.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część zdjęć pochodzi z Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement