Piotr Lipiński: BYŁEM PIRATEM, czyli podstępny Microsoft

Piotr Lipiński: BYŁEM PIRATEM, czyli podstępny Microsoft

Byłem „piratem”. I nie uważam tego za powód do dumy. Raczej przyznaję ze wstydem, który gwałtownie szuka usprawiedliwienia. Na różne pokrętne sposoby, rzecz jasna.

Podobno gdzieś żyją Polacy – może w Ameryce? – którzy w latach 90. ubiegłego wieku nie „piratowali” oprogramowania. Ja takich nigdy nie spotkałem. Pewnie ukrywali się jak Yeti – też go nigdy nie widziałem. Ale dla jasności dodam, że w Himalajach dotąd nie byłem, a dopiero się wybieram. Może więc spotkam Yeti, który dumnie powie:
– W latach 90. ubiegłego wieku mieszkałem w Polsce i zawsze płaciłem za Windowsy.

Dziś nie przychodzi mi do głowy, żeby nie zapłacić za system operacyjny. Wówczas ani myślałem o tym, żeby za niego płacić. Pomijając fakt, że coraz rzadziej ktoś chce ode mnie za niego pieniądze.

Niemal wszyscy w Polsce zaczynali wówczas przygodę z komputerem od „piractwa”. Przez wiele lat nawet firmy posługiwały się nielegalnym oprogramowaniem. Spotkałem nawet takiego cwaniaczka, który instalował firmom jako legalne „pirackie” wersje Windows. Pobierając opłaty jak za legalne wersje.

Usprawiedliwienia bywały różne. Że bieda. Że drogo. No i jeszcze przecież Zachód zdradził nas w Jałcie, więc teraz niech ma za swoje.

Polska to był wówczas trochę taki Dziki Zachód na wschodzie. Kraj był pewnego rodzaju pomostem pomiędzy PRL-em a dzisiejszą Polską. Uchodziły w nim rzeczy, które dziś są wstydliwe, jak noszenie białych skarpetek do garnituru. Albo słuchanie disco-polo (za przeproszeniem szanownych fanów zespołu „Weekend”, który niedawno bił rekordy popularności w Deezerze).

microsoft-windows-piractwo-office-komputer

O ile mnie pamięć nie myli, prawo jeszcze nie zabraniało rabowania oprogramowania. Bo w ogóle prawo zawsze o wszelkich nowinkach dowiaduje się ostatnie. Nie wspominało więc o żadnej tam własności intelektualnej. Bo jak czegoś nie można wziąć do ręki, to przecież nie da się też ukraść.

Podobnie było z muzyką – na ulicach handlarze w majestacie prawa oferowali kasety, które kopiowali nie pytając nikogo o zgodę. I nikomu nie płacąc. Ale choć procedery te nie naruszały prawa, to nie mam wątpliwości, że moralnie były podłe. Bo nie wszystkiego musi zabraniać prawo, żebyśmy tego nie robili. Można na przykład nosić sandały do garnituru (sam to kiedyś widziałem na debacie związanej z ACTA), choć nie za bardzo wypada. W ostateczności zaś trzeba pamiętać, że nie należy wówczas chociaż zakładać skarpetek.

Wielką rolę w rozwoju komputeryzacji w Polsce odegrały giełdy komputerowe – te olbrzymie siedliska „piractwa”.

To na nich zdobywało się – jak dziś na torrentach – „pirackie” oprogramowanie. Płacąc paserowi. Jak dla mnie to było jednak zbyt obrzydliwe -zawsze od kogoś dostawałem dyskietki z „instalkami”.

„Piractwo” miało taką szczególnie podłą cechę – ludzie się na nim bogacili. Nie ukrywam, że zawsze mnie to szczególnie irytowało. Ale prawdę mówiąc tak to do dziś pozostało – w końcu strony z torrentami żyją z reklam. Bo wcale nie chodzi na nich o żadną wolność, tylko po prostu o kasę.

Najbardziej pewnie po kieszeni dostało się wówczas Microsoftowi. To dzięki jego systemom operacyjnym Polacy w ogóle mogli korzystać z komputerów. Wykrwawiali się na zakup sprzętu, „oszczędzając” na systemie operacyjnym. W tych wspomnieniach pomijam fakt, że Windowsy były nieporównywalnie droższe, niż dzisiaj – i trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby Microsoft oferował je już wtedy znacznie taniej.

gry-komputerowe-piractwo

Ja w każdym razie od dłuższego czasu płacę Microsoftowi za jego oprogramowanie. Choć w ostatnich latach korzystam z niego znacznie rzadziej, niż w początkach mojej przygody z komputerami. Przeprowadziłem się po prostu do sadowniczego rezerwatu Apple. Żyje mi się w nim generalnie miło, wygodnie i nawet nie bardzo przejmuję się, że Putin od pewnego czasu przepłaca za jabłka. Nawet myślałem, że na wiele lat zapomnę o Microsofcie. Ale nie miałem racji.

Microsoft okazał się podstępny. I bardzo mi się to spodobało.

Chociaż od kilku lat używam komputerów Apple, to moim głównym narzędziem pozostał pakiet Office. To wciąż standard w świecie dziennikarsko-wydawniczym. Każdy tekst przed publikacją przechodzi przez tyle rąk – czy raczej: przez tyle komputerów – że tylko zastosowanie standardu w postaci Microsoft Worda pozwala nad tym jakoś zapanować. Właśnie teraz z redaktorką mojej nowej książki dziennie wymieniam się kilkoma wersjami plików z kolejnymi rozdziałami. Gdybyśmy korzystali z różnych programów, dawno by nam się pogubiły wzajemne uwagi w tekście, propozycje zmian, prośby o wyjaśnienie. Kiedyś takich problemów nie mieliśmy, bo większość poprawek robiliśmy na papierze, a ten jest kompatybilny z każdym długopisem.

Pewnego dnia, kilka miesięcy temu, Microsoft udostępnił użytkownikom pakietu Office 365 za darmo „chmurę” znacznie większą, niż używany przeze mnie Dropbox i Google Drive. Na próbę przeniosłem więc tam trochę swoich plików. O dziwo – nie zniknęły. A nawet się nie „zawiesiły”. Wyraźnie Microsoft zerwał ze swoimi tradycjami, jakby się ich wstydził.
Potem więc wrzuciłem kolejną paczkę. Aż po kilku tygodniach okazało się, że w „chmurze” Microsoftu trzymam więcej „wagowo” plików, niż razem na Dropboxie, Google Drive i iCloud (o którym zresztą przeważnie nie pamiętam, że go w ogóle mogę użyć).

Oczywiście w microsoftowej „chmurze” trzymam mniej ważne pliki – bo kto by tym z Redmond ufał. Nie mogę tak od razu poddać się i na nowo paść w objęcia Microsoftu.

Ale tymczasem ten microsoftowy cwaniaczek zastosował sprytny manewr. Kupił firmę Acompli, produkującą klienta pocztowego na iOS. Rebrandował go i wypuścił jako Outlooka.

apple-macbook-notebook-komputer

O Acompli przyznaję, nigdy wcześniej nie słyszałem. Ale kiedy przeczytałem pozytywne opinie o Outlooku, wypróbowałem go. I muszę zgodzić się z entuzjazmem recenzentów – Outlook posiada to wszystko, czego brakowało mi w natywnej aplikacji Mail i czego nie znalazłem w aplikacji Gmaila. Nie będę zanudzał opisami, pozostanę przy stwierdzeniu, że moje palce polubiły Outlooka.

Kryje się w tym jednak pewna perwersja – używam programu Microsoftu (na dokładkę rebrandowanego) do obsługi poczty Google na sprzęcie Apple. To powinno spowodować cierpienia, przy których młody Werter znacznie szybciej strzeliłby sobie w głowę, niż z powodu jakiejś tam miłości. Przecież najwygodniejszym rozwiązaniem powinno być trzymanie się swojego rezerwatu, bo w innym można co najwyżej zarobić w dziób. Jak ktoś ma iPhone’a i iMaca, i coś tam jeszcze na „i”, to powinien pozostać przy programach Apple. A tymczasem okazuje się, że konkurenci z powodzeniem wkradają się na teren owych „rezerwatów”.

Outlook na iPhone’a ma wbudowany kalendarz – ale po co mi to cholerstwo, skoro ja od dawna korzystam ze świetnego Sunrise? I tu mnie Microsoft ostatecznie dobił – kupił Sunrise. Pewnie z czasem zintegruje go z Outlookiem.

I tak w kilka miesięcy bezwiednie znalazłem się znowu w objęciach – na razie delikatnych – Microsoftu. Ale już się złapałem na niepokojącym zachowaniu – sprawdziłem, czy nie mam licencji na desktopowego Outlooka. Bo kto wie, czy za kilka miesięcy nie okaże się, że zastąpię nim również komputerowe aplikacje.

Jak żyć, Timie Cooku, jak żyć?

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Część zdjęć pochodzi z Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement