Piotr Lipiński: SPRYTNY REZERWAT, czyli uzależniony od Garmina

Felieton/Sprzęt 10.01.2015
Piotr Lipiński: SPRYTNY REZERWAT, czyli uzależniony od Garmina

Jest taka firma, która regularnie doprowadza mnie do szału. A ja z pełnym oddaniem kupuję kolejne jej produkty. Typowy związek miłosno-nienawistny czy też sado-masochistyczny. Firma nazywa się Garmin.

Produkuje przeróżne urządzenia elektroniczne. A to pokazujące dzięki GPS-owi drogę do domu, jak się człowiek zagubi w realnym świecie (podobno taki nadal istnieje). A to wspomagające sportowe treningi, jak wyczerpujący bieg wokół osiedla, podczas którego wyprzedza nas spacerujący Robert Korzeniowski.

Parę dni temu kupiłem opaskę fitnessową  Vivosmart, która potrząsa mną za każdym razem, gdy za długo siedzę przy biurku. Badania naukowe bowiem dowiodły – jak informuje Garmin – że długie okresy przebywania w bezruchu powodują tycie. Inne badania zapewne wykazały, że na wyniki sprzedaży dowolnego urządzenia znacząco wpływa stworzenie naukowego uzasadnienia.

Vivosmart uwiódł mnie swym dyskretnym wyglądem. Zakładając go na rękę wyglądamy, jakbyśmy po prostu otoczyli nadgarstek kawałkiem czarnej gumy. Ja planuję owinąć Vivosmarta jakimiś buddyjskim rzemykami, aby wyglądał bardziej intrygująco, ekscytująco a nawet ekologicznie.

Garmin sam już wpadł na podobne rozwiązanie i właśnie zaprezentował nowy model innej swojej opaski Vivofit. Jak możemy się domyślić, ów udoskonalony model nazywa się Vivofit 2. Usprawnienia poszły bardzo daleko – do Vivofita 2 można dokupić znacznie więcej ozdobnych, wymiennych opasek, niż do jego poprzednika. Elektronika pozostała mniej więcej taka sama. Gdyby NASA była równie sprytna, co roku prezentowałaby nowy prom kosmiczny, różniący się od poprzedniego kolorem skrzydeł.

Garmin od dawna żeruje na tym, że nie potrafię uprawiać sportu, jeśli coś nie zlicza moich postępów. Nie żadnych tam udziałów w wyścigach, ale po prostu kilometrów, kroków, tętna.

mg-05-lg

Czy można biegać bez zegarka treningowego Garmina? Podobno można. Tylko po co? Przecież marnują się kilometry, których nic nie rejestruje. Tu pragnę zauważyć, że zwycięzcy maratonów czasami mają nawet po kilka zegarków biegowych. Nawet takich całkiem żywych. To zdążający z nimi pacemakerzy, którzy nadają tempo i odpadają przed metą, żeby nie wyprzedzić pracodawcy.

Dzięki pulsometrowi – również Garmina – podejrzewam, że plasowałbym się w światowej czołówce, gdyby organizowano zawody w osiąganiu tętna maksymalnego. Wystarczy, że przebiegnę kilka metrów, a już mój puls staje się niebezpieczny dla zdrowia. I tak na krawędzi życia i śmierci balansuję już do końca biegu. Gdyby nie pulsometr, nigdy bym się nie dowiedział, jak ekstremalnie niebezpieczną dyscypliną jest bieganie.

Kiedy tylko kupiłem Vivosmarta, wszystko było mniej więcej tak, jak z innymi urządzeniami tego producenta. Całkiem dobrze działało trzy dni. Potem jednak nadszedł pierwszy styczniowy weekend i padł serwis Garmin Connect. A to on obsługuje informacje z różnych urządzeń treningowych i turystycznych. Zupełnie mnie to jednak nie zaskoczyło – ten sam serwis od lat zbiera dane z mojego zegarka biegowego. Za każdym razem, kiedy działa, jestem mile zaskoczony, jak na widok rachunku za prąd, od kiedy zainstalowałem led-owe żarówki.

Po weekendzie siedziałem zirytowany, że chociaż odrodził się Garmin Connect, to wciąż nie chciał być „connect” z MyFitnessPal. Garmin namówił mnie wcześniej do powiązania swojego i tego dietetycznego serwisu. I nagle niespodzianka. Być może dla pocieszenia zirytowanych użytkowników Garmin na tragach CES zaprezentował kilka nowych urządzeń. Zawsze podejrzewałem, że sprzedawanie nowych gadżetów jest łatwiejsze, niż utrzymywanie przy życiu starych. Cóż, trudno, nie można mieć wszystkiego, jak powiedział Forrest Gump na widok rozumu.

mg-07-lg

Przy okazji okazało się, że Garmin czytał w moich myślach, bo kiedy tylko przed południem pogadałem z kolegą o zegarku multisportowym Fenix 2, Garmin po południu właśnie na CES zaprezentował jego następcę. Tak, domyślacie się nazwy – to Fenix 3. Jest tak naszpikowany możliwościami, że samo skonfigurowanie go wystarczy za intelektualną rozgrzewkę, jeśli właśnie startujemy w turnieju szachowym.

Nowe Garminy – oprócz Fenixa 3 pojawiły się też Epix i Vivoactive – wyglądają na znakomite urządzenie. Coś zbliżonego do smatwatchy, bowiem odbierają na przykład powiadomienia o mailach. Ale przede wszystkim to urządzenia sportowe, dla amatorów i dla zawodowców. Znakomite, powtórzę, pomijając tylko fakt, że przez pierwsze pół roku po premierze nie będą działały. Ale kolejne udoskonalenia oprogramowania doprowadzą je do stanu używalności. Jakoś tak dziwnie potoczyły się losy współczesnych technologii, że niektóre firmy nie wynajmują betatesterów, ale jeszcze od nich biorą pieniądze.

Pomysły programistów Garmina zawsze mnie zadziwiały. Na przykład w swojej prostocie nigdy nie pojąłem, dlaczego oprogramowanie Garmina zainstalowane w komputerze wyznacza trasy inaczej, niż ręczne urządzenia turystyczne albo nawigacja samochodowa. Korzystając z tych samych map i tych samych preferencji trasy. Nigdy też nie potrafiłem pojąć garminowskiego pędu do mnożenia oprogramowania.

Na moim głównym komputerze mam zainstalowane cztery programy Garmina. Jeden do przeglądania map, drugi do wysyłania map na urządzenie, trzeci do instalowania map na iMacu a czwarty do zgrywania treningów. A jeszcze powinienem mieć soft do update’owania urządzeń albo do wgrywania baz fotoradarów. Podejrzewam, że firma posiada kilka działów, które ścigają się, kto w tym tygodniu wypuści więcej programów.

(Przepraszam, teraz nastąpi krótka przerwa, bo Vivosmart trząchnął mną, abym trochę pochodził. Pójdę więc po czekoladę).

czekolada

Wróciłem pokrzepiony, aby się przekonać, że teraz Garmin Connect wyświetla taki ładny napis, że wciąż mają problemy z synchronizacją. Być może powinien pozostać jako stały element ozdobny serwisu.

Niezliczoną ilość razy podejrzewałem, że moje najważniejsze od kilku lat urządzenie Garmina, zegarek treningowy Forerunner 610, zepsuł się bezpowrotnie. A to włączał się niesłychanie długo. A to zamiast ładować się, po podłączeniu do ładowarki rozładowywał się (znalazłem nawet w Internecie wytłumaczenie tego zaskakującego procesu).

Kiedyś miałem przez chwilę nawigację turystyczną Dakota 20, której funkcje żywotne polegały głównie na zawieszaniu się. Coś tam nie udało się Garminowi z jakąś serią urządzeń. Następna już działała w miarę dobrze.

Wciąż czasami używam garminowskiej nawigacji samochodowej. Jej ekran dotykowy jest tak dziwny, że kiedy zapragnę przesunąć mapę w okolicach Krakowa, to ląduję w Bukareszcie.

garmin-mg-02-lg-2

Ale zrezygnować z urządzeń Garmina nie potrafię.

Spryciarze wmanewrowali mnie podstępnie w takie uzależnienie, że odwyk jest prawie niemożliwy. Garmin po prostu zaspokaja moje potrzeby i sportowe, i turystyczne. W jednym miejscu gromadzę informację dotyczące biegów i co ciekawszych podróży. Na dokładkę do jednego i drugiego przydają się te same mapy. Garmin to po prostu kolejny elektroniczny ekosystem. Tak jak Apple stworzył swój „rezerwat”, czerpiąc korzyści z przywiązania klientów.

Jedni i drudzy co chwilę proponują coś nowego, lepszego. Choć czasami „nowość” dominuje nad „lepszością”.

W imieniu posiadaczy Fenixa 2 zakrzyknę – litości, przecież ten zegarek nie ma jeszcze roku! Dlaczego więc wypuszczacie już jego następcę, czyli Fenixa 3? Ten jest oczywiście lepszy, ale trudno go uznać za istotny przełom.

Apple przyzwyczaiło nas do regularnego cyklu zmian – co dwa lata nieco większy upgrade, po drodze mniejszy. Cykl w gruncie rzeczy absurdalnie krótki, ale przynajmniej przewidywalny. Jeśli jednak Garmin wypuszcza następcę pierwszej generacji Fenixa po kilkunastu miesiącach, a drugiej po zaledwie kilku, to zakup nowego ma sens tylko godzinę po premierze. Bo a nuż w przyszłym tygodniu pokażą coś nowszego?

A prawda, zapomniałem. Garmin ma na to świetny patent. Jego urządzenia zaczynają działać dopiero kilka miesięcy po premierze. Co nie zmienia faktu, że i tak pozostanę pewnie jeszcze długo ich wiernym fanem.

Chyba, że powstanie grupa Anonimowych Garministów.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Niektóre zdjęcia pochodzą z Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement