Kupowalibyśmy w Polsce elektryczne samochody, gdyby nie jeden mały szczegół

Felieton/Motoryzacja 04.10.2014
Kupowalibyśmy w Polsce elektryczne samochody, gdyby nie jeden mały szczegół

Tylko w lipcu z salonów samochodowych w Polsce wyjechało 29 598 nowych pojazdów osobowych i lekkich dostawczych. Tymczasem w półtora roku samochodów elektrycznych sprzedano zaledwie 63.

Puls Biznesu raportuje o niezwykle niskiej sprzedaży aut elektrycznych nad Wisłą, szczególnie w zestawieniu z tym, co dzieje się w Niemczech, Francji, czy Holandii. Nikogo jednak takie wyniki nie powinny dziwić. W końcu zakup pojazdu, a w szczególności elektryka nie jest tani.

Samochody elektryczne są drogie, albo inaczej ujmując, są znacząco droższe od swoich spalinowych odpowiedników. Oszczędności przy eksploatacji nie są w stanie tych początkowych kosztów pokryć. Poza tym krótkie zasięgi dodatkowo ograniczają potencjał tych samochodów.

Dlatego w Polsce samochody elektryczne sprzedają się wręcz dramatycznie słabo. Renault sprzedał zaledwie dwa egzemplarze ZOE, Nissan w tym roku 10 Leaf’ów, a BMW 15 sztuk modelu i3. Według danych Samaru do Polski trafiły też 4 Tesle.

Można zadać sobie pytanie, że skoro samochody elektryczne są nieopłacalne, to dlaczego w ogóle sprzedano 63 sztuki? Odpowiedź jest prosta – moda, ekologia, prestiż. Skoro coś jest w sprzedaży i jest do tego dorobiona odpowiednia ideologia, to znajdzie swoich nabywców. A kupując samochód elektryczny, kupujemy – przynajmniej teoretycznie – dbałość o środowisko, naturę, oszczędność. Dopłacenie do takiego samochodu może mieć sens na przykład wtedy, gdy nasza firma chce podkreślić właśnie taki wizerunek. Dlatego w Polsce część pojazdów elektrycznych trafiła do firm zajmujących się energetyką.

W normalnym warunkach liczby na zachodzie wyglądałyby podobnie jak u nas. Może w Niemczech byłoby to 300 pojazdów, a we Francji 200, ale generalnie statystyki byłyby dość zbliżone. Sytuację zmienia jednak stymulowanie popytu na samochody elektryczne poprzez ulgi i liczne przywileje. Państwa dotują samochody elektryczne na potęgę – we Francji jest to 7 tys. euro, a w Niemczech nabywcy są zwolnieni przez 10 lat z podatku drogowego. Do tego dochodzi jeszcze możliwość jazdy buspasami, darmowe miejsca parkingowe, darmowe stacje ładowania, czy możliwość wjazdu do ścisłego centrum miasta.

To wszystko przekonuje konsumentów do zakupu samochodów elektrycznych. W Polsce również przemysł samochodowy lobbuje za takimi posunięciami, a w sferach rządowych prowadzone są odpowiednie debaty. Warto jednak pamiętać, że efekty mogą być krótkotrwałe.

W Estonii szaleńcza sprzedaż samochodów elektrycznych i hybrydowych spowodowała, że w przyszłym roku dotacji już nie będzie. Norwegia boryka się z korkami na uprzywilejowanych pasach ruchu. Czar samochodów elektrycznych może wkrótce prysnąć, gdy wyczerpią się rządowe źródełka w poszczególnych państwach.

Samochody elektryczne dziś są bardzo praktycznym rozwiązaniem w mieście i wciąż są jedną z dróg, jaką motoryzacja obrała sobie na najbliższe lata. Polski rynek dobrze jednak odzwierciedla, że bez wsparcia państwa, samochody te są po prostu dla większości za drogie. A to, czy rzeczywiście są ekologiczne i finalnie tańsze w eksploatacji pozostaje kwestią innych rozważań.

Dołącz do dyskusji

Advertisement