Piotr Lipiński: ELEKTRONICZNA BIŻUTERIA, czyli mój coming out

Felieton/Foto 05.10.2014
Piotr Lipiński: ELEKTRONICZNA BIŻUTERIA, czyli mój coming out

Pora na mój coming out. Codziennie zaglądam na strony z plotkami.

Jeśli ktoś uważa, że kobiety lubią plotki, to zapewne nie zna żadnego gadżeciarza. Nikt tak jak my nie uwielbia wszelki przecieków o nowych urządzeniach. Nikt tak jak my nie potrafi się emocjonować, czy nowy smartfon będzie miał krawędź ostrą czy zagiętą. Gwiazdy mogą pozostać na lodzie, ale pojemność baterii w tablecie – to jest dopiero podniecające!

Wśród portali plotkarskich szczególnie lubię wszelkie „rumors” związane z fotografią. Fotograf to osoba, która przez całe życie szuka idealnej torby fotograficznej. A kiedy już się pogodzi z myślą, że nikt jeszcze takiej nie wyprodukował, próbuje znaleźć chociaż idealny aparat fotograficzny. A o nim właśnie można przeczytać na technologicznych stronach z plotkami.

Bo jak wiadomo, skoro jeszcze nie ma czegoś idealnego, to zapewne ktoś to jutro wyprodukuje.

Istnieje tylko ryzyko, że konstruowanie rzeczy idealnej nikomu się nie opłaci, bo nie sprzeda już niczego nowszego.

Gadżeciarz ze szczególnymi wypiekami na twarzy czyta plotki o następcy sprzętu, który posiada. Jest to istotny dowód na to, że pieniądze szczęścia nie dają. Gadżeciarz bowiem marzy o chwili, kiedy będzie mógł się ich pozbyć, oddając producentowi smartfona, tabletu, czy nowego modelu Gwiazdy Śmierci.

canon 7d

Minęło co prawda kilka lat, ale wreszcie mój główny aparat fotograficzny stał się przestarzały. Plotki o następcy mojego Canona 7d pojawiały się w sieci chyba jeszcze przed moim urodzeniem. W końcu od premiery w 2009 roku do tegorocznej Photokiny, na której zaprezentowano jego następcę, minęło lat – tu każdy może sobie policzyć ile dokładnie. Ale okres ten można zobrazować też inaczej – to jak między epoką iPhone’a 3GS a iPhone’a 6. Albo jak między kambrem a czwartorzędem.

Choć to mój plotkarski coming out, to jednak z zażenowanie przyznaję, że akurat nowinki o zbliżającym się nowym Canonie 7d nieszczególnie mnie interesowały. Niestety, nic nie wskazywało, że zamiast matrycy będzie miał sto milionów krasnoludków malujących obraz. Albo jakąś inną przełomową technologię. W sumie czego mogłem się spodziewać po następcy Canona 7d? Szybszego autofocusa i lepszej matrycy? Ale w moim modelu na jedno i drugie nie narzekam. Nieszczególnie zależy mi też na hiper-superczułościach, bowiem nie zajmuję się portretowaniem Afroamerykanów w bezksiężycową noc.

Ale tak na prawdę to brak zainteresowania wynikał z czegoś innego. Z troski producentów o mój kręgosłup.

Otóż od kiedy pojawiły się tak zwane „bezlusterkowce” (nie mylić z „bezusterkowcami”), ciągle słyszę, że normalnej „lustrzanki” nie da się zwyczajnie używać. Potrzeba wynająć przynajmniej dwóch Pudzianów i jednego Szerpę, żeby nosili ją za fotografem. Na szczęście jednak nie tylko w Polsce mamy jednego filantropa, ale też na świecie są altruiści i wynaleźli „bezlusterkowce”. I to nimi powinienem się interesować! O nich szukać plotek! Bo wreszcie znowu mamy aparaty tak lekkie jak w starych dawnych czasach. Czyli wówczas, gdy nie było jeszcze zoomów, a ostrość ustawiało się ręcznie.

canon obiektyw

Z aparatami fotograficznymi było jak z dziećmi. Z roku na rok rosły coraz bardziej, aż stały się duże, drogie i nieznośne.

Od dłuższego czasu zastanawiałem się, dlaczego ludziom – w tym również mnie – zaczęły nagle ciążyć „lustrzanki”. Jeszcze wczoraj mogłem biegać obładowany sprzętem z przekonaniem, że wszystko może się przydać – a dziś już mi się nie chce.

Czyżbym się zestarzał? No, to w sumie prawda. Wszyscy się zestarzeli. Nawet młodzi.

Świat w czasie naszego starzenia też się trochę zmienił. Na przykład kontrole podczas podróży lotniczych są bardziej restrykcyjne. Jak człowiek ma kilka przesiadek, to go diabli biorą, że musi co kilka godzin wyciągać z torby sporo fotograficznych klamotów. Ale jak się weźmie pod uwagę podróż autobusem do Ciechocinka, to raczej nic się nie pogorszyło w ciągu ostatnich lat. Poza zdrowiem.

O co więc chodzi, poza pieniędzmi oczywiście? O to, że codziennie musi być łatwiej, lżej i przyjemniej? Zapewne tak myśleli starożytni Rzymianie tydzień przed upadkiem ich imperium.

Ale skoro muszę – jak twierdzą niektórzy producenci fotosprzętu i parafarmaceutyków – zadbać o kręgosłup, to zamiast śledzić nowinki dotyczące „lustrzanek”, z wypiekami na talerzu śledzę plotkarskie portale o „bezlusterkowcach”. Z talerza znika jedno ciasteczko, a na moim komputerze pojawiają się nowe „cookies”. I już wiem, co powinienem wkrótce kupić.

Fujifilm-Finepix-X100-2

W ostatnich miesiącach szczególnie intrygujące było śledzenie plotek związanych z nowym aparatem Fuji z serii X100. Można dyskutować, czy zaliczyć go należy do „bezlusterkowców”, „kompaktów” czy też do biżuterii. Ale to już pozostawiam tym, którzy ponad robienie zdjęć przedkładają dyskutowanie o sprzęcie.

Najpierw fotograficzna gawiedź skupiona wokół dużego serwisu plotkarskiego cieszyła się, że nowy X100 będzie miał większą matrycę. Potem, że uchylny ekran. Niestety im bliżej było do premiery, tym szybciej ubywało nowości.

Okazało się, że matryca będzie taka sama. Potem, że nie będzie uchylnego ekranu. No, ale chociaż autofocus i wydajność baterii będą lepsze. Tak to przynajmniej wyglądało w materiałach marketingowych. Niestety wywiady z przedstawicielami Fuji wyjaśniły, że autofocus będzie taki sam, jak w poprzedniku, a tylko nieco zmodyfikowane algorytmy. Bateria też będzie taka sama. Ale w niej marketingowcy pewnie też wycisną wszystko z algorytmów.

Gadżeciarzom pozostało tylko stwierdzić: dobrze, że niczego nie zmieniają. Widocznie aktualny model jest już wystarczająco dobry.

I w sumie nie ma co się z tego nabijać. W końcu lepsze jest wrogiem dobrego.

Uczciwie muszę napisać, że Fuji wprowadziło za to nowość, której nikt się nie spodziewał. Seria X100 zawsze była znana ze swojego hybrydowego wizjera. Można było przełączać się między starożytnym wizjerem optycznym a nowoczesnym elektronicznym. A teraz mamy bardzo interesującą nowość – otóż kiedy patrzymy przez optyczny wizjer i ostrzymy ręcznie, to w prawym dolnym rogu pojawia się mini-wyświetlacz elektroniczny. Widzimy w nim powiększenie miejsca, na które ustawiamy ostrość.

I tak powstał – jak twierdzi Fuji – pierwszy na świecie elektroniczny „dalmierzowiec”. A w dawnych dobrych czasach (przynajmniej na zachód od Żelaznej Kurtyny) z produkcji analogowych „dalmierzowców” słynęła firma Leica. Czyli mamy tu to, na czym Fuji zna się chyba najlepiej ze wszystkich – na łączeniu tradycyjnego z nowoczesnym.

Retrowzornictwo Fuji jest urocze – przekonuję się kolejny raz. I choć nowy Fuji X100T wygląda (przynajmniej na zdjęciach) trochę gorzej od swojego poprzednika, to i tak nie waham się przyznać, że jego uroda to jeden z powodów, dla których myślę poważnie o zakupie. Bo dziś pod względem możliwości fotograficznych stawka tak się wyrównała, że możemy kupować aparat kierując się nie tylko jego możliwościami, ale również wyglądem. Żyjemy bowiem w czasach, kiedy elektronika staje się modna. „Szafiarki” wkrótce będą plotkować o smartwatchach, a gadżeciarze o kroju nowej kurtki z wbudowanym bluetoothem.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

*Trzy pierwsze grafiki pochodzą z serwisu Shutterstock.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement