Dropbox już działa, ale ta awaria przypomniała mi, że chmurom nie można ufać

Felieton/Technologie 13.01.2014
Dropbox już działa, ale ta awaria przypomniała mi, że chmurom nie można ufać

Dropbox miał w ten weekend naprawdę paskudną awarię, chyba największą w swojej kilkuletniej historii. Ponieważ trzymam w nim wszystkie swoje pliki, zarówno te prywatne jak i związane z pracą, nie była to komfortowa sytuacja. Utwierdziło mnie to też w przekonaniu, że ta szumnie zapowiadana era post-PC i urządzenia mobilne oparte tylko o chmurę wyjdą nam prędzej czy później bokiem.

Z Dropboksa korzystam już od dobrych kilku lat. Ponieważ, co nawet jest nieco zabawne, mam w nim więcej przestrzeni na dane niż na moim SSD w Ultrabooku, trzymam w chmurze naprawdę wszystkie swoje pliki. Dodatkowy backup, synchronizacja w czasie rzeczywistym, możliwość współdzielenia folderu w kilka osób oraz dostęp do plików z urządzeń mobilnych lub dowolnego komputera z przeglądarką w każdym czasie i miejscu to przecież coś świetnego. Dopóki działa.

dropbox

W weekend Dropbox, tak po prostu, działać przestał

Skrobiąc sobie piątkowej nocy w najlepsze kolejne artykuły zorientowałem się, że dobrze znana mi ikonka Dropboksa w pasku zadań na pulpicie zaczęła się dziwnie zachowywać. Po zrestartowaniu komputera moje dane nie były już przesyłane na serwer, a strona internetowa zwraca niewiele mówiący “błąd 500”. Szybki rekonesans na Twitterze wykazał, że faktycznie coś jest nie tak i chociaż sam Dropbox starał się jak tylko się dało zamiatać sprawę pod dywan, dowiedziałem się przynajmniej, że problem nie leży po mojej stronie.

Samą sytuację opisał już w weekend na łamach Spider’s Web Mateusz. Rzecz w tym, że chociaż awaria nie dotknęła wszystkich użytkowników usługi w takim samym stopniu, to w moim przypadku dostępu do swojego konta nie miałem przez bite 48 godzin. Z początku ogarnęła mnie lekka panika, ponieważ z Dropboksa korzystam dość intensywnie, ale uspokoiłem się trochę – jestem przezornym geekiem, więc wszystkie pliki przecież i tak mam zapisane na dysku w moim Ultrabooku… a na wszelki wypadek synchronizuję je również raz na kilka dni na służącym mi wyłącznie do gier PeCecie. Utrata danych na serwerze nie byłaby końcem świata.

Mimo wszystko była to duża niedogodność

Zdaję sobie sprawę, jak istotny stał się Dropbox w mojej codziennej pracy, ale i tak łapałem się na tym, że chciałem przez te dwa dni z niego wielokrotnie skorzystać – z przyzwyczajenia. W komórce próbowałem dodać nowe zdjęcia, a na komputerze orientowałem się, że klikam kilkukrotnie w nieaktywną opcję menu podręcznego służącą do generowania dla znajomego bezpośredniego linka do pobrania pliku. Były to działania automatyczne i powiedziałbym nawet, że już dla mnie, jako użytkownika komputera, naturalne.

Okay, chmura nie działa, ale to jeszcze nie koniec świata; pokornie czekając na koniec burzy zgrywałem przez weekend dane na telefon przez kabel, a pliki załączałem do Gmaila klasycznym sposobem. Na szczęście awaria wypadła w weekend, więc nie miałem na głowie nic na tyle pilnego, żeby uploadować swoje dane do jakiejś konkurencyjnej chmury i jakoś specjalnie złorzeczyć na adminów. Teraz, gdy piszę nocą te słowa, na ikonce Dropboksa pojawiła się ta długo wyczekiwana informacja o pomyślnej synchronizacji. I niby nic się stało, bo dane i tak miałem zawsze ze sobą, to jednak jeśli sytuacja dopadłaby mnie w czasie wyjazdu służbowego, byłoby to bardziej uciążliwe.

dropbox2

Wyciek danych? Na szczęście nie

O przyczynach awarii ekipa Dropboksa napisała szczegółowo na swoim blogu, więc zainteresowanych szczegółami technicznymi tam odsyłam. Z początku mówiło się o ataku, ale po stanowczym zaprzeczeniu ze strony Dropboksa grupa przypisująca sobie włamanie odwołała oświadczenie. Na szczęście był to “tylko” trwający dwa dni problem zaistniały podczas rutynowych prac modernizacyjnych, gdzie „żadne dane nie były zagrożone”. Z początku myślałem, że ktoś po prostu poplątał kable serwerowni albo usunął jakiś ważny plik i wszystko siadło – i okay, Dropbox padł, zdarza się. O to nie mam pretensji, ale muszę przyznać, że w całej sprawie ekipa stojąca za Dropboksem się w ogólnym rozrachunku kiepsko zachowała.

Aplikacja stała w miejscu, strona główna zamieniła się w zaślepkę “Błąd 500”, a użytkownicy prywatni przez dwa dni nie zostali poinformowani, chociażby mailowo, o wystąpieniu problemu – nie wspominając o przewidywanym terminie usunięcia usterki. Nawet zaślepka na www nic nie mówiła o problemie. Informację dostali wyłącznie klienci biznesowi, a co dociekliwsi klienci prywatni mogli dotrzeć do komunikatów na twitterowym koncie i blogu pomocy technicznej Dropboksa. Szkoda tylko, że osoba prowadząca social media w Dropboksie nie doceniła skali problemu. Czytając wczoraj wiadomość o opanowaniu sytuacji wpatrywałem się dalej nieustannie w komunikat “trwa łączenie”.

Czy zrezygnuję z Dropboksa? Bynajmniej

Ponieważ była to pierwsza tak poważna długa przerwa w działaniu usługi jakiej byłem świadkiem, nie mam zamiaru pozbywać się Dropboksa i zapychać łącza uploadem gigabajtów danych na SkyDrive lub Dysk Google. Dane są na swoim miejscu i (podobno) były cały czas bezpieczne, a Dropbox na drugi raz (mam nadzieję) tego samego błędu nie popełni. W sumie jak teraz myślę, to pewnym zabezpieczeniem na przyszłość mogłoby być wrzucenie wszystkich danych do dwóch chmur jednocześnie, ale a. zajmowałoby to zasoby; b. zżerało transfer danych; c. miało negatywny wpływ na czas pracy na akumulatorze.  Ktoś mógłby powiedzieć, że nie warto ufać gigantom i postawić sobie własny serwer w domu, ale tego też nie zrobię.

Owszem, w teorii to dobry pomysł, ale biorąc pod uwagę szybkość mojego łącza – zawrotne 6 megabitów na sekundę – żaden podpięty do sieci NAS nie wchodzi w grę. Montując go u siebie lokalnie jestem zresztą narażony na stratę danych podczas hipotetycznego pożaru lub włamania do domu, nie wspominając o tym, że Neostrada gubi mi połączenie znacznie częściej, niźli siadają popularne chmury. Dropbox zostaje, ale cała sytuacja potwierdziła tylko moje obawy związane nie tyle co z chmurą, co z całą erą post-PC, rosnącą popularnością Chromebooków i coraz częściej występujących w przyrodzie webaplikacji.

SGS4, Dropbox

Czy jesteśmy gotowi na tą całą erę post-PC?

Od lat jestem stale podpięty do Sieci i nie licząc wyjazdów zagranicznych naprawdę muszę się bardzo postarać, aby znaleźć się poza zasięgiem. Pakiet internetu w telefonie i mobilny router załatwiają sprawę i często są ratunkiem, gdy Livebox od Orange postanowi mi się rozłączyć i zamrugać do mnie złowrogo czerwoną diodą. Okazuje się więc, że w łańcuchu: połączenie internetowe – urządzenie – dostawca usług, to ten ostatni jest najsłabszym ogniwem.

W przypadku takiego Dropboksa, gdy coś dzieje się nie tak po naszej stronie, to połączenie internetowe możemy wymienić na inne. Jak zgubię, tfu tfu, telefon i torbę z laptopem, to mogę skorzystać z dowolnego urządzenia z przeglądarką internetową i odzyskać dane. Ale jeśli padnie coś po stronie usługodawcy, to jestem zdany tylko na jego łaskę i niełaskę… i własną kopię zapasową – a mówiąc o erze post-PC to problem braku zasięgu jest właśnie często poruszany, gdy o awariach po tej „drugiej stronie” na którą już nie mamy wpływu, mówi się znacznie rzadziej, albo wcale.

Dostawcę internetu możemy wymienić w locie, ale jak padnie serwer, to jesteśmy w czarnym lesie

O tym, jakie prócz licznych korzyści zagrożenia niesie za sobą chmura, warto przypominać. Aplikacje mobilne coraz częściej (a webowe z zasady) nie trzymają danych lokalnie. Za każdym razem aktualne treści pobierane są z serwera. Chromebooki od Google nieprzechowują praktycznie żadnych danych lokalnie i stawiają na model urządzenia elektronicznego będącego terminalem dostępowym – pozbawionym dysku z prawdziwego zdarzenia. Google i spółka mamią nas, że brak przestrzeni na dane to nie problem, a nasze dane są w chmurze bezpieczne i zawsze dostępne – tylko zgodnie z prawem Murphy’ego komunikat o błędzie zobaczymy w najmniej dogodnym momencie.

Ba, dostęp do danych może zostać nam odcięty na kilka dni, w niektórych przypadkach możemy stracić je bezpowrotnie. Komputery są awaryjne, obsługują je tylko ludzie. Nie ma siły, aby chmura zapewniała święty spokój tak jak dodatkowo lokalnie składowane pliki w kilku kopiach. Webaplikacja tak samo nie przebije klasycznych, instalowanych na dysku aplikacji. Trzymając pliki lokalnie – co nie wyklucza przecież korzystania z dobrodziejstw synchronizacji! – mamy, że tak to kolokwialnie ujmę, świetny dupochron. Sam jeśli w ramach oszczędności miejsca na malutkim SSD usunąłbym wcześniej pliki z dysku, to w ten weekend bym klął jak szewc, a tak tylko bez przekonania ponarzekałem sobie na Twitterze.

The Dropbox Blog

Chmura nadciąga. Burzowa

Oczywiście to co mówię dla większości czytelników Spider’s Web może być oczywiste, ale pamiętajmy, że technologią interesują się coraz częściej młodzi ludzie nie pamiętający czasów „sprzed internetu”. Smartfony kupują też starsze osoby korzystające dotychczas ze zwykłych komórek bez większego doświadczenia. Laptopy z małymi dyskami SSD oraz wypierające je miejscami tablety są coraz popularniejsze, a my jako użytkownicy – coraz bardziej leniwi. Dbanie o lokalną kopię zapasową to dodatkowy wysiłek, a internauta dziś słucha muzyki z chmury, pisze w przeglądarce i ogląda wideo na TVN Playerach, YouTube’ach lub innych Kinomaniakach.

Przesłanie fotek z telefonu w chmurę jest dziś szybsze niż zgranie ich przez kabel na dysk w komputerze, więc dzisiejszy internauta, zgodnie z tym co podpowiada mu nowy telefon, zdjęcia pakuje do Google Plus. Resztę plików wrzuci na Dropboksa lub SkyDrive’a, bo spodoba mu się wbudowania aplikacja. Nowe pokolenia nie będą miały wyrobionego odruchu wciskania Ctrl-S podczas pisania na wypadek spadku napięcia – raz, bo urządzenia przenośne mają baterią, dwa – bo ostatnia literka i tak zapisałaby się na serwerze.

Tylko co będzie, jak ten serwer stanie się niedostępny? No właśnie. Producenci jednak strasznie lansują model treści przechowywanych w chmurze. Chromebooki, smartfony i tablety mają zwykle po 16 GB pamięci, która służy tak naprawdę miejsce do zbuforowania przetwarzanych aktualnie danych pobieranych z internetu. Aplikacje coraz rzadziej są autonomiczne i często do działania potrzebują połączenia z serwerem, nawet jeśli nie ma to racjonalnego wytłumaczenia.

Te „nasze” dane częściej są nam tylko… czasowo wypożyczane.

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement