Łukasz Orbitowski: Syf w sieci

Felieton/Technologie 26.10.2013
Łukasz Orbitowski: Syf w sieci

Pieprzonym internautom poświęcam

Czy internet odbija nas?, zapytała Ewa. A ja nie wiem co odpowiedzieć.

Każdy wytwór cywilizacji stanowi odbicie prądów targających daną społecznością i nieważne, czy mówimy o poematach Homera, czy o wykałaczce. Coś zostało wytworzone: bo mogło być przydatne, bo twórca miał taką fantazję, albo, po prostu, coś przyszło mu do głowy. Właściwie pytanie brzmi: „czy internet odbija nas w jakiś szczególny, sobie tylko właściwy sposób?”. Jeśli tak, to w pierwszym oglądzie jest z nami bardzo źle.

Nigdy nie zetknąłem się z taką ilością syfu, jak w sieci.

Weźmy przestraszonych gnojków, zwykłych frajerów, których można przeciąć moczem i to w najgrubszym miejscu. W sieci zmieniają się w rycerzy, lub, co częstsze, w ujadające pinczerki. Jak świat światem, jeszcze nikt pinczera nie skrzywdził.

Odkąd rzuciłem porno czuję się lepiej, lecz dotąd pamiętam sztuczne prącie trzy na metr (cytując klasyka), tryskające zagęszczonym mlekiem w twarz uszczęśliwionej tym faktem młódki. „2 girls, 1 cup” również, niestety, zachowałem z tyłu głowy.

Nie musiałem wiedzieć o swingersach i tych dziwnych gościach, którzy podpalają własne gazy. Kot spalony żywcem, filmowany z jednego ujęcia również mógłby mi zostać oszczędzony. Nigdy nie chciałem oglądać teledysków Gunthera. To przynajmniej jest jeszcze ciekawe.

Najgorsza jest breja wylanego wkurwu, plus gigantyczna fura żaru i frustracji, wylewająca się za każdym razem, gdy odpalam kompa.

Ten wścieka się na mamę, tamten na związki zawodowe, a obaj uznają za słuszne opowiedzieć co zjedli na śniadanie i co raczyli kupić sobie w app storze. Wiem jakiej muzyki słuchacie, kto z kim się zszedł, a kto się rozstał, poznaję plany wakacyjne i już zrozumiałem, że jeśli komuś urodzi się dziecko, winienem go niezwłocznie skreślić z grona znajomych. Wiem co jecie i czym sracie a wy wiecie to wszystko o mnie.

Można powiedzieć, że internet ujawnił naszą nikczemność. Na jaw wyszły najdziwniejsze upodobania seksualne i można by pomyśleć, że nikt już nie rucha się tak po prostu zwyczajnie, jak nasi praojcowie. Statystyczny internauta bez przerwy się pieprzy, słucha muzyki i fotografuje swojego kota.

Nie, nie jesteśmy nikczemni bardziej niż wcześniej.

To jeszcze nie byłoby takie złe. Przecież kocham nikczemników i żywię nadzieje, że sam się zaliczam do tego zacnego grona.

Internet pokazał naszą małość.

Wraz z odpaleniem sieci każdy, licząc średnio, karleje o dwadzieścia centymentrów, lecz są i tacy, którzy skurczyli się do rozmiarów własnych organów rozrodczych, jak sądzę, niezbyt imponujących.

W sieci jesteśmy malutcy i skomlemy niby brzdące o odrobinę uwagi. Każdy podskakuje na krótkich nóżkach, unosi chudą rączkę, popiskując „dostrzeż mnie!”. Tym, niczym innym, są zdjęcia obiadów, kotków, śmieszne filmiki i gołe baby, wrzucane hurtowo, jakby czyjeś życie od tego zależało. Tym są żale wylewane na partnera, który poszedł. Czemu miał z tobą zostać, frajerze skończony?

Gdyby internet zmienić w strumień dźwięku, byłoby to skomlenie. Sam czasem lubię poskomleć. To silniejsze ode mnie. Właśnie to robię. W tej chwili.

Być może mamy do czynienia z czymś dobrym. A raczej, moglibyśmy mieć. Człowiek ma prawo do swojej małości i śmieszności, więcej nawet, wolno mu domagać się tego, by małość i śmieszność zyskała jakieś uzewnętrznienie. Dlatego robimy miny przed lustrem i śpiewamy do dezodorantu.

Problem w tym, ze nieustannie używamy internetu. W domyśle – jesteśmy mali i śmieszni nawet przez kilkanaście godzin dziennie. Traktujemy sprawy nieważne jako szalenie istotne. Kogo o zdrowych zmysłach obchodzi jakiś wpis, komentarz pod wpisem, wpis do komentarza?

Dzieje się tak dlatego, że nie potrafimy używać internetu.

Jesteśmy jak małpy rozbrajające kokosem granat. Ale, co ważne, to nie jest nasza wina. Rozwój technologii przebiega trochę inaczej, niż zwykło się sądzić.

Jak sądzę, przyjęto mnie tutaj, do Spider’s Web, gdyż na niczym się nie znam. Przystałem na rolę głupca, dziwiącego się światu. Wydaje mi się jednak, że rozwój technologiczny nie zawsze idzie w parze z użytecznością. Wynalazki pojawiają się nim znajdziemy dla nich właściwe zastosowanie.

Przykładem niech będzie pierwsza wojna światowa, czyli rzeź trwająca prawie cztery lata. Znano wówczas czołgi, samoloty i łodzie podwodne, lecz nie wymyślono jeszcze dla nich zastosowania. Dość powiedzieć, że Niemcy (jeśli mnie pamięć nie myli) uznali, że wielki, powolny, pancerny pojazd wyposażony w działo i karabinki nie posiada praktycznego zastosowania militarnego. Istniał już karabin maszynowy, lecz nie wiedziano jeszcze czy należy umieścić go z tyłu, czy z przodu kolumny wojskowej. Teraz już wiadomo – karabin zamyka pochód.

Ćwierć wieku później toczono wielkie bitwy pancerne. Równocześnie, wynaleziono rakiety bojowe. I znów nikt tak naprawdę nie wiedział, co z nimi zrobić. Innym, dobrym przykładem jest również zrzucenie bomb atomowych na japońskie miasta. I tak dalej, i tak dalej.

Wspomnijcie pana Da Vinci i jego projekt maszyny latającej. Potem przywołajcie w myślach eskadrę bombowców. Zrozumiecie o co mi chodzi.

Podobnie będzie z internetem.

Narodził się jako sieć wojskowa, miał epizod wehikułu, służącego do szybszego przekazywania danych, a teraz stał się nie wiadomo czym. Magmą. Internetu nie ma. Internet się staje.

Czym będzie, nie mam pojęcia, tak samo jak nie wiem w jaki sposób powinienem go używać. Gdybym był dzieckiem sieci, gdybym narodził się w chmurze WiFi mógłbym mieć jakieś zdanie na ten temat. Używam go jak znajomych, przestarzałych narzędzi. Jest dla mnie pocztą, biblioteką, telefonem i biletem do kina, czyli połączeniem rzeczy znajomych. Istnieje w nim nowa jakość, której nie umiem rozpoznać. Nikt chyba nie umie.

Wszyscy używamy czegoś, czego nie pojmujemy. Jakbyśmy bujali się na kudłach brody Pana Boga. Żabki, powiedzcie, są tam wszy?

Pewnego dnia zrozumiemy. A małość i śmieszność pójdzie gdzie indziej. Zapewne jeszcze mniejsza i jeszcze śmieszniejsza.

Łukasz Orbitowski (1977): pisarz, autor powieści „Widma”, „Tracę Ciepło”, „Szczęśliwa Ziemia”. Mieszka w Kopenhadze. orbitowski.pl

Zdjęcia Electronic waste ready for recyclingCheerful attractive teen girl sing song holding comb like a microphone in the morning oraz mountain of metal ready for recycling pochodzi z serwisu Shutterstock. 

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement